Jesteś jedynakiem Pana Boga…

Tajemnica zbawienia leży w procesie nawracania się. Upadamy i upadać będziemy. Problem polega tylko na tym, co z tym upadkiem zrobimy. Bo sam fakt nawrócenia to nie tylko wyeliminowanie grzechu. Człowiek ma to do siebie, że właśnie w taki sposób rozumie ten fakt. Nawrócenie to nie tylko fizyczne odwrócenie się od grzechu, ale przede wszystkim skierowanie wzroku na samego Boga i droga, którą będziemy musieli przejść, aby Go spotkać. Jezus, nie zostawia nas z tym samych, wychodzi nam naprzeciw.

Przyznacie, że powyższy tekst zawiera pewną ważną prawdę, o której często nie myślimy. To nie są moje słowa, ani słowa żadnego księdza, teologa, spowiednika. To słowa chłopaka, który tak jak wielu spośród Was, chce być blisko Boga, który szuka Go, znajduje i gubi, szuka, znajduje i gubi, szuka, znajduje i gubi… To tekst Błażeja. Bardzo dobry tekst.
(więcej na http://pijarskie-lso.blogspot.com.)

Dlaczego przywołuję te słowa? Dlatego, że chcę, byśmy – trochę dzięki tekstowi Błażeja – uświadomili sobie jedną rzecz. W konfesjonale, w czasie każdej spowiedzi świętej mamy do czynienia z czymś niezwykłym. Z jednej strony Jezus przebacza nam grzechy. Gdy kapłan wypowiada słowa: Bóg Ojciec Miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą… i kiedy czyni znak krzyża, serce człowieka staje się na nowo czyste. I to jest to, co wydaje się oczywiste i bezsprzeczne.

Ale to nie wszystko. Jezus nie tylko ,,daje” nam czyste serce. On w Sakramencie Pojednania i Pokuty czyni coś więcej – daje nam swoją łaskę. On nas umacnia, utwierdza nas w wierze, wspiera, błogosławi. I dlatego spowiedź św. może i być powinna dla każdego człowieka swego rodzaju przełomem. Powinna coś zmienić. Coś powinno się w nas po każdej spowiedzi obudzić.

Jeśli zredukuje się ten sakrament tylko do rozgrzeszenia (to jest oczywiście sedno!!!), ale zapomni się o łasce Bożej, o Bożej sile, umocnieniu, to wtedy bardzo szybko może pojawić się pytanie: Po co się spowiadać, skoro i tak upadam? Jaki ma to sens?

Nawrócenie – jak pisze Błażej – to skierowanie wzroku na Boga. Patrząc na Niego możemy być pewni, że nie jesteśmy sami. I że nawet w najbardziej trudnej i monotonnej rzeczywistości możemy na Niego liczyć. Nigdy nie jesteśmy sami…

Ewangelia wg św. Marka 1, 4-45

Pan Jezus nie bał się trędowatego. Więcej, Pan Jezus nie bał się trądu, przed którym wszyscy ,,normalni” uciekali. Jezus łamie tę niepisaną zasadę. Jak patrzą na Niego inni? Ich sprawa… Jak patrzy na Niego trędowaty?

A jak może patrzeć na swojego Wybawiciela ten, który już od dawna traktowany jest jak śmieć. Hm, on nawet nie był traktowany jak śmieć. Nikt go nawet kopnąć nie chciał, bo mógłby się zarazić. Ludzie traktowali tego człowieka jak powietrze. Wiesz, jak czuje się człowiek traktowany przez innych jak powietrze? Jesteś, a jakoby Ciebie nie było…

Jezus nie tylko uzdrawia jego ciało. Uzdrawia jego wnętrze. Przywraca go społeczności. Dzięki Jezusowi znów będzie mógł spotykać się z ludźmi. Znów (choć nie wiemy, czy było tak wcześniej) ludzie nie będą biegli przed nim krzycząc: Nieczysty, nieczysty…
Odmienił życie człowieka.

