Ojcze, zgrzeszyłem… czyli o naszych powrotach

Kontynuujemy dziś temat naszej modlitwy i zatrzymujemy się na kolejnym, drugim już obrazie Pana Boga.

 BOGA, KTÓRY NAS PRZYJMUJE…

Z prawdą o tym, że Bóg na nas czeka, bardzo ściśle łączy się prawda o tym, że Bóg nas przyjmuje. Odwołam się do znanego nam dobrze obrazu: obrazu ojca syna marnotrawnego. W ikonografii przedstawia się go jako starca z rozpostartymi ramionami, gotowego przytulić syna, który powraca do domu. Postawa otwartych ramion jest tutaj niezwykle istotna. Każdy, kto kiedykolwiek miał okazję wtulić się w ramiona ukochanej osoby wie, jak wielkie to szczęście i jak ogromna radość.

Ale przecież ojciec ten mógł oczekiwać na syna w inny sposób. Mógł po prostu patrzeć w okna a gdy dostrzegł powracającego, mógł zwyczajnie otworzyć mu drzwi i tylko podać rękę. Mógł, tyle że ten gest nie wyrażałby radości, która kryje się w sercu ojca widzącego powrót potomka. Zresztą, te rozpostarte ramiona to nie tylko znak radości, ale to także znak przebaczenia.  To niejako wykrzyczenie w stronę powracającego: ,,Synu, przyjmuję cię na nowo…”

Syn staje przed ojcem duchowo nagi. Staje w prawdzie (ta go ogałaca) i wie, że przed ojcem nie da się niczego ukryć. Nie gra, nie udaje, nie tłumaczy swojej wcześniejszej decyzji, ale od razu staje w prawdzie: ,,Ojcze, zgrzeszyłem…” I to wystarczy.

Każde kolejne słowo jest zbyteczne. Syn – aby odpokutować swój występek – gotów jest zniżyć się nawet do poziomu sługi (,,Uczyń mnie choćby jednym ze sług”), ale ojciec wyraźnie tego nie potrzebuje. Liczy się tylko powrót. Tylko miłość, która przyjmuje.

Stawanie przed Bogiem w prawdzie jest tym, co wystarcza. Jakiekolwiek próby wybielania się, udawania, kamuflowania swoich grzechów, zawsze są ucieczką od prawdy. Przed Bogiem zawsze trzeba stawać takimi, jakimi jesteśmy. Dopiero w postawie pokory
i posłuszeństwa człowiek może za Samuelem powtórzyć: ,,Mów, Panie, bo sługa Twój słucha.” Człowiek zadufany w sobie i pyszny nigdy nie wypowie tych słów.

*****

Czasem bywa tak, że owszem, spotykamy się z Panem Bogiem na modlitwie, ale brakuje w tej modlitwie rzeczywistego wsłuchania się w głos Boga. Można użyć takiego porównania, że Bóg jest we wnętrzu mojej istoty, we wnętrzu mojego serca, ale mnie tam nie ma. Benedykt XVI mówił kiedyś o ,,hałaśliwych przedmieściach duszy.” Moje uczucia, zranienia, emocje, wyobrażenia, dyskusje prowadzone z samym sobą, pragnienia, oczekiwania – to wszystko może stać się miejscem, w które wniknie Bóg. Może się stać, ale wcale nie musi. Bo to wszystko zależy od każdego z nas – na ile wpuszczę Pana Boga do mojego wnętrza. Pozwolić Bogu – jak Samuel – mówić do siebie, to nie tylko otworzyć uszy i serce na Boże wezwania. To także otworzyć przed Bogiem całą naszą istotę (właśnie te uczucia, zranienia, emocje, wyobrażenia, dyskusje) i pozostawać czułym na Jego poruszenia. To nie jest zadanie na dziś czy na jutro, ale na całe nasze życie…

W gąszczu różnych ulic i uliczek czyli modlitwa niczym podróż w nieznane…

 
Pierwsza z trzech części konferencji wygłoszonej w minioną środę dla Grupy Odnowy w Duchu Świętym (c.d.n.)
.

