Koperta – niespodzianka…

Kolęda to czas iście błogosławiony. Może trochę trudny, wymagający, bo po siedmiu godzinach siedzenia w szkole trzeba jeszcze odwiedzić klatkę lub dwie w jakimś wieżowcu na osiedlu.

Odwiedzić to mało. Trzeba jeszcze się uśmiechać, umieć zagadnąć, wysłuchać, pocieszyć. W każdym mieszkaniu spotyka się przecież innych ludzi. W każdym domu inne problemy, inne choroby, inne tematy. W jednym domu trzeba być jak mikrofon – pozwolić ludziom mówić, mówić, mówić. W innym domu samemu trzeba prowokować rozmowę, bo domownicy są – delikatnie mówiąc – mało wylewni.

Są mieszkania, gdzie chętnie bym nie wchodził, bo już od progu widać, że zionie chłodem. Gospodarz nie jest zadowolony z wizyty księdza, ale wpuszcza bo np. żona chciała. Atmosfera wtedy jest zwykle mało przyjemna. Są też takie mieszkania, z których najchętniej by się nie wychodziło. Wczoraj miałem taki dom: trzypokoleniowa rodzina, wspólna modlitwa, pokropienie mieszkania i … procesja z darami: babcia przyniosła herbatkę, mama tacę z szarlotką, syn położył na stole bombonierkę. Można było siedzieć i słuchać. Siedzieć, słuchać i jeść…

Oj, mamy szczęście do tych naszym Parafian. Nie to co mój kolega – wikary z mojej rodzinnej diecezji. Kilka dni temu w kopercie dostał … pociętą gazetę. Uśmiałem się jak mi to opowiadał. Może dlatego, że u nas kopert się nie zbiera. Aż się boję pomyśleć, co ja mógłbym znaleźć w kopercie. Może reklamę jakiegoś zakładu fryzjerskiego?

Kilka słów o … modlitwie.

Masz problem z modlitwą? Może zabrzmi to paradoksalnie, ale to świetnie. Nie wierzę tym, którzy mówią, że z modlitwą nie mają żadnych problemów. Prawdziwa, uczciwa modlitwa musi nas kosztować. Musi łączyć się z wysiłkiem, z ciągłym staraniem się o utrzymanie jak najlepszej relacji z Bogiem.

Dziesiątki razy słyszałem już w konfesjonale słowa, które bardzo mocno spłycają poruszone wyżej zagadnienie:,,Czasami nie odmawiałem pacierza.”

Spowiadając, nigdy nie bagatelizuję takiego wyznania i nie przechodzę nad nim do porządku dziennego. Osobiście bowiem uważam, iż wielka prawda zawiera się w powiedzeniu, że albo modlitwa będzie nas trzymała z daleka od grzechów, albo grzechy będą nas trzymały z daleka od modlitwy.

A rzeczywistość jest taka: Jeśli nie ma w naszym życiu solidnej, uczciwej, rzetelnej modlitwy, to bardzo szybko pojawi się tam grzech. Piszę te słowa nie dlatego, że gdzieś je wyczytałem, ale dlatego, że wielokrotnie przetestowałem tę zależność na własnej skórze. Zawsze wtedy, gdy kuleje modlitwa, gdy wszystko wokół ważniejsze jest od niej, w sercu pojawia się grzech. Jeśli nie ma w moim sercu modlitwy (a tym samym często nie ma tam Boga), to bardzo szybko to miejsce zagospodaruje sobie innym lokator – ten przedstawiany na obrazkach z rogami i z czarnym ogonem.

Nie od dziś wiadomo, że problemów z modlitwą nie mają tylko ci, którzy się nie modlą. Dlatego na początku napisałem, że jeśli masz problem z modlitwą, to świetnie. Świetnie, bo to znaczy, że się modlisz, że próbujesz. Każdy, kto się modli, albo choć próbuje, spotyka na swojej drodze różnego rodzaju trudności. Rozproszenia na modlitwie, wątpliwości czy duchowa pustka wpisane są w naszą duchowość.

Jedno jeszcze chcę Ci napisać: Człowiek dobrze będzie się modlił tylko wtedy, gdy uświadomi sobie prawdę zasadniczą: Modlę się nie dlatego, że MUSZĘ, ale dlatego, że MOGĘ.

Przymuszony pacierz Bogu miły nie jest. Jeśli chcesz, aby Twoja modlitwa była solidna, uczciwa, nie podchodź do niej z nastawieniem: Muszę się modlić. Pomyśl w innych kategoriach. Pomyśl o tym, że MOŻESZ się modlić. Że MOŻESZ gadać z Bogiem, że jesteś Jego dzieckiem i to daje Ci prawo do tego, by z Nim rozmawiać.

