To już jest koniec…

Uroczystą galą przygotowaną przez Grono Pedagogiczne i uczniów pijarskich szkół w Łowiczu rozpoczęły się dziś obchody zakończenia Jubileuszowego Roku Kalasantyńskiego. Ten szczególny dla nas, pijarów czas rozpoczęliśmy dokładnie dwanaście miesięcy temu w Krakowie. Wtedy byli z nami kard. Zenon Grocholewski z Rzymu i kard. St. Dziwisz. Dziś uroczystościom w Łowiczu przewodniczył prymas Polski abp Wojciech Polak.

Na zegarach już prawie północ, więc nie będę się już rozpisywał. Pewnie kiedyś jeszcze do tego wrócę. Tymczasem zainteresowanych tematem odsyłam na stronę naszej Prowincji  www.pijarzy.pl, gdzie na pewno niebawem ukaże się obszerny opis poświęcony temu, co dziś działo się w Łowiczu.

 

O co ostatnio…?

Łk 20, 27 – 40

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu”. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę i zmarł bezdzietnie. Pojął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzaku, gdy Pana nazywa „Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrze powiedziałeś». I już o nic nie śmieli Go pytać.

Nasze czysto ludzkie patrzenie na sprawy duchowe niejednokrotnie okazuje się bardzo zgubne. Wiemy dobrze, że próby postrzegania Królestwa Bożego tylko po ludzku mogą kończyć się dla nas bardzo źle. Dlatego dobrze, że saduceusze przychodzą dziś do Jezusa i stawiają pytania.

Nie będziemy wnikali w motywacje pytających i nie będziemy próbowali doszukiwać się w tych pytaniach jakiegoś drugiego dna. Najważniejsze jest to, że przychodzą i pytają. Nawet, jeśli nie do końca słuchają odpowiedzi, choć akurat dzisiaj wydaje się, że słuchali.

My też mamy wiele różnych pytań. Może nawet więcej niż myślimy… Na wiele z nich znajdujemy odpowiedzi, ale są też takie, na które odpowiedzi nie znamy. Czy z tymi trudnymi życiowymi pytaniami przychodzę do Jezusa? Czy pytam Go na modlitwie o to, co mnie przerasta i z czym sobie tak zwyczajnie, po ludzku nie radzę? No właśnie… Przypomnij sobie, o co ostatnio na modlitwie pytałeś Jezusa… Jakie ostatnio na modlitwie pytanie Mu postawiłaś?

Bóg nie da się zamknąć…

Łk 19,45 – 48

Jezus wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: «Napisane jest: „Mój dom będzie domem modlitwy”, a wy uczyniliście go jaskinią zbójców». I nauczał codziennie w świątyni. Lecz arcykapłani i uczeni w Piśmie oraz przywódcy ludu czyhali na Jego życie. Tylko nie wiedzieli, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchał Go z zapartym tchem.

Chyba nikomu nie trzeba przypominać, że świątynia jest miejscem szczególnej obecności Boga. A skoro tak, to w świątyni należy się godnie zachowywać. To jest dla nas jasne i w tym temacie nie odkrywamy żadnych kart dotąd nieodkrytych. Nawet, jeśli ktoś uczestniczy w Eucharystii z gumą w ustach, to nie dlatego, że nie wiem, iż tak nie wolno, ale dlatego, że jest po prostu ignorantem albo co najmniej człowiekiem niekulturalnym.

Świątynia nierozerwalnie łączy się z modlitwą. To przestrzeń, w której modlitwa po prostu jest. Z tym jednak połączeniem modlitwy ze świątynią może wiązać się pewna pułapka. Ktoś mógłby tak nierozerwalnie łączyć ze sobą modlitwę i świątynię, że w przypadku braku świątyni, zabraknie także modlitwy.

Jest to pułapka, w którą wpada dziś wielu. Wielu bowiem myśli, że modlić się można tylko w kościele i najlepiej tylko w postawie klęczącej. A przecież tak nie jest. Modlić się można wszędzie. Dosłownie wszędzie… na spacerze, w tramwaju, w kolejce po bułki i w oczekiwaniu na zielone światło. I to właśnie jest niesamowite…

Bóg zawsze jest przy nas i zawsze gotów jest wsłuchiwać się w nasze słowa. I choć świątynia jest szczególnie uprzywilejowaną przestrzenią obecności Boga, nigdy nie wolno zamykać Stwórcy tylko w naszych kościołach. Bóg nie da się zamknąć nawet w najpiękniejszych sanktuariach i bazylikach. On chce, by nasze serca także stały się sanktuariami. Ale czy tak będzie, zależy od każdego z nas.