,,Młody Samuel usługiwał Panu pod okiem Helego. W owym czasie rzadko odzywał się Pan, a widzenia nie były częste.Pewnego dnia Heli spał w zwykłym miejscu. Oczy jego zaczęły już słabnąć i nie mógł widzieć.A światło Boże jeszcze nie zagasło. Samuel zaś spał w przybytku Pańskim, gdzie znajdowała się Arka Przymierza. Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: «Oto jestem».Potem pobiegł do Helego mówiąc mu: «Oto jestem: przecież mię wołałeś». Heli odrzekł: «Nie wołałem cię, wróć i połóż się spać». Położył się zatem spać. Lecz Pan powtórzył wołanie: «Samuelu!» Wstał Samuel i poszedł do Helego mówiąc: «Oto jestem: przecież mię wołałeś». Odrzekł mu: «Nie wołałem cię, synu. Wróć i połóż się spać». Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: «Samuelu!» Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: «Oto jestem: przecież mię wołałeś». Heli spostrzegł się, że to Pan woła chłopca.Rzekł więc Heli do Samuela: «Idź spać! Gdyby jednak kto cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha». Odszedł Samuel, położył się spać na swoim miejscu.” (1Sm 3, 1-9)

Zaczynam od tego fragmentu bardzo celowo. Chcę na przykładzie Samuela powiedzieć dziś kilka słów na temat modlitwy. Może to, co powiem, nie będzie niczym nadzwyczajnym, a może wręcz przeciwnie… Tak czy inaczej, modlitwa – podobnie zresztą jak nasza wiara – jest rzeczywistością dynamiczną, więc trzeba nieustannie wsłuchiwać się w Ducha Świętego, bo On ciągle chce nas zaskakiwać. Może kogoś z Was zaskoczy i tym razem…

Mówiąc o naszej modlitwie, chciałbym w trzech punktach nakreślić obraz Boga. Boga, który czeka; Boga, który przyjmuje i Boga, który prowadzi z człowiekiem dialog. Dziś powiem o tym pierwszym obrazie…

1. BÓG, KTÓRY CZEKA…

Kiedy zaczynamy się modlić (wszystko jedno: w domu, w kościele, w parku czy gdziekolwiek indziej) zawsze musimy pamiętać o jednym: Bóg na nas czeka. Bóg ma dla nas czas. Trochę w myśl tego może mało znanego polskiego powiedzenia, że Bóg ma wszystkiego w wystarczającej ilości i mierze, tylko spotkań z człowiekiem ciągle Mu za mało. BÓG CZEKA na mnie. Więcej, BÓG CHCE SIĘ ZE MNĄ SPOTYKAĆ I CHCE ZE MNĄ ROZMAWIAĆ.

(UWAGA: to jest ten moment w tej konferencji, w którym powinniśmy wszyscy zacząć skakać do góry z radości, bo nie ma radośniejszej wiadomości ponad tę, że Bóg nie tylko dał nam Syna, ale że z nami pozostał – potrafisz się tym ucieszyć? Zwykle mamy z tym trudność, więc trzeba do tej praktyki systematycznie powracać. A tymczasem idźmy dalej…)

Bóg na mnie czeka, ale jeśli chodzi o modlitwę, to nie On ma decydujący głos. Tak naprawdę to moje chcenie jest tutaj decydujące. To ja decyduję o tym, kiedy będę z Bogiem rozmawiał. Mówiąc kolokwialnie: Pan Bóg musi dostosować się do mnie. Do tego, kiedy ja chcę i mogę z Nim rozmawiać. Jakże to niesamowite. Ja – człowiek decyduję… A Pan Bóg jest dyspozycyjny i zawsze gotowy.

Nie muszę wcześniej nigdzie dzwonić, umawiać się, wpisywać w kalendarz. Na audiencję do Pana Boga mogę przyjść niezapowiedziany, a On zawsze mnie przyjmie. Zawsze ma dla mnie czas. To jest ta wielka prawda, która dziś przez wielu jest zapomniana, zepchnięta  w nieświadomość. Człowiek myśli, że robi Bogu łaskę klękając do modlitwy. Nic bardziej mylnego…

Jeśli miałbym tutaj powiedzieć coś o mojej osobistej modlitwie, to śmiało mogę się z Wami podzielić, że niesamowicie pomaga mi w mojej modlitwie właśnie świadomość tego, że jestem przez Boga wyczekiwany. Tak, tak, Bóg mnie wyczekuje, wygląda… Dokładnie tak samo, jak ojciec miłosierny wyczekiwał powrotu swojego marnotrawnego syna.

