Popatrz na siebie Jego oczami…

,,Za kogo uważają Mnie ludzie?” (zob. Mt 16, 13 – 20)
Jezus pyta o to, choć sam odpowiedź dobrze zna. Po co więc zadaje takie pytanie? Może po to, by własnych uczniów sprowokować do refleksji nad nim. A może jeszcze z innego powodu. Nie da się ukryć, że jest to ważne i potrzebne pytanie. Ale…

Niech ta dzisiejsza Ewangelia stanie się dla nas okazją do postawienia sobie pytania trochę odmiennego: ,,Za kogo Ty, Jezu, mnie uważasz?” , ,,Kim ja dla Ciebie jestem?” , ,,Co Ty sobie o mnie myślisz?”

oczy JezusaMoże patrzysz na mnie dziś tak, jak na Piotra… Tego, który próbował być wierny, ale jednak się zapierał. Może i ja taki jestem… Odchodzący, ale ciągle próbujący na nowo… A może patrzysz dziś na mnie tak, jak na Judasza. Bo znów zdradziłem, nie wytrwałem, zawiodłem, uciekłem.. Może widzisz we mnie niewiernego Tomasza, który najpierw dotknął, potem dopiero uwierzył… Może Marię Magdalenę, która potrafiła zapłakać nad swoim życiem, tak jak i ja czasem płaczę przy konfesjonale… Może w końcu widzisz we mnie Jana, który jako jedyny z Dwunastu wytrwał do końca, stanął na Golgocie…

Kogo Ty we mnie dziś, Panie Jezu, widzisz? Za kogo mnie dzisiaj uważasz? Zadawałeś Mu kiedyś takie pytania?

Refleksja na dziś – Mt 15, 21-28

<<Jezus podążył w strony Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami». Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi». On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz». Od tej chwili jej córka była zdrowa >>.

Spowiednik powiedział mi ostatnio, że każde zdanie z Ewangelii nas, kapłanów powinno przerażać. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pewnie miał człowiek rację, bo sam często mam wrażenie, że Ewangelia nas nie tylko nie przeraża, ale nie robi już na nas (nie tylko na kapłanach, ale też i na świeckich) większego wrażenia. Mówiąc kolokwialnie – Ewangelia wielu z nas już po prostu nie rusza. Przywykliśmy do niej, niektóre fragmenty znamy już na pamięć. Już nas nie szokuje, nie zaskakuje, nie dziwi.

Spróbujmy zatem wykorzystać ten wczorajszy fragment Ewangelii do tego, aby się … zdziwić, zszokować. Ten fragment dobrze się do takiej terapii szokowej nadaje, bo chyba nikt nie powie, że postawa Jezusa przywołana tutaj przez ewangelistę jest czymś normalnym i nie zaskakuje. Mnie zaskakuje, i to bardzo. Więc chyba jeszcze nie jest ze mną aż tak źle?

Czytając tekst wczorajszej Ewangelii, od razu rodzi się we mnie cały szereg różnych pytań. Na przykład:

1. Skoro Jezus jest Bogiem i zna ludzkie myśli, dlaczego – żeby cokolwiek zrobić w sprawie tej kobiety – potrzebował jej słownej deklaracji i słów: Tak, Panie, lecz nawet szczenięta…?
2. Dlaczego od razu nie uniósł się ponad podziały (kobieta była Kananejką, ale cóż z tego?) i nie pomógł tej, która bardzo na tę pomoc liczyła?
3. Dlaczego tę wołającą o pomoc kobietę porównuje do psa, zwierzęcia uważanego za nieczyste i szczególnie pogardzanego?
4. I w końcu: dlaczego Jezus sprawiał wrażenie, jak gdyby ignorował wołanie tej kobiety; dlaczego swoją postawą pokazywał, jakoby jej nie widział i nie słyszał?

Pytań takich można stawiać więcej i można, bawiąc się w adwokata Jezusa z Nazaretu, silić się na różne tłumaczenia i usprawiedliwienia. Można, ale nie będę się w to bawił. Nie bagatelizując ducha tekstu natchnionego, spróbujmy popatrzeć na ten fragment czysto literalnie.

Kobieta doświadcza jakiegoś braku. Pokładając ufność w Jezusie, woła. On zdaje się nie słyszeć. Aż do pewnego momentu – aż do chwili tego krótkiego dialogu, w którym kobieta ujawnia swoją wiarę. I właśnie wtedy następuje przełom. Kolokwialnie mówiąc – Jezus nie ma już wyjścia. Gdyby zbagatelizował to Credo (czyli wyznanie wiary) kananejskiej kobiety, zaprzeczyłby sam sobie. Powiedział przecież kiedyś, że otrzymamy wszystko, o co z wiarą prosić będziemy.

A zatem wiara jest kluczem do tego, by cokolwiek od Jezusa otrzymać. Ten fragment to kolejny dowód na to, że Bóg nie ma względu na osobę. Nie patrzy na nasze pochodzenie, na drzewo genealogiczne, na nasze obywatelsko. To zresztą i tak nie jest od nas zależne. On zawsze patrzy w serce. Zawsze próbuje doszukać się w tym sercu choćby tylko tlącej się delikatnie iskierki wiary. Jeśli ją znajduje, działa. Jeśli jej tam nie ma, próbuje ją w nas rozniecić.