 

Zapłakać, by potem widzieć lepiej…

Łk 19, 41 – 44

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia”.

Dzisiejsza Ewangelia jest potwierdzeniem tego, że Jezus był nie tylko silnym, wszechmogącym Bogiem, ale był też zwyczajnym (w pełni tego słowa znaczeniu) człowiekiem. Nie był bardziej Bogiem czy bardziej człowiekiem. On był Bogiem w 100% i w 100% był człowiekiem.

Zapłakał… To takie ludzkie. Przecież Bóg nie płacze… A On zapłakał na widok Jerozolimy. Dobrze wiedział, co dzieje się w tym świętym mieście; dostrzegał panoszące się zło, obojętność i nonszalancję tych, którzy nie uwierzyli w Syna Człowieczego. Widział to i zapłakał…

Każdy z nas jest taką Jerozolimą. W każdym z nas są takie święte miejsca; takie wewnętrzne sanktuaria jak ówczesna świątynia jerozolimska. Jan Paweł II mianem sanktuarium w człowieku nazwał kiedyś nasze sumienia. Ale przecież nasze wnętrze nie całe jest ziemią świętą. Przecież są tam też przestrzenie grzechu i miejsca, gdzie zły czuje się jak u siebie. I zwyczajnie się panoszy.

Jezus uczy nas dostrzegać te niechlubne przestrzenie naszej duszy. Uczy nas nazywać to wszystko, co złe po imieniu. A nazwać po imieniu w języku biblijnym znaczy objąć coś w panowanie, okiełznać i sobie podporządkować.

I uczy nas jeszcze jednego – tego, by czasem zapłakać. Nad sobą, nad swoim życiem, nad kolejnymi zmarnowanymi szansami… Bo jak czasem człowiek zapłacze i jak łzy obmyją trochę zamglone oczy, to od razu wszystko lepiej widać.

Nawet zmarnowana mina może nas czegoś nauczyć…

Łk 19, 11-28

Jezus opowiedział przypowieść, dlatego że był blisko Jerozolimy, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi. Mówił więc: „Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: «Zarabiajcie nimi, aż wrócę». Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: «Nie chcemy, żeby ten królował nad nami». Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dal pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: «Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min». Odpowiedział mu: «Dobrze, sługo dobry; ponieważ w drobnej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami». Także drugi przyszedł i rzekł: «Panie, twoja mina przyniosła pięć min». Temu też powiedział: «I ty miej władzę nad pięciu miastami». Następny przyszedł i rzekł: «Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał». Odpowiedział mu: «Według słów twoich sądzę cię, zły sługo. Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał». Do obecnych zaś rzekł: «Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min». Odpowiedzieli mu: «Panie, ma już dziesięć min». Powiadam wam: «Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach»”. Po tych słowach ruszył na przedzie zdążając do Jerozolimy.

Jak to dobrze, że Pan Bóg nie jest podobny do króla z dzisiejszej Ewangelii. Jak to dobrze, że nie wzywa nas po kolei przed siebie, nie wypytuje, a niewiernych nie każe katom pościnać. W przeciwnym razie wszyscy już dawno chodzilibyśmy bez głów. On nie każe tego robić i właśnie na tym polega różnica między królem a Bogiem.

Jest jednak coś, co króla z Ewangelii i Pana Boga łączy; jest między nimi pewien wspólny mianownik – tym mianownikiem jest umiejętność obdarzania innych ludzi zaufaniem. Król ufa swoim sługom. Ufa do tego stopnia, że każe im dysponować swoim majątkiem. To oczywiste, że chciałby na tym zarobić, ale przecież nie daje sługom konkretnych rad i wskazówek. Mówi tylko: ,,Zarabiajcie nimi, aż wrócę.”

Pan Bóg robi dokładnie tak samo. Daje nam te ewangeliczne miny (talenty, dary, łaski, charyzmaty – czy jak byśmy tego nie nazwali), ale w zarządzaniu nimi daje nam wolną rękę, bo wierzy, że tego nie zmarnujemy. A nawet, jeśli zmarnujemy, to może wyciągniemy z tego jakąś lekcję. A przynajmniej przyznamy się do tego marnotrawstwa przy kratkach konfesjonału.

Przecież nawet zmarnowana mina może nas czegoś nauczyć. I Bóg dobrze o tym wie. I dlatego On ciągle mi ufa. Odważył się obdarzyć mnie zaufaniem. Czy to nie jest niezwykłe? Czy nie warto się tym prawdziwie ucieszyć? I jeszcze jedno… Czy nie warto pójść za ciosem i odwrócić trochę to pytanie? I zapytać się o to, czy ja ufam Bogu tak samo, jak On zaufał mnie…