Czytasz te słowa i co myślisz? Że tak było dawniej? Że wśród nas nie ma trędowatych? Że to nas nie dotyczy? Jeśli tak myślisz, to mylisz się. Trędowatych wokół nas jest wielu. I tym tylko różnią się od tego ewangelicznego, że wyglądają normalnie i że nie mają łaty: trędowaty.

Nie o trąd ciała tutaj chodzi. Choć pewnie też. Tutaj chodzi o trąd grzechu. Może dziś sam nie jesteś w stanie łaski. Może dziś sam jesteś trędowaty. Zrób to, co śmiałek z Ewangelii. On przyszedł do Jezusa, padł na kolana i prosił Go. Ilekroć poczujesz, że trąd ducha Cię paraliżuje, zrób jak on. To jedyne rozsądne wyjście. Innej drogi nie ma.

Okno życia

Kilka tygodniu temu, chyba po wszystkich społecznościowych portalach, krążyła prośba o modlitwę za pewną kobietę, która miała już wyznaczoną datę aborcji. Ja sam próśb o modlitwę w jej intencji na sms dostałem chyba z dziesięć. Z tej intencji zrobiono tzw. łańcuszek. Nie wiem, jak potoczyły się losy tej dziewczyny, ale wiem, że kobiet bijących się z myślami o aborcji jest niestety dużo więcej.

Dziś około pierwszej w nocy krakowskie siostry nazaretanki z klasztoru przy Przybyszewskiego znów usłyszały charakterystyczny głos dzwonka. Dźwięk, który nie może nie przyprawiać o szybsze bicie serca. Jak zawsze, wyznaczona do tego siostra pobiegła do Okna Życia.

Jest.
Dziecko.
Chłopiec.

W krakowskim Oknie Życia to już szesnasty noworodek.

Nie miejsce tutaj na ocenę postaw tych, którzy decydują się na oddanie dziecka. Zresztą, któż z nas odważyłby się wyrokować? Można co najwyżej pomyśleć o tym, co czuje matka, która oddaje swoje dziecko. Celowo piszę – oddaje. Matki szesnastu noworodków w Krakowie podjęły decyzję o oddaniu.

To chyba dobra pora, by napisać słów kilka o Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Codzienne zobowiązanie modlitewne (krótka modlitwa adopcyjna + dziesiątek różańca), czasem poparte jakimś wyrzeczeniem czy ofiarą, Bóg przyjmuje w intencji dziecka, które może być zagrożone aborcją. I choć tak po ludzku trzeba się cieszyć, że Okna Życia ratują życie, to jednak trzeba też uświadomić sobie, że życie poczętych a nienarodzonych w znacznej mierze zależy też od naszej modlitwy.

Koperta – niespodzianka…

Kolęda to czas iście błogosławiony. Może trochę trudny, wymagający, bo po siedmiu godzinach siedzenia w szkole trzeba jeszcze odwiedzić klatkę lub dwie w jakimś wieżowcu na osiedlu.

Odwiedzić to mało. Trzeba jeszcze się uśmiechać, umieć zagadnąć, wysłuchać, pocieszyć. W każdym mieszkaniu spotyka się przecież innych ludzi. W każdym domu inne problemy, inne choroby, inne tematy. W jednym domu trzeba być jak mikrofon – pozwolić ludziom mówić, mówić, mówić. W innym domu samemu trzeba prowokować rozmowę, bo domownicy są – delikatnie mówiąc – mało wylewni.

Są mieszkania, gdzie chętnie bym nie wchodził, bo już od progu widać, że zionie chłodem. Gospodarz nie jest zadowolony z wizyty księdza, ale wpuszcza bo np. żona chciała. Atmosfera wtedy jest zwykle mało przyjemna. Są też takie mieszkania, z których najchętniej by się nie wychodziło. Wczoraj miałem taki dom: trzypokoleniowa rodzina, wspólna modlitwa, pokropienie mieszkania i … procesja z darami: babcia przyniosła herbatkę, mama tacę z szarlotką, syn położył na stole bombonierkę. Można było siedzieć i słuchać. Siedzieć, słuchać i jeść…

Oj, mamy szczęście do tych naszym Parafian. Nie to co mój kolega – wikary z mojej rodzinnej diecezji. Kilka dni temu w kopercie dostał … pociętą gazetę. Uśmiałem się jak mi to opowiadał. Może dlatego, że u nas kopert się nie zbiera. Aż się boję pomyśleć, co ja mógłbym znaleźć w kopercie. Może reklamę jakiegoś zakładu fryzjerskiego?

