Kolejka w monopolowym na naszym osiedlu. Podchmielony starszy pan kupuje dziesięć paczek Marlboro.

– Czy ma pan jakąś siatkę, żeby zapakować? – pyta grzecznie ekspedientka.
– Nie mam siatki, ale mam duże kieszenie – odpowiada i zaczyna wciskać weń kolejne paczki cygaretów.
– Ooooo, rzeczywiście, ma pan kieszenie jak ksiądz – zauważa zza lady miła pani.
– Niech mnie pani nie porównuje do tych czarnuchów. Nienawidzę księży – pieni się klient. Wkłada do kieszeni ostatnią paczkę, odbiera resztę i powoli wychodzi.

Stoję tuż za nim (na cywila), gdy do sklepu wchodzi nasza parafianka.

– Szczęść Boże, ojcze Piotrze.
– Szczęść Boże…

Jeszcze nie widziałem, żeby się jakiś staruszek tak szybko ze sklepu ewakuował 🙂

Ps. W monopolowym byłem po pepsi. Żeby nie było.