Tęskno mi, Panie…


Dziś jestem już po szkole. Jutro piątek. Ci, którzy śledzą tego bloga wiedzą, że piątki mam zawsze wolne. Wolne od zajęć dydaktycznych, wolne od szkoły. Teoretycznie więc właśnie teraz zaczynam weekend i … powinienem się cieszyć.

A jednak w sercu nie ma radości. To dlatego, że słucham właśnie transmisji z wylotu Benedykta XVI z Watykanu. To smutny dzień, smutny moment. Chyba czymś normalnym jest, że chrześcijanin smuci się w takich chwilach. Można powiedzieć, że Kościół zostaje osierocony. Pewnie nie na długo – kardynałowie nie pozwolą na to, by Kościół pozostawał bez Pasterza. Tak czy inaczej mamy wakat.

Niektórzy mówią, że źle zrobił. Że przecież Jan Paweł trwał do końca. Ja wierzę, że w tym wszystkim jest wola Boża. I wierzę, że po tych chwilach smutku przyjdą chwile radości. Wierzę, że Duch Święty nadal będzie prowadził.

Gościliśmy u nas świętych…


Wiele ostatnio działo się na Wieczystej. Począwszy od rekolekcji wielkopostnych dla dzieci, (które głosił w tym roku mój Współbrat o. Piotr Wiśniowski), poprzez rekolekcje dla młodzież i dorosłych (prowadził je ks. Mirek Tosza, duszpasterz i twórca domu dla bezdomnych w Jaworznie).

Największym jednak i chyba najważniejszym w ostatnim czasie wydarzeniem dla naszej Parafii była peregrynacja Obrazu Jezusa Miłosiernego i relikwii św. Faustyny i bł. Jana Pawła II. Do tego wydarzenia przygotowywaliśmy się przez wiele dni.

Tak, tak… na Wieczystej gościliśmy świętych….

Wiele się działo. Nie będę tutaj tego opisywał, ani nie będę z tego bloga robił galerii zdjęć. Odsyłam na naszą parafialną stronkę. Tam na bieżąco śledzić można to, czym ciągle żyje nasza Parafia. http://www.wieczysta.katolicki.eu/

Albo, albo… Decyzja należy do Ciebie…


Na facebooku co jakiś czas krąży obrazek z podpisem:
Albo Pismo św. będzie cię trzymało z daleka od grzechów, albo grzechy będą cię trzymały z daleka od Pisma św. Trzeba powiedzieć, że o ile na tym portalu często spotkać można przeróżne bzdety i głupoty, o tyle przywołane wyżej słowa trafiają w sedno.

Dla wzbogacenia naszego życia duchowego można to zdanie nieco rozwinąć i poszerzyć o jeszcze jedno słowo: modlitwa. Albo Pismo św. i modlitwa będą cię trzymały z daleka od grzechów, albo…

Ludzie przychodzą do konfesjonału z całym naręczem swoich grzechów, wad, słabości, upadków. I nie jest tajemnicą, że większość z nich jest często tylko konsekwencją czegoś, co zaniedbaliśmy wcześniej. Konsekwencją braku solidnej modlitwy.

Jeśli będę miał świetną relację z Panem Bogiem. Jeśli będę z Nim rozmawiał, a moja modlitwa będzie szczera, ufna i pokorna (nie ograniczająca się tylko do 2 minut rano i 5 wieczorem), to wtedy bez wątpienia nawet do głowy mi nie przyjdzie, by świadomie i dobrowolnie zrobić coś grzesznego. Modlitwa bowiem to nie tylko ładowanie naszych duchowych akumulatorów, ale to także parasol ochronny, który Bóg otwiera nad tymi, którzy do Niego przychodzą i z Nim rozmawiają.

Zanim – zapytany przez spowiednika w konfesjonale – odpowiesz na pytanie o to, który z twoich grzechów uważasz za swoją wadę główną, zastanów się nad tym, jak wygląda twoja modlitwa. Często w ogóle nie wygląda, bo po prostu jej nie ma. Bo przecież gdyby była, trzymała by cię daleko od grzechów.