Mocno wierzę (może komuś się wydać, że moja wiara w tym momencie jest już na graniczy naiwności), że nawet gdyby kobieta nie upadła przed Jezusem i nie wyznała głośno swojej wiary, On i tak nie pozostawiłby jej bez pomocy. Może nie zadziałałby tak, jak czytamy o tym w Ewangelii. Może mniej spektakularnie, może nieco z ukrycia, ale mocno wierzę, że ta kobieta po spotkaniu z Jezusem (nawet bez wyznania swojej wiary) nie pozostałaby z niczym. Skąd ta moja pewność? Ano z faktu, że ona w swoim sercu wiarę miała. Nawet gdyby nie było tego dialogu z Jezusem i nie padłoby głośne wyznanie wiary, kobieta zachowałaby wiarę w swoim sercu. Stąd moje przekonanie.

Zapatrzeć się w Jezusa… Ot, cała filozofia.

Na bazie dzisiejszej Ewangelii można by przygotować całkiem niezłe rekolekcje. Wszystko jedno dla kogo. Może dla kleryków i dla księży… Albo może dla narzeczonych i dla małżonków… Albo dla rozeznających swoje powołanie…
W zasadzie adresatem takich rekolekcji mógłby być każdy, bo w każdym z nas jest coś z tego ewangelicznego Piotra.

Dziś mamy do czynienia z kolejnym Jezusowym cudem. Mistrz znów pokazuje swoją moc – tym razem chodząc po wodzie. Pewnie nas to nie dziwi. Jezus przecież już nie raz i nie dwa nas zaskakiwał. Robił już w przeszłości tyle cudów i znaków, że niby dlaczego nie miałby zaskoczyć nas dzisiaj? Dla Niego chodzenie po tafli jeziora – wbrew prawom natury przecież – nie było niczym nadzwyczajnym. Jezus może… A Piotr? Jakim prawem Piotr po wyjściu z łodzi – jak mówi Ewangelia – przyszedł do Jezusa po wodzie? Przecież Piotr nie był Bogiem, był zwykłym człowiekiem z krwi i kości. W czym zatem tkwi sekret tej niezwykłej Piotrowej mocy?

Odpowiedź jest prosta, znajdziemy ją wnikliwie zagłębiając się w dzisiejsze Słowo. Piotr, idąc do Jezusa po wodzie, przez cały czas swój wzrok utkwiony miał w Mistrza. Dopiero kiedy doszedł do Jezusa – Ewangelia opisuje to bardzo dokładnie – na widok silnego wiatru uląkł się i zaczął tonąć. Wcześniej, idąc do Jezusa, jakby tego silnego wiatru nie widział. Dostrzegł go dopiero po tym, jak doszedł po wodzie do Jezusa.

Jakże podobni jesteśmy do Piotra. Też chcemy iść za Mistrzem. Też wołamy: ,,Każ mi przyjść do siebie, Panie.” Chcemy być blisko Niego. Potrzebujemy Jego obecności. I co…? Po kilku krokach wędrowania za Jezusem najnormalniej w świecie idziemy na dno. Znów grzeszymy, znów upadamy. Jednym słowem – toniemy. Dlaczego? Dlatego, że tak samo jak Piotr, zbyt szybo odrywamy wzrok od Mistrza i rozglądamy się wokół. Tak jak Piotr tylko przez kilka pierwszych kroków jesteśmy w Jezusa zapatrzeni, potem coraz częściej wzrok od Jezusa odrywamy.

To jest odpowiedź na pytanie o to, dlaczego ciągle na nowo powracamy do naszych starych grzechów i słabości. Gdy w czasie spowiedzi św. wychodzimy z łodzi naszych grzesznych przywiązań, postanawiamy sobie (postanowienie poprawy jest przecież warunkiem dobrej spowiedzi św.), że zawsze będziemy blisko Jezusa. Snujemy plany, że od tej pory będzie w naszym życiu więcej modlitwy, może systematyczniejsza Msza św., może częstsza spowiedź, codzienna lektura Pisma św. I na tych postanowieniach idziemy niczym Piotr po tafli jeziora. Ale bardzo szybko te postanowienia okazują się zbyt powierzchowne. Przychodzi taki moment, kiedy już nie Jezus jest dla nas najważniejszy. Odrywamy od Niego wzrok, jak gdyby rezygnujemy z Niego. I wtedy zaczynamy tonąć.

Jakie zatem zadanie dla nas? Każdy z nas; i powołany do kapłaństwa, do życia zakonnego i powołany do małżeństwa; i ten, kto swoje powołanie z jakichś względów porzucił i ten, kto dopiero je odkrywa; i ten, kto żyje w samotności i ten, kto samotności się boi – każdy z nas ma to samo, jedno, wspólne życiowe zadanie – ZAPATRZEĆ SIĘ w Mistrza, ZAGAPIĆ SIĘ w Niego.

