Zacheusz – mały wielki człowiek…

 
Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jednak nie zawsze jest to prawda. W przypadku Zacheusza to powiedzenie zupełnie się nie sprawdziło. Więcej, Zacheuszowa ciekawość została zauważona i nagrodzona przez samego Jezusa.

Wszedł na drzewo… Na co liczył? Pewnie myślał, że rzeczywiście Jezusa zobaczy. I to z góry. Ale czy mógł podejrzewać, że Jezus zobaczy jego? Niespodzianka?

W naszym życiu duchowym też musi pojawić się pierwiastek ciekawości. Musimy raz na zawsze zgodzić się na to, że Bóg chce nas ciągle zaskakiwać. Zresztą, pewnie nieraz już czegoś podobnego doświadczyliście.

Czymś, co w konfesjonale (i nie tylko tam) doprowadza mnie do przysłowiowej białej gorączki jest słyszane czasem od różnych osób: ,,Proszę ojca, w tej sprawie już się nic nie da zrobić.”

Kiedy to słyszę, mam ochotę wykrzyczeć: ,,Człowieku, czy Ty w ogóle jesteś wierzący? Jeśli nie, to po co przychodzisz do konfesjonału? A jeśli tak, to dlaczego wiążesz Panu Bogu ręce swoją niewiarą?” Bo co to znaczy, że ,,nic się nie da zrobić?

Gdyby Zacheusz – znając swoje kompleksy i swoją grzeszność – załamał ręce i powiedział sobie: ,, Trudno, skoro jestem takim krasnalem to nic się nie da zrobić”, pewnie nic by się w jego życiu nie zmieniło. Nie tylko nie zjadłby kolacji z Jezusem, ale nadal byłby znienawidzonym przez wszystkich wyzyskiwaczem. A tymczasem… Jemu się po prostu chciało chcieć. Chciał coś w swoim życiu zmienić, nawet jeśli nie przypuszczał, że sprawy potoczą się w tak dziwny i nieprzewidywalny sposób.

***

Jeśli nie godzisz się w swoim życiu na bycie zaskakiwanym przez Pana Boga, powodzenia. Twoje życie prędzej czy później stanie się nudne i bez smaku. Tylko ten, kto otwiera serce na Boże niespodzianki naprawdę staje się coraz bardziej człowiekiem wiary. Ciekawość zatem nie zawsze jest pierwszym stopniem do piekła…

Nawet włosy na naszej głowie wszystkie są policzone… (Łk 9, 46-50)

Pan Jezus stawia dziś przed nami małe dziecko. Więcej, nie tylko stawia, ale mówi, że musimy stać się jak ono.

Dziecko jest szczere, zwykle mówi to, co myśli. Przekonałem się o tym zaraz na początku roku szkolnego, gdy wszedłem po raz pierwszy do jednej z klas II. Usłyszałem pytanie: ,,Czemu wszystkie księdze są takie grube?”

Ot, kochane skarby…. I ta ich bezpośredniość. Ale przecież dziecko to nie tylko szczerość. Dziecko to niejednokrotnie także bezsilność i bezradność. Ten sam malec, który zainteresował się moim brzuchem, chwile potem miał problem ze starciem tablicy. Był bezsilny…

My też często czujemy się bezradni. Przeżywamy w życiu różne sytuacje, różne doświadczenia. Często takie, których nie rozumiemy.

Kiedy jest dobrze, wtedy łatwo trwać przy Panu Bogu. Dziękować Mu, uwielbiać. Ale kiedy przychodzą trudne momenty, wówczas często nasza wiara słabnie. Czasem umiera też gdzieś po drodze nasza modlitwa. Często mówimy sobie: ,,Jak to jest? Tyle się modlę, proszę, zarzucam Pana Boga kolejnymi modlitwami, a  w moim życiu nic się nie zmienia. Dalej mój mąż pije, mój syn dalej nie ma pracy, ja jestem coraz bardziej nerwowa, ciągle wpadam w te same grzechy.”

W takich chwilach rodzi się pytanie: Czy Pan Bóg zawsze wysłuchuje naszych modlitw? Odpowiedź brzmi: TAK. Skąd ta moja pewność?
Z Ewangelii.
On sam do nas mówi: Proście a otrzymacie, kołaczcie a będzie wam otworzone, bo kto prosi otrzymuje, a kołaczącemu otworzą (por. Mt 7,7).