To prawda, modlitwa to nie zaklęcie, które chroni przed upadkiem. To bardziej GPS, który  w naszej podróży wskazuje nam drogę. Przed grzechem nie da się skryć, schować, ale da się – dzięki modlitwie – wielu grzechów uniknąć.

Nie wierzysz? Zaryzykuj i przekonaj się sam. Ja już to sprawdziłem…

Tam, gdzie temperamenty się rozpalają, stygnie chrześcijaństwo…


Nie wiem, czy macie czas i chęci na śledzenie tego, co po ogłoszeniu abdykacji papieża dzieje się teraz w mediach. U mnie z czasem różnie, ale ten temat śledzę dość wnikliwie. Można śmiało powiedzieć, że temat jest iście gorący i to już nie tylko ze względu na samą abdykację, ale bardziej przez to, że coraz więcej różnych osobistości związanych z Kościołem zabiera głos w bardzo wielu różnych sprawach. I to począwszy od zwykłych księży pracujących w duszpasterstwie, a na kardynałach skończywszy.

Ostatnio nie ma dnia, żeby jakiś przedstawiciel duchowieństwa nie pojawił się w cyklu: Aktualności dnia, czyli na tak zwanej pierwszej stronie. A to ktoś miał sen i zapragnął opisać na blogu wizję nieba wypełnionego homoseksualistami. Ktoś inny (swoją drogą ekspert w dziedzinie bioetyki przy Konferencji Episkopatu Polski) zabrał głos w konkretnej sprawie, co nie spodobało się wielu. Jakiś  biskup wdał się (nie po raz pierwszy zresztą) w polemikę z panią wicemarszałek (a nie marszałkini), którą usunęli z rodzimej partii. To tylko kilka przykładów z ostatnich dni z naszego polskiego podwórka.

Ale możemy sięgnąć także szerzej: Biskupi w Niemczech złagodzili swój osąd dot. pigułek ,,dzień po”. Gdy w Niemczech nad tym debatowali, za Oceanem grupa aktywistów domagała się usunięcia ich byłego metropolity z grona kardynałów mających wybierać papieża. Inny kardynał, tym razem z Afryki znalazł i bez ogródek wskazuje winnych skandali seksualnych w Kościele. Dziś też mamy kościółkowego newsa: Kardynał i równocześnie prymas Szkocji zakomunikował, że celibat księży nie pochodzi od Boga i dlatego w przyszłości wszystko jest możliwe (czyt. może być zniesiony).

Dziwne rzeczy się dzieją. Także w Kościele.

Pewien pseudo-poseł z Wiejskiej mówił niedawno, że nie ważne co on mówi do kamery. Ważne, żeby o nim mówili, bo to dla niego świetna reklama. Niektórzy duchowni wyznają chyba taką samą zasadę, zapominając o tym, że słowa niemądre, nieprzemyślane i nieroztropne robią Kościołowi wielką szkodę. Chyba warto, by co niektórzy bardziej docenili silencium sacrum…

[…] to rzecz wiadoma, że póki pokusa działa, póty czynu nie ma, a kiedy czyn jest, pokusa już ustaje […]


Tak pisał kiedyś Leszek Kołakowski w ,,Rozmowach z diabłem”. A za mną tymczasem wciąż chodzi
niedzielna Ewangelia. Było o kuszeniu Jezusa na pustyni. Świetny tekst nie tylko na jedną niedzielę, ale na cały Wielki Post…

Jezus wchodzi w dialog z szatanem. Rozmawia z nim. Jednak to, co jest najważniejsze to fakt, że w tej konwersacji posługuje się Słowem Bożym. Napisane jest…  – tymi słowami odpiera ataki złego. I z tego płynie niezwykle ważne przesłanie dla nas. Jeśli już chcemy wchodzić w dialog ze złem, jeśli chcemy z nim rozmawiać, musimy zawsze walczyć Słowem Bożym. Każdorazowe występowanie przeciw pokusie tylko z własnymi chęciami, zawsze kończy się dramatem człowieka. Jesteśmy zbyt słabi, by bez Bożej pomocy poradzić sobie w takiej walce.