To prawda, czasem każę Bogu czekać na siebie. Raz tylko krótką chwilę, innym razem nawet cały dzień. Z tym bywa bardzo różnie. Tak czy inaczej – On czeka. Spróbuj dziś popatrzeć na swoją modlitwę właśnie w ten sposób: Jestem oczekiwany przez Pana Boga.

Wyobraźcie sobie, że musicie wyjechać do obcego kraju. Do miejsca, gdzie nigdy jeszcze nie byliście. Nikogo tam nie znacie, nie znacie języka, nie wiecie nawet w jaki wsiąść autobus, by dotrzeć pod wskazany adres. Jakie byłyby wtedy nasze odczucia? Strach, smutek, przygnębienie? Człowiek już na starcie czułbym się jak w wielkim labiryncie…

A teraz wyobraźcie sobie, że jedziecie do tego samego kraju. Tyle tylko, że na lotnisku czeka już na Was najlepszy przyjaciel. Taki, który zabiera Was do swojego auta, oprowadza po mieście, zawozi do hotelu. Co wtedy czujemy, mając pewność, że jesteśmy przez kogoś oczekiwani?

W sercu rodzi się prawdziwy pokój i wielka radość. Już nie ma miejsca na lęk i niepokój. Ich miejsce zajmuje ogromna wdzięczność. I od tego właśnie – od wdzięczności –  powinniśmy zawsze zaczynać naszą modlitwę.

Modlitwa to taka podróż do miejsca, w którym ktoś na mnie czeka. Czeka na mnie najlepszy Przyjaciel. To On tak naprawdę poprowadzi mnie przez gąszcz różnych trudności i przeszkód. Wyprowadzi nawet z największego labiryntu. Trzeba tylko uwierzyć, że On na nas naprawdę czeka.

Nie dajmy się zwariować…

Już drugi rok jestem w parafii duszpasterzem dzieci. Rok – dużo to czy mało? Sam nie wiem… Można powiedzieć, że wystarczająco dużo, by poczuć się w pracy z dziećmi dobrze i pewnie i zdecydowanie za mało, bo ciągle zdarzają się sytuacje, które trudno przewidzieć.

Do wielu rzeczy ciągle dochodzę. Powolutku, pomalutku. Nie doszedłem jeszcze i chyba nigdy nie dojdę do tego, by zbierając tacę głaskać dzieci po głowie. Nie robię tego, bo w wielu przypadkach uważam ten gest za coś sztucznego i wymuszonego, tak jak czasem wymuszone są uśmiechy ludzi wrzucających kilka groszy na tacę.

Sam – poza nielicznymi wyjątkami – dzieci nie głaskam, ale chyba dobrze rozumiem tych, którzy to robią. Dlatego przyznam, że poczułem ogromny niesmak, gdy przeczytałem dziś rano o proboszczu z Łodzi, który wydał swoim wikariuszom zakaz głaskania dzieci z obawy przed… oskarżeniami o pedofilię.

Z całym szacunkiem dla księdza proboszcza i dla wszystkich innych, którzy mają podobne na ten temat zdanie, ale jeśli zaczynamy trząść portkami z obawy przed jakimiś wyssanymi z palca oskarżeniami, to może od razu zrezygnujmy też i z katechezy… Bo przecież tam też można być oskarżonym o niecne rzeczy. Co będzie dalej? Za jakiś czas znajdą się tacy, którzy będą krzyczeć, że konfesjonały też są zagrożeniem. Bo przecież ksiądz spotyka się tam z dzieckiem sam na sam.  Istna paranoja.

To, że wokół nas nie brakuje ćwierćinteligentów, próbujących na różne sposoby zniszczyć takiego czy innego księdza, osobiście mnie nie zaskakuje. Ale to, że księża zaczynają wpadać w panikę szczerze mnie dziwi. Czy nie o to właśnie chodzi tym, którzy raz po raz wywołują ten temat? Czy nasz krok w tył nie jest jednocześnie ich zwycięstwem?

To prawda, są dowody na to, że jeden czy drugi ksiądz dopuścił się molestowania. Niestety… Ale czy pogłaskanie dziecka po głowie można nazwać molestowaniem? Co mam w niedzielę powiedzieć Marysi, która zawsze podkłada główkę, by ją pogłaskać? ,,Marysiu, od dzisiaj nie głaskamy, bo nie chcę pójść do więzienia?”

