Św. Józefie Kalasancjuszu – módl się za nami…


Jutro w całym naszym Zakonie przeżywać będziemy dzień kalasantyński. Zawsze 25 dnia każdego miesiąca wspominamy w naszych Wspólnotach Ojca Założyciela i prosimy dobrego Boga, aby nigdzie na świecie nie brakowało tych, którzy naśladować Go będą w posłudze dzieciom i młodzieży.

Już dziś zachęcam i Was do włączenia się w ten wielki, światowy nurt modlitwy.
Niech św. Józef Kalasancjusz stanie się także Waszym Orędownikiem i Patronem.

Życie Twoich sług, Panie, zmienia się, ale się nie kończy…

Jakoś często od początku tego roku szkolnego Pan Bóg wzbudza we mnie refleksję nad przemijalnością. Najpierw odszedł jeden z moich Współbraci z klasztoru, w którym  mieszkam. Niedługo potem tragiczna śmierć Dawida i mój udział w jego pogrzebie. Dziś znów dowiedziałem się o śmierci ks. Kamila, wikariusza jednej z krakowskich parafii.

Jakoś tak smutno, choć Kamila znałem tylko z widzenia. Otrzymał święcenia dokładnie w tym samym dniu, co ja – 26 maja 2012 r. Prawie 16 miesięcy temu. Miał przed sobą całe życie. Mógł tyle zrobić, tyle kazań wygłosić, tylu ludzi wyspowiadać i rozgrzeszyć. Ale nić Jego życia się przerwała. Nagle, wystarczył jeden samochodowy wypadek.

Od lat modlę się do św. Józefa – którego w dniu pierwszych ślubów zakonnych obrałem sobie za Patrona – o dobrą śmierć. Ktoś powie, że za szybko, za wcześnie jeszcze, by myśleć o śmierci. A jednak…

Można się zapytać: Co to znaczy ,,dobra śmierć”? Dobra to chyba taka, która zastanie człowieka w stanie łaski. Wszystko jedno, czy po długiej chorobie czy nagle i niespodziewanie. Najważniejsze, by być pojednanym z Bogiem i gotowym.

Kiedy śmierć zabiera ludzi, których znaliśmy albo tych, których chcielibyśmy poznać, zawsze w sercu rodzi się smutek. Jakiś żal. Czasem płyną łzy. Może te łzy nas dziwią – wierzymy przecież, że śmierć jest tylko przejściem a nie końcem. Czasem jednak tylko te łzy pozostają… Tylko one i modlitwa…

Dzień modlitwy i postu w intencji pokoju na świecie…

Dziś odpowiadamy na apel papieża Franciszka i podejmujemy post i modlitwę
w intencji Syrii i tych miejsc na świecie, gdzie toczą się wojny. Każdy z nas może wołać do Boga własnymi słowami. Oto jak o pokój modlił się Jan Paweł II:

Boże ojców naszych, wielki i miłosierny!
Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi.

Twoją wolą jest pokój a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników.
Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim
i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości.
Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu,
niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy.

Spraw – niech ustanie wojna
w Syrii, na Bliskim Wschodzie i na całym świecie,
która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi
odpowiedzialnych za losy narodów.
Zniszcz logikę odwetów i zemsty,
a poddaj przez Ducha Świętego
nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne,
w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu –
bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne.
Ojcze, obdarz nasze czasy dniami pokoju.
Niech już nie będzie więcej wojny. Amen.

Nowa Ewangelizacja. Hm, ale że co?

 
Wakacje to dla mnie czas wielu spotkań m.in. z różnym księżmi w mojej rodzinnej diecezji.  Jak by nie było, troszkę tych różnych znajomości i przyjaźni się nazbierało. Jeden z takich kapłanów (śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie  autorytet), wiedząc, że zaangażowany jestem w Grupę Odnowy w Duchu Świętym, zapytał: – Powiedz ty mi, co to jest ta Nowa Ewangelizacja?

Pytanie niby normalne i odpowiedź też jakaś szczególnie trudna nie jest. Przecież ewangelizacja jest od czasów Jezusa niezmiennie tym samym. Jaki ma cel? Pokazywać ludziom drogę do Boga.

Pewnie ktoś, czytając tę moją definicję, będzie próbował na różne sposoby ją rozbudowywać, uszczegóławiać.
Proszę bardzo…

Dla mnie definicja nie jest istotna. Najważniejsze, że na pierwszym miejscu w tym wszystkim będzie Ewangelia. Jedni księża wolą tradycyjną formę przekazu Dobrej Nowiny i zatrzymują się tylko na kościelnych ambonach. Inni – niczego nie ujmując tej formie ewangelizacji – nie ograniczają się tylko do niej. Obok ambony wybierają stadiony, pielgrzymowanie po wioskach i miastach, ktoś inny organizuje koncerty, by tam śpiewać o tym, jak dobry jest Pan. Jeszcze ktoś inny do ewangelizowania wykorzystuje Internet, prowadząc takiego czy innego bloga, wieczorne kąciki modlitewne przez skeypa, itp.