Jeśli nie żyjemy na co dzień Słowem Bożym, możemy sobie odpuścić wchodzenie w taki szatański dialog. Wtedy zawsze wejście w rozmowę równa się upadek. Wciągnięcie człowieka w dialog jest ze strony szatana swoistą prowokacją (patrz. Adam i Ewa w raju).

Warto jednak pamiętać, że sam dialog z pokusą nie jest jeszcze grzechem, bo przecież człowiek, który jeszcze nie podjął decyzji (a na razie tylko dyskutuje), nie może ponosić żadnej winy. Wchodzenie w dialog czyli zajmowanie serca i myśli szatańską propozycją sprawia jednak, że człowiek coraz bardziej dostrzega swoją słabość i w konsekwencji upada. I wtedy jest wina.

Chyba dobrym przykładem jest tutaj niemal wszędobylska i osiągalna na wyciągnięcie ręki i na kliknięcie myszką pornografia. Jeśli ktoś, kto ma problemy w tej materii, będzie próbował pertraktować z pokusą, pewne jest, że prędzej czy później wejdzie tam, gdzie nie powinien. Może nie zrobi tego od razu. Może na razie będzie o tym TYLKO myślał. Może będzie szukał stron ,,mniej grzesznych” jednak pobudzających wyobraźnie. A w pewnym momencie uświadomi sobie jedną rzecz: Moje myśli, moje pragnienia, moje wyobrażenia i tak są już GRZECHEM, więc co mi szkodzi zajrzeć na te strony?

Oto, dlaczego wszelkie pertraktacje z szatanem są zgubne. Kiedy przychodzą, najlepiej od razu je uciąć. Zmienić temat, punkt zainteresowania, a nawet miejsce. Nie koncentrować się na pokusie.
W chwilach duchowych doświadczeń trzeba za wszelką cenę udowodnić szatanowi, że jego propozycja nie jest nas w stanie zainteresować. Jeśli uda nam się to zrobić, on wtedy –mówiąc obrazowo – podkuli ogon i ucieknie… Niestety, nie na zawsze… Ale za to my w tej konkretnej sytuacji okażemy się zwycięzcami. Życzę Wam jak najwięcej takich zwycięstw.

Nawet najmądrzejsi winni liczyć się ze słowami…


Klasztorna rozmównica, a jeszcze bardziej konfesjonał, to są takie dwa niezwykłe miejsce. Miejsca spotkań, w których ksiądz musi znać się na wszystkim; na problemach rodzinnych, zdrowotnych, finansowych, społecznych. No a w pierwszej kolejności – na duchowych. Rozmównica i konfesjonał są dla wielu miejscem, gdzie mogą się po prostu wygadać.

Zauważyłem całkiem niedawno, że ja też lubię gadać. O słuchaczy nie trudno, wystarczy wejść na ambonę. 🙂 Tyle, że przecież nie wystarczy mówić. Trzeba jeszcze mówić mądrze, a z tym bywa różnie. 

Nikt chyba nie zliczył słów, które każdego dnia docierają do naszych uszu. I dobrze, bo pewnie trzeba by się wtedy tą wielością przerazić. Tymczasem Biblia mówi bardzo jasno o tym, że z każdego bezużytecznego słowa będziemy osądzeni.  Ile takich słów było już w moim życiu? 

Kazań nie liczę, bo przecież założenie jest takie, że coś zawsze do kogoś trafi. Więc trudno tu mówić o słowie bezużytecznym. Ale ile takich słów jest w codzienności? Poza amboną i konfesjonałem…

Wielki Post to czas wyjścia na pustynię. Czas zadumania się nad swoim życiem i może także nad swoim… słowem. Post przecież nie musi od razu łączyć się z niejedzeniem. Równie dobrze, a czasem nawet z większym pożytkiem, można zrobić sobie post od… gadania.

Ot, taka nieśmiała zachęta dla tych, którzy jeszcze nie zrobili sobie wielkopostnych postanowień.

Nasz bliski krewny – Judasz Iskariota


Dziś będzie o Judaszu. W Ewangeliach jego imię pada zawsze na samym końcu. Może właśnie dlatego wybrałem go na bohatera pierwszego kazania pasyjnego w parafii, gdzie posługuję.

