Naprawdę jaki jestem nie wie nikt…

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłem początkującym klerykiem, pewien znajomy ksiądz powiedział mi zdanie, które pamiętam do dziś: Piotrze, zapamiętaj sobie jedno: szatan nie boi się księdza, który cały czas siedzi na plebani.

Ciekawe… Ksiądz na pewno wie, co mówi. Sam ma już za sobą kilkadziesiąt lat kapłaństwa. I choć pewnie niejeden mógłby mu coś zarzucić, to jednak na pewno nie można mu zarzucić tego, że on ,,siedzi na plebani.”

Szatan nie boi się księdza, który zamyka się w swoim pokoju i którego posługa ogranicza się tylko o obowiązkowych celebracji. Potrzeba czegoś więcej… spotkania, rozmowy, uśmiechu.

Zastanawiam się czasem, jak patrzą na mnie ludzie. Co oni w zasadzie o mnie mogą wiedzieć? Znają mnie z celebracji Mszy św. (wtedy jestem skupiony i poważny).
Z moich kazań wiedzą, co myślę (kazania z dziećmi staram się prowadzić w atmosferze radości). Spotykają się ze mną w konfesjonale (znów jestem poważny i wyciszony), dzieci i rodziców spotykam w szkole (gwar, hałas, zabieganie). Znają mnie ministranci, odrobinę poznali mnie ci, których odwiedziłem z kolędą (średnio 14 minut  w każdym domu). I chyba tyle… Jaki można mieć obraz kogoś, kogo spotyka się raz, dwa razy w tygodniu?

Mam niedosyt. Lubię poznawać nowych ludzi, lubię rozmawiać, słuchać, wspólnie coś planować. Myślę, że brak powołań i fałszywy obraz życia kapłańskiego to w znacznej mierze nasza – kapłanów zasługa. Potrzeba naszej otwartości. Otwartości i odwagi w wychodzeniu do innych.


Kimże ja jestem…?

Chyba dla każdego księdza pierwszy piątek miesiąca oznacza jedno – więcej niż zwykle kapłańskiej posługi. I dobrze, bo człowiek czuje, że jest potrzebny. Że ktoś na niego czeka. I to od samego rana. W każdy pierwszy piątek miesiąca, zaraz po porannej Mszy św., wsiadam z Panem Jezusem do naszej babci – skody i przemierzamy  wspólnie osiedlowe uliczki. Przez kilka godzin jestem szoferem Pana Jezusa i chyba tylko On – jako jedyny – nie boi się ze mną jeździć. Osiedlowe uliczki znam dobrze, jeżdżę tam już od września. I tych ludzi, którzy od rana wypatrują księdza przez okno też znam już dobrze. Niektóre historie z ich życia słyszałem już po kilka razy. Wiem już, kto z kim mieszka, gdzie pracuje, ile zarabia i dlaczego tak mało…

Lubię robić za mikrofon. A ludzie starsi lubią mówić, mówić, mówić. Tak naprawdę to jedna z niewielu przyjemności, jakie im w życiu pozostały. Każda osoba to osobna historia. A na mojej liście takich osób jest dziewiętnaście.

Ludzie starsi mają coś, czego często nie spotyka się u młodych – mają poczucie sacrum. Odwiedzam pewną panią, która mimo, iż nie może chodzić, za każdym razem, gdy z Panem Jezusem wchodzę do jej pokoju, klęka na dwa kolana. Ktoś inny całuje po rękach, ktoś inny dziękuję za posługę, wspiera modlitwą. Warto być kapłanem choćby dla takich chwil. Warto być kapłanem choćby dla jednej tylko odprawionej w życiu Eucharystii, choćby dla jednej tylko wysłuchanej spowiedzi. Warto…

Kimże ja jestem, o Panie Boże, że doprowadziłeś mnie aż dotąd? (2 Sm 7, 18)

Szukam Drogi, szukam Prawdy, szukam Życia…

Wykorzystując to, że grypka i zimowe przeziębienie nie ominęły ani Wieczystej, ani mojego pokoju,  postanowiłem wczoraj troszkę uporządkować sobie na regałach różne szpargały. Najwięcej oczywiście różnych ważnych i nieważnych kartek, dokumentów, faktur, sprawozdań, etc. Istna biurokracja…

Wśród wielu różnych papierów gazeta. O dziwo, krakowska gazeta lokalna z datą 24 stycznia 2012. Dokładnie rok temu pierwszy raz wpadła w moje ręce. Cóż za zbieżność. Rzuciłem okiem na tytuł i już wiedziałem, dlaczego w ogóle postanowiłem ją zachować.  Na czwartej stronie dużymi literami na samej górze tytuł: Mniej młodych w Kościele. Kardynał zaniepokojony. Poniżej zdjęcie bazyliki w Łagiewnikach i krótka ankieta pod hasłem: Pytamy, dlaczego w kościołach ubywa młodych ludzi?