I chyba śmiało można powiedzieć, że to jest ta Nowa Ewangelizacja.
Nowa, bo wciąż poszerzana o nowe formy docierania do ludzi. Zresztą już Jan Paweł II mówił, że ,,ewangelizacja musi być nowa w swoim zapale, nowa w swoich metodach i nowa w środkach wyrazu.”

Sługa Boży, o. Matteo de Agnone pisał kiedyś do swoich duchowych synów – kapłanów: ,,Kaznodzieje Kościoła Chrystusowego, gdzieście się pogubili? Tym się powinniście zająć, niech to będzie waszym celem, waszym prawdziwym dążeniem: prowadzić biednych grzeszników do miłości żywego Boga. I nie łudźcie się! Aby osiągnąć zbawienie, nie wystarczy tylko spowiadać. Potrzebne jest też zadośćuczynienie i autentyczne świadectwo życia”

Te słowa skierowane są do kapłanów. Ale chyba warto, by każdy pomyślał o świadectwie swojego życia i swojej wiary. Wszak o jest najpiękniejsza Ewangelizacja.

Idzcie i nauczajcie czyli o dramacie pewnego kapłana

 
Idźcie i nauczajcie wszystkie narody – to Jezusowe przesłanie jest niejako streszczeniem każdego kapłańskiego posługiwania. Ksiądz – oprócz tego, że ma być z ludźmi i dla ludzi, że ma szafować świętymi sakramentami – ma także (albo przede wszystkim) nauczać czyli głosić.

Nawet nie próbuję sobie wyobrażać tego, co czuje kapłan, który – mając świadomość swojej misji, powołania i przeznaczenia – otrzymuje od przełożonych zakaz głoszenia. Tylko szaleniec nie bierze sobie tego do serca, bo przecież cofnięcie mandatu nauczania jest bez wątpienia jedną z najbardziej dotkliwych dla kapłana kar.

Nie będę ukrywał, że piszę te słowa zasmucony tym, co spotkało
o. Krzysztofa, chyba jednego z najbardziej medialnych jezuitów w ostatnich tygodniach. Nie mnie osądzać to, czy decyzja była sprawiedliwa czy też krzywdząca. Faktem jest, że sam bardzo wiele razy polemizowałem na facebooku z wypowiedziami o. Krzysztofa, próbując prostować niesprawiedliwe jego sądy i krzywdzące komentarze. Bezskutecznie.

Dlatego nie będę się tutaj rozwodził ani nad tym, co spotkało o. Krzysztofa ani tym bardziej nad tym, że nie on pierwszy został w ten sposób przywołany do przysłowiowego pionu. Faktem jest, że w Polsce nie brakuje krytykantów, złośliwych komentatorów i pomysłodawców uzdrawiania polskiego Kościoła. Niestety, wielu z nich zapomina, że owo uzdrawianie zawsze należy zaczynać od siebie. W przeciwnym razie takie postulaty zawsze będą tylko czczą gadaniną i wodą na młyn dla tych, którzy próbują Kościół ośmieszyć.  

Każdy ksiądz – czy tego chce czy nie – w momencie przyjęcia święceń staje się za ten Kościół odpowiedzialny w sposób innych niż dotąd. Staje się
p a s t e r z e m  tego Kościoła. Pasterzem na wzór Dobrego Pasterza. Każde słowo, wszystko jedno czy wypowiedziane na ambonie, w konfesjonale, na boisku, facebooku czy w jakimś telewizyjnym wywiadzie, jest od tej pory słowem kapłana. Słowem, które ma łączyć, nigdy dzielić.

Niektórzy o tym zapominają. Choć to jeszcze nie jest największa tragedia. Każdy przecież ma prawo do tego, by błądzić. O wiele gorzej, gdy taki człowiek trwa w przeświadczeniu o tym, że tylko on ma rację i nikt inny.
I właśnie wówczas zaczyna się dramat kapłana. Dramat, który bierze się z ludzkiej pychy, a nie od dziś wiadomo, że to właśnie ona jest matką każdego innego grzechu.

Niech ten wpis będzie zachętą do modlitwy za o. Krzysztofa i za tych, którym łatwiej dostrzegać drzazgę w oku brata niż belkę we własnym.