Warszawa da się lubić…

Siedzę w stolicy. Po tygodniu spędzonym z ministrantami nad morzem i po dwóch tygodniach przeżytych z młodzieżą ze Wschodu w górach, na swój własny urlop wybrałem Warszawę. Lubię to miasto… Na każdym niemal budynku w centrum jakaś tablica pamiątkowa. Jedna przypomina o tym, że tu właśnie mieszkał Tuwim, inna (ta akurat w kościele wizytek), że przez cały rok grał tu na kościelnych organach sam Fryderyk Chopin. Można oczywiście przebiec stolicę wzdłuż i wszerz i niczego nie zauważyć. Można jednak delektować się tym miastem. I właśnie tego się uczę i tym próbuję zarazić moich Rodziców, którzy są w stolicy ze mną.

Mieszkamy w miejscu wyjątkowym. Dokładnie w tym samym gmachu, w którym mieszkała kiedyś św. s. Faustyna – w klasztorze Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Kilka kroków dalej kościół, po sąsiedzku siedziba Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, siedziba Katolickiej Agencji Informacyjnej a za oknem, niemal w ogrodzie budynek Sekretariatu Episkopatu Polski. Kilka przystanków dalej warszawskie Powązki. Miejsce na wakacyjny wypoczynek – można powiedzieć – idealny. Mam na myśli oczywiście klasztor…

Miło było, ale się skończyło…

Dziś nadszedł czas, by zakończyć nasz parafiadowy obóz. Zaczynaliśmy go 20 lipca wielkim deszczem i burzą z piorunami. Dziś zakończyliśmy go dokładnie tak samo. W południe, kiedy wyjeżdżałem z ośrodka, burza i ulewa towarzyszyły mi do samego Zakopanego. Później było już tylko coraz lepiej, a w Krakowie było już całkiem dobrze. Przywitało mnie tutaj piękne słoneczko.

Tym wszystkim, których prosiłem o modlitwę za nasz obóz i tym, którzy pamiętali o nas w swoich modlitwach, bardzo dziękuję. To pewnie dzięki Waszej modlitwie obóz przeminął naprawdę bezpiecznie i szczęśliwie.
I, co najważniejsze, dzieciaki wyjechały do swoich domów za wschodnią granicą bardzo zadowolone. Dziękujemy.
My też modliliśmy się za tych, którzy pamiętali o nas.

A ja, no cóż… Dziś jeszcze noc na parafii w Krakowie, a jutro rano kolejna podróż. Zaczynam trzytygodniowy urlop w rodzinnym domu.

 

Ostatni przed wyjazdem rzut oka na okolicę…

Nie da się ukryć – pogoda w tych ostatnich dniach obozu wcale nas nie rozpieszcza. W zasadzie kradniemy promyki słońca i każdą bezdeszczową chwilę staramy się spędzać na świeżym powietrzu. Dziś – choć poranek był smutny i deszczowy – to koło południa dało znać o sobie słońce. To wystarczyło, by wybrać się na pobliską Gubałówkę.