Sentymentalnie…

Od środy jestem w Rzeszowie. Pomagam w naszej pijarskiej parafii, a pomoc potrzebna, bo miejscowi duszpasterze chodzą po kolędzie.

Do Rzeszowa wracam zawsze z wielkim sentymentem. Spędziłem tu cały rok – pierwszy rok mojej zakonnej formacji. To tutaj, przy parafii św. Józefa Kalasancjusza, mamy nasz pijarski Nowicjat. A w nim obecnie czterech kandydatów na pijarów. Od września do września rozeznają tu swoją drogę. A przy tym próbują z Nowicjatu uczynić swój własny dom. Podglądam ich tu trochę i muszę powiedzieć, że idzie im to całkiem sprawnie…

Patrzę na nich i przypominam sobie mój czas w Nowicjacie. Też wiele się wtedy nauczyłem. Do dziś miło to wszystko wspominam.

Kiedy po kilku dniach od przyjazdu do Rzeszowa (wrzesień 2004) zadzwoniłem do domu, Mama zapytała mnie:

– Jak ci tam jest? Co dziś robiłeś przed obiadem?
Zgodnie z prawdą odpowiedziałem:
– Obierałem ziemniaki na obiad.
– Coooooooooooooooo robiłeś? –
Mama powtórzyła swoje pytanie :).

Myślała wtedy, że sobie z niej żartuję. A ja naprawdę obierałem wtedy te ziemniaki. Nie uwierzyła mi na początku, bo ja przez prawie dwadzieścia dwa lata życia przed Zakonem nigdy ziemniaków nie skrobałem. Tutaj musiałem opanować i tę sztukę. 

Te kartofle to tylko jeden z wielu przykładów tego, czego musiałem nauczyć się w Nowicjacie. Można by do tej listy dopisać jeszcze wiele innych rzeczy: mycie po sobie i po innych brudnych naczyń (uwielbiałem te tygodniowe dyżury na zmywaku, szczególnie z now. Darkiem – robota szła nam zawsze ,,śpiewająco”), pranie ubrań, prasowanie koszul, wieszanie firanek, mycie okien, itp.

Co tu dużo mówić: Nowicjat to był jednak fajny czas… 🙂

 

 

 

2 przemyślenia nt. „Sentymentalnie…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.