Wczoraj późnym popołudniem – razem z kilkoma chłopakami z Krakowa – wysiadłem na stacji Łowicz Główny. Na stacji tak dobrze mi znanej. Swego czasu przecież często odjeżdżałem i przyjeżdżałem na te łowickie perony. Ostatni raz już nawet nie pamiętam kiedy.

Teraz znów kilka dni w Łowiczu. Podróż sentymentalna – bez wątpienia. Cel: kolejny turnus rekolekcji dla chłopaków – w ramach naszego duszpasterstwa powołań.

Łowicz to miejsce, do którego wracam chętnie, choć z racji moich aktualnych obowiązków, dość rzadko. Przed sześciu laty spędziłem tutaj cały jeden rok mojej zakonnej formacji. Rok szczególny. Nie tylko przez to, że był dla mnie przerwą w krakowskich studiach. Nie dlatego, że był czasem odkrywania tego, jak życie zakonne wygląda poza seminarium. Nawet nie dlatego, że po raz pierwszy stawałem wtedy przy tablicy w roli nauczyciela. I to w dodatku w roli nauczyciela gimnazjalistów i licealistów.

To był rok szczególny, bo właśnie wtedy umocniło się moje powołanie. Obserwując z bliska pracę starszych Współbraci, ich zaangażowanie i poświęcenie, zdecydowałem, że w swoim życiu chcę robić to, co oni. Na kilka miesięcy przed ślubami wieczystymi właśnie w Łowiczu dałem sobie i Panu Bogu ostateczną odpowiedź. Zadecydowałem, że jest to właśnie ta droga, po której chcę iść. To właśnie stąd mój sentyment do Łowicza.