Drodzy Kapłani, o jedno Was proszę. Nie dajmy się zwariować. Wariatów wokół nas i tak jest już za dużo.

Problemu z brakiem cza­su nie roz­wiąże się przez pośpiech, lecz przez spokój – kard. Stefan Wyszyński

Od maja próbuję się umówić na kawę z moim starym znajomym. Obaj mieszkamy w Krakowie, więc teoretycznie spotkać się na godzinkę czy na dwie gdzieś na mieście nie powinno być wielkim problemem. A jednak problemem jest. Gdyby ta propozycja wyszła ode mnie, to pewnie miałbym jakieś podstawy (może nawet trochę naciągane), by uważać, że on po prostu nie ma ochoty na moje towarzystwo. Tymczasem to on pisze maile, dzwoni i zaprasza na kawę. Po czym – zdarza się, że nawet jeszcze tego samego dnia – odpisuje, że przeprasza, bo jednak nie może.

Praca, praca, praca… Jeden ważny projekt goni kolejny, jeszcze ważniejszy. Potem jakiś wyjazd, sympozjum, Cierpi na tym on sam, jego rodzice, znajomi… Bo choć wszyscy mamy tyle samo czasu (24h), to on nigdy czasu nie ma. Powiedział mi kiedyś – przepraszając za swoje zabieganie – że jak dostanie zawału, to najpierw do mnie zadzwoni. Wolałbym jednak, żeby nie dzwonił w takiej sprawie.

Coś w tym jednak jest… Ciągle w biegu. Bo praca, bo obowiązki, bo coś tam… Kiedyś próbowałem podpytać go o to, skąd się wziął u niego ten aktywizm. On w przypływie szczerości wyznał, że od dziecka ciągle miał wypełniony po brzegi plan dnia. Rodzice dbali o to, aby rozwijał się – jak mówili – wielostronnie. I tak po szkole siedział parę godzin na świetlicy (wtedy nie mieli jeszcze komputerów, więc razem z innymi godzinami musiał układać puzzle), potem tata pakował go w samochód i jechali na angielski (wtedy angielski nie był aż tak bardzo powszechny). Wieczorami jeszcze jakieś kółko matematyczne, bo matematyka zawsze go interesowała. Kiedy wieczorem wracał do domu, nie miał już ani czasu ani ochoty na siadanie do książek. Rodzice dbali, żeby wszystkie lekcje odrobił na świetlicy. I taki pędzący Krzysiu wyrósł na pędzącego Krzysztofa. ,,Nie mam czasu, zadzwonię później, przepraszam- teraz nie mogę.”

Już drugi rok uczę w szkołach, więc na bardzo podobny pęd patrzę od środka. Szkoła, świetlica, angielski, niemiecki, francuski, piłka, basen, ping-pong i badminton. Konie, fortepian, strzelectwo, szachy, jazda figurowa, hip-hop… Tych, którzy czytając tę wyliczankę uśmiechają się pod nosem zapewniam, że żadne z tych zajęć nie jest wyssane z palca. Dzieci naprawdę w takich zajęciach pozalekcyjnych uczestniczą. Są też tacy rekordziści, którzy codziennie mają ,,coś” i poza weekendami po południu w domu raczej nie bywają. Bywają wieczorami…

Pamiętam z dzieciństwa, że u mnie na wsi jedyną ,,atrakcją” w tygodniu była Msza św. w czwartki (kościół dojazdowy, więc ksiądz przyjeżdżał tylko w niedziele i w czwartki). Poza tym żadnych więcej atrakcji. Można było poganiać z kolegami po łąkach, posiedzieć na dworcu, pobiec na boisko. Można było jeszcze z tatą na ciągniku pojeździć, na rower z kolegą wyskoczyć. Ot, takie wiejskie atrakcje… 

W październiku na różaniec się chodziło, w maju na majówki do kościoła albo pod kapliczkę. I jakoś się żyło. Spokojnie, bez pośpiechu. I był czas, by z bliskim do stołu usiąść, porozmawiać, razem gdzieś pojechać, pospacerować.

Dziś wiele dzieci jest tego pozbawionych. Znam rodziny, gdzie nawet już stołu w mieszkaniu nie mają, bo przecież niepotrzebny, skoro każdy je obiad o inne porze. 