Potraktuj modlitwę nie jak przykry obowiązek, ale jak przywilej. Zaryzykuj, modlitwa z przymusu zniechęca, modlitwa z pragnienia naprawdę daje radość.

O głupocie pewnego krzykacza…

Życie nie przestaje dostarczać nam tematów do refleksji, do pisania i … do przemadlania. Intencji do modlitwy nie brakuje.

Kilka dni temu znów obudził się demon ludzkiej głupoty. Oto pseudopolityk stojący na czele grupy poparcia samego siebie wzywa wszystkich do powszechnego buntu i do ,, nie dawania na tacę.”

Hm, ciekawe. Rzeczywiście, różne są sposoby, by uderzyć w Kościół. Nie, nie… lepiej napisać – by uderzyć w księży. Kościół trwa już ponad 2000 lat i żaden przywódca, system czy ustrój (a tym bardziej żaden niszowy i nieliczący się pseudopolityk) Kościoła nie zniszczył i nigdy nie zniszczy. ,,Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”

O Kościół zatem jestem spokojny. Politycy umierają, systemy polityczne padają, a Kościół trwa nieprzerwanie. Wezwanie do tego, by nie dawać na tacę może co najwyżej w jakimś stopniu utrudnić życie księżom. Jednak szczerze mówiąc, ani trochę nie wierzę w powodzenie tej akcji.

Po pierwsze dlatego, że Polacy to mądrzy ludzie i potrafią wyciągać wnioski z tego, że Kościół zawsze jest z ludźmi, a nigdy przeciw nim. A po drugie dlatego, że większość spośród tych, którzy słuchają pseudopolityka z Biłgoraja i tak już dawno na tacę nie dają. (Przecież nikt normalny nie jest w stanie połączyć chodzenia do kościoła i dawania na tacę ze słuchaniem ludzi, którzy plują na świętość). Ci, którzy go słuchają, już dawno na własne życzenie są jakby ,,poza Kościołem.”

Coś mi się wydaje, że kolejna głośna akcja największego w Polsce krzykacza wcale taka głośna nie jest. I znów – panie Januszu – wszystko spaliło na panewce. Chyba pora wymyślić kolejną głupotę…

A tym, którzy najgłośniej krzyczą dedykuję wiersz Krasickiego:

Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:

„Wiesz, dlaczego dzwon głośny?
Bo w środku jest próżny.”

Święty Józefie – módl się za naszymi rodzinami…

Niewiele rzeczy tak mnie irytuje jak bezradność rodziców wobec głupoty ich własnych dzieci. Zwykle matka i ojciec to ci, którzy chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Zabiegają o to, by pociechom niczego nie zabrakło, wypruwają sobie przysłowiowe żyły, by dzieciakom było jak najlepiej. Czasem jednak przychodzi taki dzień, kiedy potomek nie potrafi tego, co zrobili dla niego najbliżsi, docenić. Czasem nawet nie próbuje, tak jakby nagle z dnia na dzień stracił pamięć i zapomniał o tym rodzicielskim trudzie.

Spotkałem niedawno pewną rodzinę. Babcia, matka, kilkoro dzieci. Rodzina tzw. wielopokoleniowa. Babcia, mama i starsze dzieci bardzo głęboko zakorzenione w wierze. Chodzą do kościoła, modlą się. Są dla siebie wsparciem. I najmłodszy syn – licealista. W myślach nazwałem go ,,buntownik”.

Zupełnie do tej rodziny nie pasuje. Jest na NIE.
Kościół – NIE, Bóg – NIE, bierzmowanie – NIE, szkoła – NIE, pomoc rodzinie – NIE. O przepraszam, jest jedno TAK. Komputer – TAK!!!

– Dlaczego nie chodzisz na spotkania do bierzmowania? – zagadnąłem na kolędzie.
– Bo nie. 
– A dlaczego wagarujesz? Dlaczego nie chcesz się uczyć?
– Bo nie.

Siliłem się jeszcze na kilka takich inteligentnych pytań, łudząc się, że oprócz: Bo NIE, usłyszę coś jeszcze. Tak dobierałem słowa, by chłopaka nie spłoszyć, nie oceniać i nie osądzać. Wszystko na nic. Jak mantrę powtarzał tylko: Nie, bo nie… Jak sześciolatek w piaskownicy.

Pewnie okres buntu. Wielu z nas go przecież przeżywało.To proszę księdza taki głupi wiek – podsumowała wyraźnie zdenerwowana babcia buntownika. A co, jeśli to coś bardziej trwałego? Co jeśli to jakaś patologia, jeśli z tego nie wyrośnie?

Mój znajomy powiedziałby jedno: Dać klapsa, bo d… nie szklanka i się nie zbije.

