On nam się daje cały, z nami zamieszkał tu…

W zakrystii jednego z rzeszowskich kościołów można na ścianie przeczytać dość ciekawą, łacińską sentencję. Ci, którzy są bieglejsi w tym języku, mogą przetłumaczyć ten zapis mniej więcej w ten sposób:

,,Tak Jezus potraktuje cię kiedyś na Sądzie,
jak ty traktujesz Go teraz w Eucharystii.”

Mocne, prawda? Pewnie, że od razu można pójść za ciosem i powiedzieć: No jak to… Przecież Jezus jest Miłosierny, przecież przebacza. A ja jestem taki słaby, niedoskonały, grzeszny…

Pewnie, że można się tak fajnie usprawiedliwiać i nawet będzie w tym wszystkim spora dawka prawdy. Ale chyba nie do końca o to chodzi. Nie chodzi o tę naszą słabość, grzeszność… Chodzi o to, co my tak naprawdę robimy, żeby Eucharystia nie była tylko ,,przedstawieniem jednego aktora.”

To, że jesteśmy grzeszni i słabi, nie powinno nas usprawiedliwiać, ale przeciwnie… Powinno nas motywować do coraz lepszego przeżywania Mszy św. Bo mogę być wielkim grzesznikiem, ale w tej mojej grzeszności mogę uklęknąć porządnie na dwa kolana i ładnie się przeżegnać. Mogę być wielkim grzesznikiem,  ale kiedy we Mszy św. przychodzi czas na wspólną modlitwę Chwała na wysokości Bogu, Credo czy Ojcze nasz, też będę otwierał usta, by te słowa wypowiadać, a nie tylko słuchać, jak wypowiadają je inni. Mogę być wielkim grzesznikiem, ale zrobię wszystko, by na Mszę św. się nie spóźnić i odczekam tyle, ile trzeba, żeby zaraz po Komunii a przed ogłoszeniami duszpasterskimi, z kościoła nie wychodzić.

A więc… O ile nasze grzechy mogą być tłumaczeniem tego, że nie przyjmujemy Komunii św., o tyle nie są żadnym wytłumaczeniem dla spóźnialskich i tych, którym na Mszy św. zwyczajnie się nudzi. Grzech grzechem a tumiwisizm tumiwisizmem…

I właśnie w tym kontekście warto powrócić do sentencji z rzeszowskiego kościoła i zapytać się tak bardzo serio: Jak ja Jezusa obecnego w Eucharystii traktuję?

Owocnych refleksji w tę piękną uroczystość Wam życzę :).

Nawet Jezus może nam spowszednieć…

Mk 10, 32 – 45


Uczniowie byli w drodze, zdążając do Jerozolimy, Jezus wyprzedzał ich, tak że się dziwili; ci zaś, którzy szli za Nim, byli strwożeni. Wziął znowu Dwunastu i zaczął mówić im o tym, co miało Go spotkać: «Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie». Wtedy zbliżyli się do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: «Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy». On ich zapytał: «Co chcecie, żebym wam uczynił?» Rzekli Mu: «Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie». Jezus im odparł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?» Odpowiedzieli Mu: «Możemy». Lecz Jezus rzekł do nich: «Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane. (…)».

Dziś dwie krótkie myśli do osobistej refleksji:

Pierwsza myśl: Jakie emocje budzą we mnie słowa Jezusa, które czytam z kart Ewangelii? Dziś słyszymy o tym, że w uczniach pojawiały się różne emocje i postawy: jedni się dziwili, inni byli strwożeni… W innych miejscach Ewangelii mamy tych emocji, uczuć i postaw jeszcze więcej. Każdy z bohaterów reagował na Jezusa (Jego słowa, czyny, znaki, zapowiedzi, itp.) w sobie właściwy sposób. 

Warto przyjrzeć się sobie i zobaczyć, jak ja reaguję, kiedy słyszę Jezusową naukę, kiedy czytam o cudach i znakach. Jakie emocje się we mnie budzą? Czy przeżywam to, o czym czytam i słucham? A może już mnie to nie rusza? Może jest mi obojętne? Może już mi się przejadło? To byłby zły znak, dlatego szczera odpowiedź na te pytania może być początkiem dobrej zmiany.

