Nie obudzimy się lepsi…

Za chwilę przywitamy Nowy Rok…

W związku z nim czynimy różne plany, robimy noworoczne postanowienia, snujemy wizje na przyszłość, życzymy sobie szczęścia. I oby się to wszystko spełniło, chociaż o jednym trzeba dziś szczególnie pamiętać: przez tę jedną noc tak naprawdę niewiele się zmieni.

Nie obudzimy się jutro lepsi, szczęśliwsi, zdrowsi czy bogatsi. Nie rozwiążą się nasze problemy, nie poukładają sprawy niepoukładane. Będziemy tacy sami jak byliśmy wczoraj i przedwczoraj – tylko o rok starsi i – miejmy nadzieję – trochę mądrzejsi i na pewno bogatsi w życiowe doświadczenie.

Nic się nie zmieni, bo ta Noc nie jest magiczna. Nic się nie zmieni, bo Pan Bóg tak nie działa. On nie chce nam w ciągu jednej nocy wszystkiego poukładać. To byłoby za proste.

On pragnie dla nas czegoś więcej: Chce nas zaprosić do współpracy z sobą. I ten rozpoczynający się Rok trzeba potraktować przede wszystkim jako Rok Łaski od Pana. Jako okazję i zaproszenie do współdziałania z Nim w dziele zmieniania siebie i rzeczywistości, która nas otacza. Nowy Rok to Czas Łaski. To także czas nowych szans, które Pan Bóg nam daje.

Jak to dobrze, że przez tę jedną Noc nic się nagle nie zmieni.
Jak to dobrze, że ON nie chce nam układać naszego życia bez nas…

Wielka radość…

Szopka bożonarodzeniowa w kościele ojców pijarów w Krakowie na Rakowicach

Rzadko to robię… Naprawdę rzadko zamieszczam tu moje wiersze. Jak dotąd na blogu pojawiło się ich zaledwie osiem. Dziś pora na kolejny tekst. Tym razem bardzo świąteczny pt.: Wielka radość.

Wielka radość w małej szopce
I wielkie zdziwienie
Bo Bóg żywy jako Człowiek
Przychodzi na ziemię

Matka Boża czule tuli
Ciałko swego Syna
Aniołowie głoszą ludziom:
Radosna Nowina

Wielka radość w sercach ludzi
Gości w każdym domu
Bo Syn Boży przyszedł na świat
Nie mówiąc nikomu

Nawet Herod król nie poznał
Wielkiej tajemnicy
Ni w Betlejem nikt nie wiedział
Że to Syn Dziewicy

Przyszedł na świat w wielkiej biedzie
W ubogim Betlejem
W sercach ludzi budzi pokój
Obdarza zbawieniem

Sentymentalnie…

Od środy jestem w Rzeszowie. Pomagam w naszej pijarskiej parafii, a pomoc potrzebna, bo miejscowi duszpasterze chodzą po kolędzie.

Do Rzeszowa wracam zawsze z wielkim sentymentem. Spędziłem tu cały rok – pierwszy rok mojej zakonnej formacji. To tutaj, przy parafii św. Józefa Kalasancjusza, mamy nasz pijarski Nowicjat. A w nim obecnie czterech kandydatów na pijarów. Od września do września rozeznają tu swoją drogę. A przy tym próbują z Nowicjatu uczynić swój własny dom. Podglądam ich tu trochę i muszę powiedzieć, że idzie im to całkiem sprawnie…

Patrzę na nich i przypominam sobie mój czas w Nowicjacie. Też wiele się wtedy nauczyłem. Do dziś miło to wszystko wspominam.

Kiedy po kilku dniach od przyjazdu do Rzeszowa (wrzesień 2004) zadzwoniłem do domu, Mama zapytała mnie:

– Jak ci tam jest? Co dziś robiłeś przed obiadem?
Zgodnie z prawdą odpowiedziałem:
– Obierałem ziemniaki na obiad.
– Coooooooooooooooo robiłeś? –
Mama powtórzyła swoje pytanie :).

Myślała wtedy, że sobie z niej żartuję. A ja naprawdę obierałem wtedy te ziemniaki. Nie uwierzyła mi na początku, bo ja przez prawie dwadzieścia dwa lata życia przed Zakonem nigdy ziemniaków nie skrobałem. Tutaj musiałem opanować i tę sztukę. 

Te kartofle to tylko jeden z wielu przykładów tego, czego musiałem nauczyć się w Nowicjacie. Można by do tej listy dopisać jeszcze wiele innych rzeczy: mycie po sobie i po innych brudnych naczyń (uwielbiałem te tygodniowe dyżury na zmywaku, szczególnie z now. Darkiem – robota szła nam zawsze ,,śpiewająco”), pranie ubrań, prasowanie koszul, wieszanie firanek, mycie okien, itp.

Co tu dużo mówić: Nowicjat to był jednak fajny czas… 🙂

 

 

 

Wejść w głąb…

Ewangelia wg św. Jana 20,2-8

Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena pobiegła i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono». Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.

Jeszcze dobrze nie oderwaliśmy wzroku od groty betlejemskiej, a już dzisiejsza Ewangelia kieruje nasze oczy na grotę Grobu Pańskiego. Jeszcze w uszach dźwięczą nam słowa kolędy: ,,Bóg się rodzi”, a już w Ewangelii wybrzmiewają słowa Marii Magdaleny, które wypowiedziała do Piotra i Jana: ,,Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono.”

Życie i śmierć – te dwie rzeczywistości przeplatają się ze sobą nie tylko w Ewangelii tych ostatnich dni, ale przede wszystkim w naszym życiu. Obie rzeczywistości – zarówno życie jak i śmierć – przynaglają nas do tego, byśmy zgięli kolano i pochylili czoło przed Tajemnicą. Tajemnicą, w której już teraz mamy swój udział.

Przeżywamy dziś święto św. Jana Apostoła. Od niego chcemy uczyć się wiary i miłości do Jezusa. Ewangelia daje nam dziś ważną podpowiedź do tego, jak to zrobić. Czytamy: Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń (Jan), który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.

Ewangelia podpowiada nam dzisiaj prawdę o tym, że aby uwierzyć, trzeba – niczym Jan do grobu – wejść do wnętrza tej Tajemnicy, trzeba wejść nieco w głąb. Ale żeby tak się stało, najpierw trzeba się zatrzymać, dać sobie odrobinę czasu na refleksję.

Niech w tych dniach nie zabraknie nam czasu i ochoty na zgłębianie tego, co przez te dni celebrujemy. Niech nie zabraknie czasu na zadumanie się nad prawdą o tym, że wielki Bóg z miłości do nas staje się małym Dzieckiem.