Kilka słów o … modlitwie.

Masz problem z modlitwą? Może zabrzmi to paradoksalnie, ale to świetnie. Nie wierzę tym, którzy mówią, że z modlitwą nie mają żadnych problemów. Prawdziwa, uczciwa modlitwa musi nas kosztować. Musi łączyć się z wysiłkiem, z ciągłym staraniem się o utrzymanie jak najlepszej relacji z Bogiem.

Dziesiątki razy słyszałem już w konfesjonale słowa, które bardzo mocno spłycają poruszone wyżej zagadnienie:,,Czasami nie odmawiałem pacierza.”

Spowiadając, nigdy nie bagatelizuję takiego wyznania i nie przechodzę nad nim do porządku dziennego. Osobiście bowiem uważam, iż wielka prawda zawiera się w powiedzeniu, że albo modlitwa będzie nas trzymała z daleka od grzechów, albo grzechy będą nas trzymały z daleka od modlitwy.

A rzeczywistość jest taka: Jeśli nie ma w naszym życiu solidnej, uczciwej, rzetelnej modlitwy, to bardzo szybko pojawi się tam grzech. Piszę te słowa nie dlatego, że gdzieś je wyczytałem, ale dlatego, że wielokrotnie przetestowałem tę zależność na własnej skórze. Zawsze wtedy, gdy kuleje modlitwa, gdy wszystko wokół ważniejsze jest od niej, w sercu pojawia się grzech. Jeśli nie ma w moim sercu modlitwy (a tym samym często nie ma tam Boga), to bardzo szybko to miejsce zagospodaruje sobie innym lokator – ten przedstawiany na obrazkach z rogami i z czarnym ogonem.

Nie od dziś wiadomo, że problemów z modlitwą nie mają tylko ci, którzy się nie modlą. Dlatego na początku napisałem, że jeśli masz problem z modlitwą, to świetnie. Świetnie, bo to znaczy, że się modlisz, że próbujesz. Każdy, kto się modli, albo choć próbuje, spotyka na swojej drodze różnego rodzaju trudności. Rozproszenia na modlitwie, wątpliwości czy duchowa pustka wpisane są w naszą duchowość.

Jedno jeszcze chcę Ci napisać: Człowiek dobrze będzie się modlił tylko wtedy, gdy uświadomi sobie prawdę zasadniczą: Modlę się nie dlatego, że MUSZĘ, ale dlatego, że MOGĘ.

Przymuszony pacierz Bogu miły nie jest. Jeśli chcesz, aby Twoja modlitwa była solidna, uczciwa, nie podchodź do niej z nastawieniem: Muszę się modlić. Pomyśl w innych kategoriach. Pomyśl o tym, że MOŻESZ się modlić. Że MOŻESZ gadać z Bogiem, że jesteś Jego dzieckiem i to daje Ci prawo do tego, by z Nim rozmawiać.

Potraktuj modlitwę nie jak przykry obowiązek, ale jak przywilej. Zaryzykuj, modlitwa z przymusu zniechęca, modlitwa z pragnienia naprawdę daje radość.

O głupocie pewnego krzykacza…

Życie nie przestaje dostarczać nam tematów do refleksji, do pisania i … do przemadlania. Intencji do modlitwy nie brakuje.

Kilka dni temu znów obudził się demon ludzkiej głupoty. Oto pseudopolityk stojący na czele grupy poparcia samego siebie wzywa wszystkich do powszechnego buntu i do ,, nie dawania na tacę.”