Ja zawsze w takich sytuacjach radzę jedno – modlitwa do św. Józefa. Przecież jest On Patronem każdej rodziny. Dlaczego zatem miałby nam również w takich sytuacjach nie pomagać?

Coś mi nie gra w tej Orkiestrze…

Od kilkunastu dni – chyba we wszystkich miastach Polski – wiszą wielkie bilbordy przypominające o zbliżającej się kolejnej zbiórce WOŚP. Reklama jest – o to przecież chodzi, by o akcji było głośno. Tym razem jednak chyba nie tylko dzięki bilbordom będzie o niej głośno.

Szef Orkiestry, całkiem szczerze wypowiedział się kilka dni temu na temat eutanazji i szczerze wyznał: ,,Osobiście dopuszczam taki sposób pomocy (aborcję), bo ja to tak rozumiem – eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach.”

Osobiście bardzo mnie to uderzyło. Tym bardziej, że WOŚP w tym roku zbiera m. in. na pomoc ludziom starszym. Jeśli eutanazja jest  pomocą, to ja za taką pomoc dziękuję. I p. Owsiakowi, i innym chętnym w ten sposób pomagać. To, co mówią ci ludzie, nie idzie w parze z tym, co ja myślę. I z tym, co winien myśleć i mówić każdy, kto uważa się chrześcijanina.

Od kilku miesięcy w każdy pierwszy piątek miesiąca, a także teraz – w czasie wizyty kolędowej – odwiedzam chorych. Wielu z nich to tzw. ludzie obłożnie chorzy. Np. p. Gienia, która mając 93 lata, leży nieruchomo od kilkunastu lat. Mieszka tylko z mężem. I to on – dzień i noc – czuwa przy łóżku żony. Ostatnio nawet zapytał mnie, czy gdybym nie wiedział i nie widział, że w domu jest ciężko chory człowiek, poznałbym to po specyficznym zapachu. Musiałem bardzo szczerze odpowiedzieć, że nie poznałbym nic, bo w mieszkaniu pachnie o wiele bardziej niż w niejednym domu, gdzie wszyscy są zdrowi.

Na przykładzie tej rodziny i wielu innych, które znam, spotykam i odwiedzam mogę śmiało powiedzieć p. Owsiakowi i innym, dla których eutanazja jest ,,pomocą w cierpieniu”: Eutanazja jest zwykłą ucieczką od trudności i zwykłym tchórzostwem. Tyle.

Wcale nie uważam, że w każdym przypadku chorym musi opiekować się rodzina. Nie. Są przecież domy opieki, hospicja, itp. Oddać członka rodziny pod opiekę ludzi, którzy rzeczywiście mogą i chcą pomóc, jest dla mnie dopuszczalne i zrozumiałe. Ale nigdy nie wolno nam się zgodzić na to, by eutanazję uznać za pomoc osobom cierpiącym.

W tym roku chyba znów będę bił się z myślami, zanim wrzucę do skarbonki z czerwonym sercem choćby jedną złotówkę.

ŚWIETNIE…

… takim słowem mogę podsumować moje dzisiejsze, ponad 5 – godzinne kolędowanie. Trafiłem rewelacyjnie. Nowe osiedle – z serii tych, gdzie bramki i kody na każdym kroku strzegą tutejszych nawet przed tutejszymi. Monitoring, dzwonki, alarmy. I oczywiście to, co w tym wszystkim najważniejsze – piękne rodziny.

Większość to młode małżeństwa. Z dziećmi lub jeszcze bez. Ludzie na co dzień zapracowani, którzy jednak – siadając z księdzem do stołu – nie patrzą na zegarek. Ileż miałem dziś propozycji napicia się wspólnie herbaty?

Kiedy jako nastolatek biegałem z księdzem od domu do domu po mojej rodzinnej parafii, często zastanawiałem się: O czym oni tak długo gadają? Teraz mam świadomość, że takie samo pytanie mogą zadawać sobie także i ,,moi” ministranci. Bo rzeczywiście, czasu na rozmowę z rodziną nie szczędzę. I też nie patrzę na zegarek. Ludzie mówią o tym, czym żyją. Często dają przy tym świadectwo swojej wiary i tego, że mimo wszystko próbują żyć z Bogiem.

A nie od dziś wiadomo, że człowiek, który szuka Boga i chce być blisko Niego, ma w życiu łatwiej. To nie jest tak, że Bóg zabiera problemy i troski. Nie zabiera. Robi jednak coś innego. Dodaje łaski, dodaje siły. A ludzie, którzy współpracują z łaską i silni są Bogiem, są szczęśliwi.

Życzę sobie i każdemu księdzu, który kolęduje jak najwięcej takich właśnie domów.