Oto odpowiedzi trzech młodych osób: Iwona mówi, że: ,,Młodzieży w kościołach jest coraz mnie, bo zmieniły się dla niej priorytety. Ważne są imprezy, znajomi, włóczenie się po galeriach, a później pierwsza praca, pieniądze. Młodych denerwują też księża, którzy usilnie próbują mieszać się do polityki.”  Tyle Iwona. Oddajmy teraz głos Piotrowi: ,,Wierzę w Boga, ale nie chodzę do kościoła. Kiedy chcę mogę równie dobrze pomodlić się w domu. Nie potrzebuję do tego księdza. Myślę, że młodzież odchodzi od Kościoła, bo kler traci autorytet. Z kolei presja rówieśników sprawia, że młodzi wybierają zakupy i imprezę zamiast mszy.”  I na koniec jeszcze słowo Jakuba:  ,,Kiedyś chodziłem do kościoła, ale potem uznałem, że to bez sensu. Instytucje kościelne, nudne msze, surowe zasady i moralizatorski ton mogą w młodym człowieku wzbudzić niechęć. Drażni też, że księża nie służą zwykłymi radami, tylko nakazują.”

Tekst ciekawy, aczkolwiek dość podejrzany, by nie powiedzieć – ustawiony. No bo jakoś trudno mi uwierzyć, że nagle wszyscy (3 na 3)  tak negatywnie wypowiadają się na ten temat. Dziś – po roku od ukazania się tego artykułu – jesteśmy bogatsi o ważne i wiele mówiące doświadczenie – o dni ewangelizacji naszego miasta, które przeżywaliśmy w październiku. Pani Iwonka, Piotr i Jakub musieli o tym wydarzeniu słyszeć. Może nawet sami widzieli te rzesze młodych i nie tylko młodych ludzi, którzy wypełnili po  brzegi stadion Cracovii. Może wcześniej byli na ulicach Krakowa i spotkali ewangelizatorów. Może nawet z nimi rozmawiali, może przyszli na Mszę św. albo do spowiedzi.

Jedno jest pewne. Wokół pełno młodych – zbuntowanych, którzy jak Jakub uznali, że ,,to bez sensu.” Pytanie tylko, gdzie szukać sensu, by się nie zawieść, by nie zmarnować życia? Myślę, że gdzieś podświadomie odpowiedź na to pytanie znają nawet ci, którym z Kościołem nie po drodze.

Quo vadis, Polsko?

Niemal każdego dnia – odwiedzając po kolędzie domy naszych parafian – spotykam ludzi, którzy bardzo otwarcie krytykują to, co dzieje się dziś w Polsce i którzy popierają działania osób takich, jak Brunon K. Przeciętny Kowalski (Recki zresztą też) zrozumieć nie może, dlaczego w kraju, gdzie pada wszystko, co jeszcze paść może, prezydium Sejmu bierze sobie po 40 tysięcy na głowę tylko za to, że – jak powiedziała  marszałek – ,,sejm to jest przede wszystkim miejsce, w którym tworzy się prawo, ale jest to również zakład pracy, a kierownik zakładu pracy, ma prawo, a wręcz obowiązek oceniać pracę swoich pracowników, doceniać tych, którzy pracują dobrze i karać tych, którzy pracują gorzej”.

Kierownik… zakład pracy… Trele morele… Ktoś tu chyba zapomniał, że Sejm nie jest prywatnym folwarkiem, a bezrobotni, emeryci, renciści i wszyscy inni mają dokładnie takie same żołądki, jak ,,pani kierownik” z Wiejskiej.

Okno życia

Kilka tygodniu temu, chyba po wszystkich społecznościowych portalach, krążyła prośba o modlitwę za pewną kobietę, która miała już wyznaczoną datę aborcji. Ja sam próśb o modlitwę w jej intencji na sms dostałem chyba z dziesięć. Z tej intencji zrobiono tzw. łańcuszek. Nie wiem, jak potoczyły się losy tej dziewczyny, ale wiem, że kobiet bijących się z myślami o aborcji jest niestety dużo więcej.

Dziś około pierwszej w nocy krakowskie siostry nazaretanki z klasztoru przy Przybyszewskiego znów usłyszały charakterystyczny głos dzwonka. Dźwięk, który nie może nie przyprawiać o szybsze bicie serca. Jak zawsze, wyznaczona do tego siostra pobiegła do Okna Życia.

Jest.
Dziecko.
Chłopiec.

W krakowskim Oknie Życia to już szesnasty noworodek.

Nie miejsce tutaj na ocenę postaw tych, którzy decydują się na oddanie dziecka. Zresztą, któż z nas odważyłby się wyrokować? Można co najwyżej pomyśleć o tym, co czuje matka, która oddaje swoje dziecko. Celowo piszę – oddaje. Matki szesnastu noworodków w Krakowie podjęły decyzję o oddaniu.

To chyba dobra pora, by napisać słów kilka o Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Codzienne zobowiązanie modlitewne (krótka modlitwa adopcyjna + dziesiątek różańca), czasem poparte jakimś wyrzeczeniem czy ofiarą, Bóg przyjmuje w intencji dziecka, które może być zagrożone aborcją. I choć tak po ludzku trzeba się cieszyć, że Okna Życia ratują życie, to jednak trzeba też uświadomić sobie, że życie poczętych a nienarodzonych w znacznej mierze zależy też od naszej modlitwy.