Judasz to tragiczny bohater Ewangelii. Ale nie wolno zapominać, że jest to człowiek, który tak jak pozostali apostołowie został wybrany przez Jezusa. Należał do grona Dwunastu. Można się zastanawiać, dlaczego Jezus go wybrał, skoro wiedział, że będą przez niego same kłopoty?

Można też przypuszczać, że zaraz po powołaniu przez Jezusa Judasz nie odstępował swojego Mistrza na krok. Każdy przecież z apostołów musiał się Jezusem zafascynować, Jezus musiał im imponować. Inaczej nie porzuciliby wszystkiego i nie poszli za Nim. Judasz tak jak pozostali Apostołowie też słuchał Jego nauki, widział Jego cuda. Jednak, gdy przyszła chwila próby, zawiódł i zdradził.

Zdradził z premedytacją. Wiemy z Ewangelii, że długo pielęgnował w sobie zamiar wydania Jezusa. To nie było spontaniczne działanie, zdrada nie dokonała się w afekcie. To wszystko było zaplanowane. Prowadził rozmowy, zawarł umowę, obliczał zyski, dobijał targu. Jeszcze jest blisko Jezusa, jeszcze w Wieczerniku siedzi z Nim przy jednym stole, ale w swoim sercu nosi już zarzewie grzechu. Obecny ciałem przy Mistrzu, obecny ciałem we wspólnocie Apostołów, duchem daleko jest od nich. Grzech zdrady, który coraz bardziej zapuszcza korzenie w sercu Judasza jest jak choroba, która niezauważona niszczy od środka organizm człowieka.

Dziś bardzo wielu ludzi przeżywa doświadczenie Judasza. Bardzo wielu ludzi stoi w rozkroku. Jedną nogą w Kościele, we Wspólnocie, ale drugą nogą już poza nią. Jeszcze chodzą do kościoła, jeszcze korzystają z sakramentów, ale może dlatego tylko, że żona chodzi, że dziecko do Pierwszej Komunii idzie. Judasz nie był przekonany co do swojego miejsca w gronie Apostołów. Jezus go wybrał, ale on czuł się tam nieswojo.

W tym miejscu warto zapytać się o to, jak ja czuję się w Kościele…

Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy przy osobie Judasza to jego milczenie. Judasz wydaje się jakiś małomówny, zamknięty w sobie, wycofany. W przeciwieństwie do Piotra, do tego gaduły, który czasem chlapnął coś niepotrzebnie. Czasem Piotrowe słowa były nietrafione, czasem go nawet kompromitowały – jak wtedy, gdy Jezus nazywa go szatanem i każe mu zejść z oczu – ale jednak Piotr z Jezusem rozmawiał. Judasz przeciwne. Stoi z boku. Nie chce się wychylać, nie chce podpaść. Nie chce zwracać na siebie uwagi. Zachowuje tzw. polityczną poprawność, jest powściągliwy, nie dzieli się tym, co myśli, udaje, gra, zakłada maski. Nie dzieli się swoimi przemyśleniami i wątpliwościami. A ma ich naprawdę wiele. Pewnie też czuł się zawiedziony nauką Mistrza. Pewnie inaczej sobie całe to Królestwo niebieskie wyobrażał. Tak czy inaczej o tym nie mówi.

Dziś też wielu ludzi na świecie zawiedzionych jest nauką Jezusa. Wielu ludzi nie rozumie i zrozumieć nie chce, dlaczego Kościół tak twardo stoi na straży Przykazań i Ewangelii. Widać to dobrze w kontekście abdykacji papieża. Ileż to razy w telewizji pokazują się osoby, które mówią, że nie ważne, czy kolejny papież będzie czarny czy biały, byle tylko pozwolił na małżeństwa homoseksualistom, byle tylko dał przyzwolenie na aborcję i nie mówił więcej, że in vitro jest czymś złym. Wielu – niestety bardzo wielu – takie właśnie ma oczekiwania. Ale kolejny papież będzie dalej trwał w tym, co było do tej pory, bo to nie jest nauka samego Kościoła. To jest przede wszystkim nauka Chrystusa i nikt nie może jej zmienić.