Tylko że te słowa nie znaczą, że wszystko będzie po naszej myśli. Te słowa nie znaczą, że nasze modlitwy zostaną wysłuchane dziś, tu i teraz. Zawsze trzeba pamiętać o jednym. Musimy mieć szacunek dla dynamiki Bożego działania. Mamy pokornie prosić, ale nie narzucać Bogu swoich rozwiązań. Mamy wierzyć w to, że Bóg nas wysłucha, ale nie wolno nam narzucać Panu Bogu żadnych terminów. Dynamika i sposób działania Pana Boga są przed nami zakryte i takie muszą pozostać. Bo gdybyśmy to wszystko odgadli, zrozumieli, potrafili wyjaśnić, wiara byłby nam niepotrzebna. Poprzestalibyśmy na zwykłej wiedzy.

Tymczasem w chwilach dla nas trudnych mamy sposobność, by pokazać Bogu, że choć zmagamy się z tymi naszymi trudnościami, to jednak mamy w sercu wiarę w to, że nawet bez wiedzy Boga włos z głowy nam nie spadnie.

Być nie katem, ale bratem (Łk 7, 36-50)

 
Jeden z faryzeuszów zaprosił Jezusa do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem.
A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem.

Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: «Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą».

Dobrze wiemy, jak kończy się ten fragment Ewangelii. Gościnny faryzeusz  musiał wysłuchać długiego Jezusowego kazania o miłości.

Trochę mi szkoda tego  Szymona. Zaprosił Jezusa do siebie, przygotował nawet posiłek, trochę się namęczył, żeby Jezus u niego w domu poczuł się jak u siebie. Pewnie też tylko ze względu na Jezusa nawet nie zareagował, gdy prostytutka weszła do jego domu, nie zatrzasnął przed nią drzwi, choć przecież mógł.

I tylko w jednym momencie, właśnie wtedy, kiedy ta kobieta podeszła do Jezusa i zaczęła oblewać Jego nogi  jakimiś perfumami, Szymon nie wytrzymuje. Coś mu się wyrwało. Już nie mógł dłużej na to patrzeć i robić dobrej miny do złej gry. Powiedział sam do siebie…, powiedział to, co myślał.  Osądził, zawyrokował. A przecież sam był takim samym albo jeszcze większym grzesznikiem.

Zdarzyło się Szymonowi… Nam też się zdarza… Też – jak Szymon – zapraszamy Jezusa do siebie, do naszego życia. Też chcemy, aby Jezusowi było tam dobrze, staramy się, zabiegamy o to.

I tak samo jak Szymonowi zdarza nam się czasem powiedzieć o kimś o kilka słów za dużo. Czasem nawet nikt tego nie słyszy, jak Szymon ,,mówimy sami do siebie”, ale jednak mówimy.

*******

Warto w kontekście dzisiejszej Ewangelii uświadomić sobie to, że nikt z nas nie zna całej prawdy o drugim człowieku. Nikt nie wie, co kryje się w jego sercu; co nim kieruje; co sprawia, że dokonuje takich a nie innych wyborów. Dlatego nie wolno oceniać i wyrokować, bo nasze ludzkie osądy zawsze będą błędne.

Tak jak ksiądz w konfesjonale powinien być nie sędzią ale ojcem, tak każdy z nas powinien być dla drugiego człowieka nie katem ale siostrą i bratem.

Patrzę na Niego a On patrzy na mnie… (Łk 4,16-30)

 
Próbuję wyobrazić sobie sceny z dzisiejszej Ewangelii. Jezus wchodzi do świątyni, bierze Księgę Izajasza, czyta, odkłada i zaczyna mówić. Jak długo? Nie wiemy, ale znamy dobrze podobny scenariusz… Każda Msza św. ma
w sobie przecież podobne elementy.

O jakości i długości dzisiejszych kazań pisał tu nie będę, ale próbuję sobie wyobrazić miny tych, którzy słuchali Jezusowego kazania. Święty Łukaszu Ewangelista zwraca uwagę na kilka szczegółów: ,,Wszyscy przyświadczali Mu (dziś powiedzielibyśmy, że potwierdzali Jego słowa) i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego.”