Jeśli ktoś roztropnie dawkuje dziecku takie czy inne zajęcia, dobrze. Trzeba się rozwijać. Ale jeśli ktoś chce ze swojego dziecka zrobić omnibusa w każdej dziedzinie i tak ustawia mu plan dnia, by w domu pojawiało się tylko na noc (niektórym rodzicom to pasuje, bo sami przecież też długo pracują), to takiemu malcowi pozostaje współczuć. Może i będzie kiedyś władał trzema językami i zagra w ping – ponga z zamkniętymi oczami, ale w sercu na zawsze zostanie pustka i głód spotkania z najbliższymi. Spotkań, których już nigdy nie da się nadrobić.

Nikt z nas nie jest przypadkowy…

 

[audio:http://slowojakziarno.pl/wp-content/uploads/2013/10/711_0093.mp3|titles=Wszyscy jesteśmy misjonarzami…]

Misjonarz to nie tylko ten, kto głosi z ambony piękne kazania, ale to również ten, który najpiękniejsze kazanie głosi swoim życiem. Misjonarz to nie tylko ten, którzy w dalekiej Afryce przygotowuje ludzi do chrztu św., ale to ten, kto potrafi na co dzień żyć przyrzeczeniami z tego sakramentu wypływającymi…

 

Nie wystarczy, że sam…

 

,,Nie wystarczy, że sam odnalazłeś Chrystusa. Musisz Go jeszcze zanieść innym, bo dzisiejszy świat jest wielkim polem misyjnym.”


Te – wypowiedziane kiedyś przez Jana Pawła II –  słowa dźwięczą mi w uszach jak mantra. Zanieść Chrystusa innym…

Jutro będę to robił. Niedziela misyjna moja kolej w grafiku niedzielnych kazań. Co też ten Duch Święty tym razem będzie chciał przeze mnie powiedzieć…?

 

Wzór wierności na drodze powołania…

 
We wczorajszym wpisie o błogosławionych zamieściłem  zdanie, które dziś – również w Polsce – w wielu osobach może budzić różne emocje i uczucia. Napisałem, że kiedyś ,,były takie czasy, kiedy za sutannę i różaniec na palcu ludzie oddawali życie.” Czy tego chcemy czy nie, takie są fakty.
Dziś chcę wspomnieć o jeszcze jednym  błogosławionym. O kimś bardzo mi bliskim, choć i jego nigdy w życiu nie spotkałem.

A wszystko zaczęło się na długo przed moim wstąpieniem do Zakonu. Gdy Pan Bóg coraz bardziej upominał się o mnie, gdy coraz wyraźniej klarowała się we mnie decyzja co do kapłaństwa, kilka razy w miesiącu (zwykle były to sobotnie przedpołudnia) wyjeżdżałem z rodzinnego domu do pobliskiego Słupska. Tam, zawsze rano o 6.30 uczestniczyłem we Mszy św. w kościele mariackim. Później szedłem dalej – do kościoła św. Ottona, gdzie do dziś trwa całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Uwielbiałem tam chodzić (ciągle zresztą, będąc w Słupsku, tam zaglądam). Lubiłem to miejsce pewnie też i dlatego, że po drugiej stronie ołtarza, za prezbiterium jest klasztor Sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji i zawsze miałem to szczęście, że mogłem wysłuchać śpiewanej przez nich Liturgii Godzin.

Były siostry, był Pan Jezus. Miałem tam swoje ulubione miejsce, zaraz pod chórem, przy konfesjonale. Siadałem tam, a po prawej stronie, na wyciągnięcie ręki miałem wielką tablicę pamiątkową, dedykowaną mojemu ,,cichemu Przyjacielowi ” – bł. Bronisławowi Kostkowskiemu.

To był kleryk. Urodził się w Słupsku jeszcze przed drugą wojną światową. Do dziś jest zresztą jedynym – jak do tej pory – pochodzącym z mojej rodzinnej diecezji błogosławionym. Został ochrzczony właśnie w kościele św. Ottona. Kilka lat później wraz z rodzicami wyjechał do Bydgoszczy, gdzie został przez Niemców aresztowany i osadzony m.in. w Lądzie. Później w Dachau, gdzie w 1942 r. zmarł.

Będąc w Lądzie – dzięki temu, że jego matka znała matkę jednego z gestapowców – Bronisław mógł wyjść na wolność. Niemcy chętni byliby go wypuścić, jednak postawili jeden  warunek: Bronek miał wyrzec się kapłaństwa i zrzucić sutannę.

