Jak odnaleźć granicę…?

List do Filipian 4, 4-7

Bracia: Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech wasza łagodność będzie znana wszystkim ludziom: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem. A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie.

Zwykle w tych blogowych komentarzach dotykam tylko – jeśli chodzi o Pismo św. – Ewangelii. Taką kiedyś przyjąłem zasadę i tego się trzymam, sądząc, że to przede wszystkim Ewangelia jest dla nas wykładnią i wyrocznią. To Ewangelia jest pierwszym i podstawowym punktem odniesienia dla naszego chrześcijańskiego życia.


Dziś jednak chce zatrzymać się – wyjątkowo – przy drugim czytaniu. Przede wszystkim dlatego, że dotyka ono tematu radości. Radość jest dziś towarem raczej deficytowym, także w życiu wielu chrześcijan. Jest czymś, czego brakuje nam na co dzień. I nie chodzi tu tylko o poczucie humoru i uśmiech na twarzy. Radość to coś o wiele głębszego – to owoc ducha (jak pisze św. Paweł w Liście do Galatów). Śmiało można powiedzieć, że radość to owoc Ducha Świętego. To papierek lakmusowy do sprawdzenia tego, na ile Duch Święty przenika nas, nasze serca i rzeczywistość, w której żyjemy.

Mnie osobiście temat radości jest bardzo bliski i często się nad nim zastanawiam. Nie dlatego, że ja zawsze jestem radosny. Nie dlatego, że mam zawsze uśmiech na twarzy. Nawet nie dlatego, że nabieram do siebie coraz większego dystansu i umiem śmiać się już nie tylko z własnej łysiny, ale także z nadwagi. Trochę w myśl błogosławieństwa z Góry Błogosławieństw, którego na próżno jednak szukać w Ewangelii: ,,Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem nigdy nie będą smutni.” Uczę się tego, choć wiem, że w temacie mam jeszcze sporo do zrobienia.

Często myślę o radości w kontekście Eucharystii. I o tym, jak powinienem – jako ksiądz – Ją celebrować i przeżywać. Na pewno w skupieniu – jak Jan Paweł II czy o. Pio. Ale coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy to moje skupienie nie wprowadza jakiegoś smutku? Czy Eucharystia nie powinna być raczej radosnym Wydarzeniem – jak chcą niektórzy: gitary, bębenki i grzechotki. Pewnie bez problemu znajdę zwolenników takiego przeżywania Eucharystii, ale zaraz pojawią się i tacy, którzy powiedzą, że przecież Msza św.  to powtórka z Wieczernika. A tam wcale wesoło nie było.

Przyznam, że trudno mi postawić wyraźną granicę. Kiedy przed Mszą św. znajduję czas na to, by pomodlić się dłużej i dłużej przygotować się do celebracji, siłą rzeczy wchodzę w jakieś zamyślenie i zadumę. Prowadzi mnie ona potem do ołtarza, a kiedy wracam do zakrystii, słyszę, że… na Mszy św. byłem jakiś smutny, jakiś zamyślony. 

Hm… Najważniejsze jest chyba – jak mówił Mały Książę – niewidoczne dla oczu. Najważniejsze jest to, co w sercu. A jeśli tam jest wewnętrzna radość i pokój, to trzeba przyjąć, że to, co widać na twarzy nie wyraża całej prawdy i może być mylące. Jeśli stoję skupiony przy ołtarzu, to przecież wcale nie znaczy, że jestem smutny. A jednak wielu tak myśli…

Czytając Dzienniczek św. Faustyny bez trudu można znaleźć w nim fragmenty, w których skupienie i radość łączą się ze sobą i wzajemnie się przeplatają. I chyba tak właśnie musi być w naszym życiu. Ważne, by na Eucharystii być sobą. By pozwolić Jezusowi działać w nas bez względu na to, w jakim stanie ducha w danej chwili jesteśmy.

Przecież kiedy On zaprasza nas do siebie, mówi: ,,Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni.” Nie mówi, byśmy nasze obciążenia i utrudzenia (jakiekolwiek nie są) zostawili przed drzwiami kościoła. Albo my, kapłani – w zakrystii. On chce nas mieć przy sobie razem z całym bagażem naszych doświadczeń i z całą historią naszego życia. I dla Niego nie ma znaczenia, czy jest to w danej chwili historia radosna czy smutna.

Ważne, byśmy wszystko, co przeżywamy, umieli złożyć na ołtarzu. Nawet wbrew temu, co po Mszy św. powiedzą o nas ludzie.

Jedno przemyślenie nt. „Jak odnaleźć granicę…?”

  1. Często myślę o radości w kontekście Eucharystii. I o tym, jak powinienem – jako ksiądz – Ją celebrować i przeżywać. Na pewno w skupieniu – jak Jan Paweł II czy o. Pio. Ale coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy to moje skupienie nie wprowadza jakiegoś smutku? Ojcze Piotrze zadał ojciec sobie dzisiaj pytanie które i ja zadawałam sobie po wczorajszej mszy św.tylko zasadnicza różnica ,ojciec jako celebrans a ja jako uczestnik mszy św.Ja będąc w nie swojej parafii na mszy św.poczułam się smutno widząc brak skupienia ,przezywania i ogromny pośpiech kapłana….,smutne to.O.Piotrze niech Duch Św.ojca prowadzi a na pewno wszystkie msze św.które ojciec będzie prowadził wydadzą owoce.Dlaczego ojciec zadaje sobie takie pytanie???żeby przeżywać Ofiarę Miłości potrzeba każdemu z nas skupienia,pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.