Druga myśl: W relacji z Jezusem najbardziej niebezpieczna jest nasza… obojętność. Ciekawy jest dialog, jaki Jezus prowadzi z braćmi po usłyszeniu ich prośby: ,,Użycz nam, żebyśmy w Twoim królestwie siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie.” Na pytanie: ,,Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” bracia odpowiadają: ,,Możemy.”

I właśnie to jedno słowo bardzo mnie zastanawia. Chyba każdy z nas odpowiedziałby: ,,Nie możemy.” Zresztą, mam wrażenie, że właśnie przeczącej odpowiedzi oczekiwał od nich Jezus. Odpowiedź jednak pada inna. Twierdząca. Czyżby Jakub i Jan tak dobrze zrozumieli Jezusową katechezę? A może to zwykły przejaw pychy? A może to kwestia wiary? Chciałbym sam kiedyś ich o to zapytać.

Oni po prostu w tej rozmowie z Jezusem byli… sobą. Byli bardzo szczerzy. Nie próbowali się dostosowywać do czyichkolwiek oczekiwań, nie starali się przypodobać Mistrzowi. Powiedzieli to, co myśleli i koniec. Więcej, okazał się, że był to strzał w dziesiątkę, bo Jezus później sam utwierdza ich w tym wyznaniu: Kielich mój pić będziecie…”

Szczerość, otwartość i klarowność intencji to bardzo ważne elementy w ludzkiej formacji. Tylko ktoś, kto odnajduje w sobie powyższe cechy może w procesie duchowego wzrastania poddawać się działaniu Ducha Świętego i nie tworzyć przed Nim żadnych barier i przeszkód. O ile więc można zganić (jak uczynili to pozostali Apostołowie) Jakuba i Jana za to, że mają takie aspiracje, iż chcą pierwsze miejsca w Królestwie niebieskim, o tyle trzeba im pogratulować odwagi i szczerości w kontakcie z Jezusem. Chyba nie każdy z nas odważyłby się na taki otwarty dialog.

Zadanie: Przypatrzę się mojej modlitwie. Jak ona wygląda. Czy jest dialogiem z Kimś naprawdę dla mnie ważnym, czy monologiem, który wprawdzie uspokaja moje sumienie (no przecież się modlę), ale w rozwoju duchowym jednak nie bardzo pomaga…

Największą radością kapłaństwa jest konfesjonał…

Jestem księdzem, zakonnikiem. Mieszkam w  seminarium, gdzie pełnię funkcję ojca duchownego i spowiednika kleryków. Od ponad ośmiu lat jestem duszpasterzem powołań. Osiem lat spotkań, organizowania i prowadzenia rekolekcji powołaniowych. Osiem lat mailowania i rozmów z młodymi, kilka lat spowiadania i kierownictwa duchowego.

Lubię to, co robię i robię to, co lubię… Ale szczęściarz ze mnie 😉

To wszystko sprawia, że sprawa powołań jest mi bardzo bliska. Z roku na rok chyba coraz bardziej. To dlatego tak lubię uroczystość święceń kapłańskich. Każde święcenia to taki moment, kiedy Kościół mówi do święconego: ,,Nadajesz się, duszpasterzuj.”

To piękny, bardzo wymowny moment. Moment wcale nie pozbawiony lęku, wątpliwości, jakiegoś Bożego niepokoju. Tak, tak… I na to jest miejsce w sercu nowego kapłana. Ważne, by w tym sercu było miejsce jeszcze na coś… Na zawierzenie i zaufanie Panu Bogu.

Ks. Józef Potyrała z Kołobrzegu (zdj. R. Koleśnik)

Kiedy młodzi przyjmują święcenia, tych starszych – seniorów pyta się czasem o dobre rady dla tych, co to ,,idą za nami.” O taką radę w czasie święceń kapłańskich w Koszalinie poproszono jednego z najstarszych kapłanów tej diecezji ks. Józefa Potyrałę (w tym roku obchodzi 62 rocznicę swoich święceń kapłańskich). Jest kapłanem diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej, ale jego rada jest dobra nie tylko dla koszalińskich kapłanów. Warto wziąć ją sobie do serca.

Czy ma jakieś rady – zapytał dziennikarz – dla młodego kapłana?

– Powiedziałbym mu, żeby trwał w modlitwie i mocno trzymał się konfesjonału. Wtedy wytrwa w kapłaństwie do końca.