Hm, ciekawe. Rzeczywiście, różne są sposoby, by uderzyć w Kościół. Nie, nie… lepiej napisać – by uderzyć w księży. Kościół trwa już ponad 2000 lat i żaden przywódca, system czy ustrój (a tym bardziej żaden niszowy i nieliczący się pseudopolityk) Kościoła nie zniszczył i nigdy nie zniszczy. ,,Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”

O Kościół zatem jestem spokojny. Politycy umierają, systemy polityczne padają, a Kościół trwa nieprzerwanie. Wezwanie do tego, by nie dawać na tacę może co najwyżej w jakimś stopniu utrudnić życie księżom. Jednak szczerze mówiąc, ani trochę nie wierzę w powodzenie tej akcji.

Po pierwsze dlatego, że Polacy to mądrzy ludzie i potrafią wyciągać wnioski z tego, że Kościół zawsze jest z ludźmi, a nigdy przeciw nim. A po drugie dlatego, że większość spośród tych, którzy słuchają pseudopolityka z Biłgoraja i tak już dawno na tacę nie dają. (Przecież nikt normalny nie jest w stanie połączyć chodzenia do kościoła i dawania na tacę ze słuchaniem ludzi, którzy plują na świętość). Ci, którzy go słuchają, już dawno na własne życzenie są jakby ,,poza Kościołem.”

Coś mi się wydaje, że kolejna głośna akcja największego w Polsce krzykacza wcale taka głośna nie jest. I znów – panie Januszu – wszystko spaliło na panewce. Chyba pora wymyślić kolejną głupotę…

A tym, którzy najgłośniej krzyczą dedykuję wiersz Krasickiego:

Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:

„Wiesz, dlaczego dzwon głośny?
Bo w środku jest próżny.”

Święty Józefie – módl się za naszymi rodzinami…

Niewiele rzeczy tak mnie irytuje jak bezradność rodziców wobec głupoty ich własnych dzieci. Zwykle matka i ojciec to ci, którzy chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Zabiegają o to, by pociechom niczego nie zabrakło, wypruwają sobie przysłowiowe żyły, by dzieciakom było jak najlepiej. Czasem jednak przychodzi taki dzień, kiedy potomek nie potrafi tego, co zrobili dla niego najbliżsi, docenić. Czasem nawet nie próbuje, tak jakby nagle z dnia na dzień stracił pamięć i zapomniał o tym rodzicielskim trudzie.

Spotkałem niedawno pewną rodzinę. Babcia, matka, kilkoro dzieci. Rodzina tzw. wielopokoleniowa. Babcia, mama i starsze dzieci bardzo głęboko zakorzenione w wierze. Chodzą do kościoła, modlą się. Są dla siebie wsparciem. I najmłodszy syn – licealista. W myślach nazwałem go ,,buntownik”.

Zupełnie do tej rodziny nie pasuje. Jest na NIE.
Kościół – NIE, Bóg – NIE, bierzmowanie – NIE, szkoła – NIE, pomoc rodzinie – NIE. O przepraszam, jest jedno TAK. Komputer – TAK!!!

– Dlaczego nie chodzisz na spotkania do bierzmowania? – zagadnąłem na kolędzie.
– Bo nie. 
– A dlaczego wagarujesz? Dlaczego nie chcesz się uczyć?
– Bo nie.

Siliłem się jeszcze na kilka takich inteligentnych pytań, łudząc się, że oprócz: Bo NIE, usłyszę coś jeszcze. Tak dobierałem słowa, by chłopaka nie spłoszyć, nie oceniać i nie osądzać. Wszystko na nic. Jak mantrę powtarzał tylko: Nie, bo nie… Jak sześciolatek w piaskownicy.

Pewnie okres buntu. Wielu z nas go przecież przeżywało.To proszę księdza taki głupi wiek – podsumowała wyraźnie zdenerwowana babcia buntownika. A co, jeśli to coś bardziej trwałego? Co jeśli to jakaś patologia, jeśli z tego nie wyrośnie?

Mój znajomy powiedziałby jedno: Dać klapsa, bo d… nie szklanka i się nie zbije.

Ja zawsze w takich sytuacjach radzę jedno – modlitwa do św. Józefa. Przecież jest On Patronem każdej rodziny. Dlaczego zatem miałby nam również w takich sytuacjach nie pomagać?