Był już na V roku. Nawet przez chwile nie myślał o tym, by przystać na niemieckie żądania. Pewnie nie spełniłby tego warunku nawet wówczas, gdyby dopiero zaczynał seminarium. Stracił życie, nie doczekawszy święceń kapłańskich. Jego matka kazała z przysłanej do domu sutanny syna uszyć sobie do trumny suknię pogrzebową. Kilka lat później w tej sukni została pochowana.

Dziś bł. Bronisław jest patronem kleryków i tych, którzy wiernie idą drogą powołania. Jestem pewien, że to, iż i ja jestem teraz kapłanem, zawdzięczam też i Jemu. W ,,Jego” kościele, pod Jego wizerunkiem spędzałem kiedyś całe godziny. I tak coraz bardziej się z nim zaprzyjaźniałem. Dziś ciągle proszę Go o wierność. O wierność powołaniu i o odwagę w noszeniu kapłańskiej sutanny.

Mamy od kogo się uczyć – Trzej Wielcy Błogosławieni…

 
Dziś znów zostajemy w temacie kapłaństwa. Po zamieszczonej poniżej refleksji o początkach mojego zakonnego powołania, chcę dziś napisać o trzech – szczególnie dla mnie ważnych – Osobach. O Osobach, których nigdy sam nie spotkałem (z różnych względów), ale które są mi bliskie, przez to jak żyły i co robiły. Wszystkie trzy Osoby wspominamy właśnie dziś. Choć każdą na inny sposób i z innego powodu.

Pierwsza w tych Osób to oczywiście Jan Paweł II. Dzisiaj przypada kolejna rocznica Jego wyboru na Stolicę Piotrową.
Za młody jestem, by pamiętać tamte historyczne wydarzenia, ale zawsze z wielką uwagą słucham opowiadań tych, który dzień 16 października 1978 r. dobrze pamiętają.

Druga ważna dla mnie Osoba to bł. Piotr Casani. Kapłan – pijar, który patronuje naszemu pijarskiemu seminarium w Krakowie. Mieszkając tam, rozczytywałem się w książka o tym błogosławionym. Choć nie od razu wstąpił do naszego Zakonu, to jednak kiedy to już się stało, pozostał do końca życia wierny naszemu zakonnemu charyzmatowi i samemu Założycielowi.

Casani – jako przysłowiowa prawa ręka Kalasancjusza – zakładał wiele nowych domów. W 1638 r. przybył na Morawy. Tu spotyka pierwszego Polaka, który niedługo potem staje się pijarem – o. Kazimierza Bogatko. Jesienią 1640 r. o. Casani – na polecenie Kalasancjusza – przybywa do Krakowa. Jednak z powodu ciężkiej choroby szybko musi powrócić do Rzymu.  I właśnie tam – w domu, gdzie dziś mieści się nasza Kuria Generalna – umiera  17 X 1647 r. W pamięci pijarów żyje jednak do dziś.

I jeszcze trzecia niezwykła postać. Trzeci błogosławiony.
Ks. Jerzy Popiełuszko. Właśnie dziś mija dokładnie 47 lat od dnia, w którym ten kapłan męczennik przyjął strój kapłański.
16 października 1966 r. przeżywał swoje obłóczyny.
Może nie pisałbym dzisiaj o tym, gdybym nie był osobiście w warszawskim kościele na Żoliborzu i gdybym nie widział na własne oczy wspomnianej sutanny. Dziś w żoliborskim kościele owa relikwia po księdzu Jerzym wystawiona jest na widok publiczny.

Ktoś może powie: Przecież to tylko sutanna. Może i tak, ale przecież były czasy, kiedy za sutannę czy różaniec na palcu ludzie oddawali życie.
Ks. Jerzy też je oddał.

Choć mojemu kapłańskiemu i zakonnemu powołaniu w sposób szczególny patronuje św. Józef Oblubieniec, to jednak trzej wymienieni wyżej błogosławieni również są mi bardzo bliscy. Od każdego z nich mogę się czegoś uczyć. Każdy z nich coś wnosi w moje kapłańskie i zakonne życie. Do każdego z nich się modlę i mam głębokie przekonanie, że każdy z nich na swój sposób jakoś mnie prowadzi.

Fakt, że wszystkich trzech – choć z różnych powodów – wspominamy właśnie dzisiaj, też nie jest przypadkowy.