Na pytanie, czy trudno wytrwać, odpowiada zaskakująco:

Nie. Jeżeli człowiek ma ducha pokory, to wtenczas przezwycięży wszelkie trudności na swojej drodze. Pokora jest kluczem. Pycha niszczy posługę kapłańską – podkreśla. – Największą radością kapłaństwa jest konfesjonał, kiedy posługuje się innym i samemu korzysta się z tego sakramentu. Wtedy się wytrwa – dodaje.

No cóż… Młody jestem i może się nie znam, ale mam jakąś taką kapłańską intuicję, która mi podpowiada, że lepiej powiedzieć już tego nie można było.

Księże Józefie, Bóg zapłać za Twoją radę i za piękne świadectwo Twojego kapłańskiego życia.

Więcej o tym niezwykłym Kapłanie można przeczytać na https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2017/Przewodnik-Katolicki-47-2017/Wiara-i-Kosciol/Jesien-w-koloratce

Słowo, które boli…

Mk 10,17-27

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną». Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: «Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego». Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: «Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego». A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: «Któż więc może być zbawiony?» Jezus popatrzył na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe».

Słowo, które Jezus do nas wypowiada, może nas zasmucać. I trzeba to sobie jasno powiedzieć. Często – np. w ruchach charyzmatycznych – akcentuje się mocno prawdę o tym, że Słowo Boże nas pociesza, daje siłę, podnosi, umacnia… I jest to bez wątpienia prawda. Ale nie wolno zapominać i o tym, że Słowo Boże może – a czasami nawet powinno – zwyczajnie nas zasmucić. Powinno stać się wyrzutem sumienia zawsze wtedy, kiedy nasze życie przestaje pokrywać się z Ewangelią.

Czymś, co w dzisiejszej Ewangelii sprawia, że bogaty młodzieniec nie może być szczęśliwy, są jego dobra materialne. Ale przecież nie są to jedyne rzeczy, które człowieka od Jezusa odciągają. Przykładem innych ,,bogactw” mogą być relacje międzyludzkie. Te też potrafią nas całkiem nieźle usidlić. Od nich nieraz znacznie trudniej się zdystansować niż od dóbr materialnych.

Dlatego musi w tym miejscu wybrzmieć prawda, którą przez wszystkie lata mojego katechizowania wpajałem moim drugoklasistom przy okazji omawiania pierwszego przykazania z Dekalogu. Dzieci dobrze wiedziały, że: ,,Ani żadna osoba, ani żadna rzecz, ani żadna czynność nie mogą być ważniejsze od Pana Boga.”

Dzieci to wiedziały. Chyba warto – w kontekście dzisiejszej Ewangelii – tę prawdę przypomnieć i nam, dorosłym. Często o tym przecież zapominamy. A już prawdziwy problem zaczyna się wtedy, kiedy z tą prawdą zaczynamy wyraźnie polemizować. Ale to już jest temat na kolejny wpis.

Niech Tajemnica pozostanie Tajemnicą…

Odpowiedziałem na zaproszenie diakona Staszka i przyjechałem do Solca Kujawskiego, by razem z nim cieszyć się z przyjęcia święceń kapłańskich. To było wczoraj. Biskup Jan nałożył ręce na dwie głowy i w ten sposób diecezja bydgoska wzbogaciła się o dwóch nowych kapłanów – tzw. neoprezbiterów.


W czasie uroczystości w bydgoskiej katedrze myślami byłem trochę w poznańskim Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie dokładnie sześć lat temu ja przyjmowałem święcenia kapłańskie. Można by dużo pisać o tych chwilach, ale cóż… Ktoś, kto nigdy tego nie przeżywał na własnej skórze, nie zrozumie wyjątkowości tej chwili.

Owszem, może się zatrzymać na emocjach, na łzach wzruszenia, na klimacie tych wydarzeń, nawet na pięknie liturgii, ale sama istota wydarzenia pozostanie zakryta. I trzeba się z tym zgodzić, że Tajemnica to Tajemnica. Nigdy do końca nie pojmiemy ani tego, dlaczego Bóg wybiera właśnie tych a nie innych, ani tego, co dzieje się w duszy tego, kto przyjmuje święcenia.

Przed Tajemnicą jedno można tylko zrobić. Pochylić czoła… I jeszcze wesprzeć modlitwą tych, którzy w tej Tajemnicy mają swój bezpośredni udział. I za tę modlitwę za nas, kapłanów, bardzo Wam dzisiaj dziękuję.