A zatem Jezus swoich słuchaczy po prostu zachwyca i fascynuje. Zadziwia. Pobudza do myślenia. To prawda, że później będą mówić, iż ,,jest to syn cieśli”, ale póki co Jezusowa mowa porywa słuchających.

Śmiało można powiedzieć, że Jezus jest najlepszym do naśladowania wzorem w każdej dziedzinie – również w dziedzinie homiletyki. Kazania i homilie głosił jak nikt inny. Głosił  z mocą – właśnie tego możemy się od Niego uczyć my – kaznodzieje.

A czego możemy się uczyć od tłumów, które Go słuchały?

Ewangelia nam podpowiada – ,,oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione.” Utkwić swój wzrok w Jezusie to – jak czytamy w jednym ze słowników – zatrzymać swój wzrok na Panu, wbić w Niego swoje oczy.

Często – podnosząc Ciało Chrystusa w czasie konsekracji i ukazując Je wiernym – zastanawiam się, dlaczego właśnie wtedy tak wiele osób (wydaje się, że zdecydowana większość obecnych w kościele) opuszcza głowę i patrzy w posadzkę. Pytam – dlaczego? Czy nie po to kapłan podnosi Ciało Chrystusa, by ludzie mogli Je ujrzeć? Czy nie po to, by mogli – tak jak ci z Ewangelii – utkwić swój wzrok w Mistrzu? Tak, właśnie po to…

To znów pewnie jakieś niedopatrzenie księży. No bo który ksiądz kiedyś wyjaśnił ludziom sens tego jakże ważnego gestu? Przyznam, że ja nigdy żadnego kazania na ten temat nie słyszałem. A szkoda, bo przecież każdy z nas potrzebuje popatrzeć na Jezusa. Więcej, każdy z nas potrzebuje ciągłego wpatrywania się w Mistrza !!! Tylko wtedy, gdy będziemy Go słuchać i patrzeć na Niego, nie pogubimy się na ścieżkach naszego życia.

Podnieś mnie, Jezu…

 
,,Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni a Ja was pokrzepię.” Kiedyś – jeszcze przez Zakonem – usłyszałem te słowa w konfesjonale. Niby bardzo znajome, ale w tej konkretnej sytuacji, w jakiej wtedy się znajdowałem, były niczym balsam dla duszy. Jak to jest, że w różnych życiowych sytuacjach te same słowa dotykają nas w tak różny sposób?

,,Przyjdźcie, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni…” A co z tym, którzy obciążeni nie są lub takimi się nie czują? Co z tymi, którzy uznają siebie za samo wystarczających i Jezusa nie potrzebują? 

Myślę tutaj m.in. o tych wszystkich, którym nie spodobały się wypowiedziane w Boże Ciało przez krakowskiego metropolitę słowa o tym, że Ewangelia powinna być ponad prawem stanowionym przez ludzi.

Przecież to jest oczywiste. Widać jednak, że  chyba nie dla wszystkich. Jakie słowa do tych zbuntowanych krzykaczy kieruje dziś Jezus? Bo na pewno coś do nich mówi.

Może próbuje im powiedzieć: ,,Panowie, dajcie sobie spokój. Ze Mną jeszcze nikt nie wygrał.” A może kieruje w ich stronę bardziej srogą mowę: ,,Nie chcecie Mnie, więc radźcie sobie sami i nie zawracajcie mi głowy.” Albo mimo wszystko spogląda na nich z miłością i licząc na ich opamiętanie woła: ,,Hallo, nie traktujcie mnie jak ozdoby na choinkę czy dodatku do wielkanocnego koszyczka.”

Nieżyjący już o. Rafał Skibiński OP mówił kiedyś, że nawrócenie to moment powrotu do Jezusa po tym, jak gdzieś Go po drodze zagubimy. Nawrócenie jest to zatem czas, kiedy na nowo uświadamiam sobie prawdę o tym, że bez względu na to, co o sobie i swojej samowystarczalności myślę, jestem utrudzony i obciążony.

Każdy z nas, czy tego chcemy czy nie, nosi w sobie jakieś utrudzenie, jakieś obciążenie. Coś, z czym sobie nie radzimy. I wtedy warto na nowo wsłuchać się w słowa Jezusa: Przyjdźcie, a Ja was pokrzepię.

Wystarczy tylko chcieć Go usłyszeć…