Gdy Jezus zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: «Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: «Chcę, bądź oczyszczony».

I natychmiast został oczyszczony z trądu. A Jezus rzekł do niego: «Uważaj, nie mów nikomu, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».

Nie będę dotykał powyższego fragmentu w kontekście tego, że Jezus okazał się prawdziwym bohaterem, bo nie tylko pozwolił trędowatemu zbliżyć się do siebie, ale nawet wyciągnął rękę i sam się go dotknął. To robi wrażenie, szczególnie, że trędowaci w tamtych czasach musieli trzymać się na odległość od zdrowych. Więcej, musieli krzyczeć: Jestem nieczysty, jestem nieczysty. Dziś jednak nie o tym, choć warto mieć świadomość, że Jezus nie brzydzi się także naszym duchowym trądem i naszą nieczystością.

Czytam ten tekst i zatrzymując się na ostatnim zdaniu, myślę o naszym duchowym trądzie i o spowiedzi. Co znaczy to ,,pokaż się kapłanowi?”

Wielu ludzi w konfesjonale nie chce ,,pokazywać się kapłanowi.” Wolą być nierozpoznani, anonimowi, niezauważeni. Sam zresztą też tego ,,pokazywania się” bardzo nie lubię. Gdy z jakiegoś powodu idę do spowiedzi nie do swojego stałego spowiednika wolę, żeby mi się w konfesjonale nikt nie przyglądał, żeby zachował minimum delikatności i szacunku dla mojej prywatności. Pewnie dlatego bardzo dobrze rozumiem moich znajomych, którzy często pytają mnie o to, kiedy spowiadam, żeby przypadkiem wchodząc do konfesjonału nie natknąć się na mnie.
I choć często się spotykamy, niektórych z nich odwiedzam w domach, przy kawie rozmawiamy o ich problemach, znam realia ich życia, w konfesjonale się z nimi nie spotkam. Dlaczego? Ktoś odpowiedział mi na to pytanie jednym zdaniem:
,,Choć nie jestem wielkim grzesznikiem, wstyd mi.”

papiezBingo… Właśnie o to chodzi. Chodzi o wstyd. Trzeba zacząć się wstydzić swoich grzechów. Tylko tacy, którzy się wstydzą mogą naprawdę uczciwie pracować i wzrastać duchowo. Osobiście znam takich, którzy grzeszą ciężko i spowiadają się nawet co kilka dni u różnych spowiedników w różnych kościołach. Bezowocnie… Takie spowiedzi – i zainteresowani mówią o tym sami – mają na celu tylko chwilowe uspokojenie sumienia. Po kilku dniach znów wracają do dawnych grzechów, żyjąc złudną nadzieją na to, że poradzą sobie sami. A tymczasem nie tylko nie widać poprawy, ale też sprawdza się w ich życiu to, o czym mówił Jezus: ,,Gdy zły duch opuści człowieka, błąka się (…) a potem wraca i stan owego człowieka staje się jeszcze gorszy, niż poprzednio.”(por. Łk 11,24).

Inaczej jest w przypadku tych, którzy nie boją ,,pokazać się kapłanom.”
A konkretniej odsłonić duszy przed jednym kapłanem jako stałym spowiednikiem. Każdy, kto takowego ma, dobrze wie, jak wielka to pomoc. Trochę w myśl mało znanego powiedzenia o tym, że ,,nikt sam siebie za włosy z bagna nie wyciągnął.”

Wielu siedzi w mniejszym lub większym bagnie swoich grzechów. Wielu wmawia sobie, że może wyjść, że sobie poradzi. Większość jednak skazana jest na porażkę. Dlatego ten stały spowiednik jest tak ważny i tak potrzebny.

Św. Tomasz z Akwinu powiedział, że łaska buduje na naturze. Miał rację. Dla nas czymś bardzo normalnym i naturalnym jest nasz wstyd, wkomponowany w naszą duchową przestrzeń. Odkryć go, rozbudzić i budować na nim znaczy pozwolić sobie na komfort duchowego wzrastania. Szkoda tylko, że wielu na taki komfort nie chce sobie pozwolić.