Judasz miał swoją wizję wspólnoty i swoją wizję działalności Jezusa. Wiemy, że od początku nie był uczciwy, bo choć właśnie jego apostołowie uczynili ekonomem i skarbnikiem Wspólnoty, on wykradał z trzosa pieniądze. Ale to nie jego złodziejstwo i oszustwo sprawiło, że skończył tragicznie. Judasz – zanim zdradził Jezusa, zanim Go wydał i zanim wziął za to pieniądze – najpierw zdradził Wspólnotę. Tę Wspólnotę, która zgromadziła się przy stole w Wieczerniku. Kiedy Jezus wziął chleb, błogosławił, połamał i rozdał uczniom, Judasz także zjadł i wtedy wstąpił w niego szatan. I właśnie wtedy wyszedł z Wieczernika. Odszedł do pierwotnej wspólnoty Kościoła, uciekł, zdezerterował.

Z tego i dla nas płynie ważne przesłanie. Zdrada Kościoła zawsze prowadzi do zdrady Chrystusa. I dlatego tak wielką głupotą jest wypowiadane tak często przez ludzi zdanie: Jestem wierzący, ale niepraktykujący, albo Bóg TAK, Kościół NIE. Jeśli Kościół NIE, to Bóg też NIE !!! Bo nie można trwać przy Bogu, jeśli nie trwa się w Kościele. Judasz jest na to żywym dowodem. Dlatego tak bardzo musimy martwić się o tych, którzy do kościoła nie chodzą.

Nie możemy zachowywać się tak, jak Apostołowie w Wieczerniku, którzy widząc wyjście Judasza, nie próbowali go nawet zatrzymać. Nasze zadanie – zadanie tych, którzy trwają przy jednym stole z Jezusem – jest inne. Musimy zawalczyć o każdego człowieka. (…)

Jestem głęboko niewierzący…


Jestem głęboko niewierzący – powiedział dziś w wywiadzie pewien krakowski (na szczęście mało znany) etyk. Głęboko niewierzący i głęboko nieszczęśliwy – zripostowała moja znajoma.

Coś w tym jest… Nie mam żalu do tego pana. W końcu to jego życie i jego (nie)wiara. Może tylko ta reklama niepotrzebna. Reklama niewiary, ignorancji, głupoty. Sam nie wiem…  Nie jest przecież tajemnicą, że każdy w coś wierzy. Nawet, gdy deklaruje, że jest inaczej. Człowiek jest za mały i za głupi, by pojąć to, co nas otacza i dlatego musi w coś wierzyć, by móc chociaż próbować wytłumaczyć sobie różne rzeczy. (np. pytanie o powstanie świata).

Kilka lat temu oglądałem w telewizji wywiad z pewnym bardzo bogatym panem, biznesmenem. Było to dawno, ale pamiętam to doskonale, bo wtedy też chyba zobaczyłem szczyt ludzkiej głupoty. Na pytanie o wiarę w życie wieczne (biznesmen był ponoć agnostykiem), ów człowiek popatrzył na dziennikarkę i powiedział, że wybudował sobie grobowiec i w tym grobowcu kazał zamontować zamki otwierane od wewnątrz. Po co? – zapytała zdziwiona pani redaktor. Kiedy będę chciał, to będę sobie wychodził – odpowiedział

Pomyślałem, że to jakiś głupi żart. Jakiś suchar. Biznesmen jednak bardzo szybko sprowadził mnie na ziemię, zwracając uwagę prowadzącej program, że on mówi bardzo serio i że w to wierzy. Mówił to rzeczywiście bez cienia ironii.

Ów biznesmen kilka dni temu umarł. Długo chorował, więc trzeba mieć nadzieję, że odszedł pojednany z Bogiem. Tak czy inaczej jedno jest pewne – klamki i zamki  od środka nie będą mu potrzebne. Ani jemu ani nikomu innemu. Wieczność to przecież nie Kraina Narnii, a pan biznesmen nie Aslan.