Tutaj nie wystarczy tylko SPOGLĄDANIE. Nie wystarczy ZERKANIE na Jezusa. (Tak wielu dziś zerka, przypominając sobie o Bogu tylko w niedzielę, a o spowiedzi tylko przed większymi świętami). To zdecydowanie za mało… Jeśli tylko zerkasz, nie dziw się, że toniesz…

Refleksja na dziś (Mt 8, 23 – 27)

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!» A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?» Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?»

*****

burzaZastanawiam się, czytając ten właśnie fragment Ewangelii, czy możliwe byłoby inne zakończenie tej historii na jeziorze. Co by się na przykład stało, gdyby ci przerażeni uczniowie wcale przerażeni nie byli i nie zbudziliby Jezusa… Albo co by się stało, gdyby tak czysto po ludzku po prostu baliby się Go budzić… Czy wtedy Jezus nie wyrzuciłby im tego, że mając Go blisko siebie, nie proszę Go o pomoc?

Można takich pytań postawić więcej. Jedno jest tutaj ważne. Jezus mówi o wierze. W tym wypadku wypomina uczniom małą wiarę. Nie wiem, jak Wy, ale ja w podobnej sytuacji zrobiłbym dokładnie to samo, co uczniowie. Pewnie nawet zrobiłbym to o wiele szybciej niż oni, bo ja zupełnie nie umiem pływać (ciekawe, czy uczniowie umieli). Czy byłoby w tym coś złego? Pewnie też bym usłyszał od Jezusa, że jestem ,,małej wiary.” No ale cóż, czyż Jezus nie powiedziałby wtedy prawdy o mnie samym?

Pocieszałbym się jednak tym, że o wiele lepiej przecież z małą wiarą w sercu szukać pomocy u Jezusa, niż z wielką wiarą szukać jej u kogokolwiek innego.

Refleksja na dziś (Łk 1,57 – 66.80).

,,Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: «Nie, lecz ma otrzymać imię Jan». Odrzekli jej: «Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię». Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło.
A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.”

***

Pochylając się nad dzisiejszą Ewangelią wielu zwracać będzie uwagę na to, jak to w 2sposób pełny i doskonały Elżbieta i Zachariasz wypełnili wszystko, co zlecił im anioł. Po kolei – od momentu zwiastowania aż do narodzin i do nadania dziecięciu imienia – wszystko realizuje się zgodnie z zamysłem Boga, przekazanym przez Bożego posłańca. Bez wątpienia jest to fakt godzien zauważenia.

Dziś jednak na inną rzecz chciałbym zwrócić nasze oczy. To, co w tym fragmencie zwraca moją uwagę, to jakiś niezwykły spokój. W dzisiejszym ani w żadnym innym fragmencie nie znajdziemy ani jednego słowa o tym, że Elżbieta, jej sąsiedzi i krewni mieliby panikować po tym, jak zauważyli, że Bóg odebrał mowę Zachariaszowi. Nie ma w tekście ani słowa przerażenia, skargi czy żalu.  Wydaje się, że nawet nie specjalnie zmartwili się faktem, że od tej pory będą musieli porozumiewać się z nim za pomocą tabliczki. Bije stąd jakiś pokój. Jakieś głębokie przekonanie, że u Pana Boga wszystko ma swój właściwy czas.

1I rzeczywiście, jeśli uważniej prześledzimy karty Ewangelii, zobaczymy, że Jezus nigdy się nie spieszył. Nie ma w Ewangelii żadnych nerwowych, nieprzemyślanych ruchów z Jego strony. Nawet porozrzucanie monet i przepędzenie przekupniów ze świątyni miało swoje uzasadnienie i bynajmniej nie było działaniem w afekcie. Można odwołać się do wielu fragmentów, by potwierdzić to, ze Jezus zawsze miał jakaś przemyślaną i przemodloną strategię działania. Na przykład wówczas, kiedy Jego ewangeliczna kampania tak bardzo się rozrosła, że apostołowie nie byli w stanie nakarmić słuchających. Jezus wiedział, co zrobić. Kiedy dzieci przychodziły do Niego i gdy apostołowie zachodzili w głowę zastanawiając się nad tym, jak się ich pozbyć, Jezus znów daje spokojną, przemyślaną odpowiedź: Pozwólcie im przychodzić do Mnie.

Wszystko zatem – każde najmniejsze nawet i najbardziej błahe wydarzenie z udziałem Jezusa – było przepełnione pokojem. Zero jakiejkolwiek paniki. Owszem, czasem są gorzkie słowa (jak wtedy w świątyni), czasem słowa pełne smutku i żalu (jak przy śmierci Łazarza), ale nigdy nie ma chaosu, działania w afekcie czy nieprzemyślanego reagowania. Wszystko zawsze było dobrze zaplanowane i miało przynosić określone skutki. I chyba tego pokoju i spokoju możemy uczyć się od Jezusa, Elżbiety i Zachariasza.

Trzeba jednak pamiętać, że żyć w pokoju potrafią tylko ci, którzy ufają w Bożą Opatrzność. Ci, którzy bardziej ufają sobie niż Bogu, nigdy nie zaznają prawdziwego pokoju.