Nie wystarczy, że sam…

 

,,Nie wystarczy, że sam odnalazłeś Chrystusa. Musisz Go jeszcze zanieść innym, bo dzisiejszy świat jest wielkim polem misyjnym.”


Te – wypowiedziane kiedyś przez Jana Pawła II –  słowa dźwięczą mi w uszach jak mantra. Zanieść Chrystusa innym…

Jutro będę to robił. Niedziela misyjna moja kolej w grafiku niedzielnych kazań. Co też ten Duch Święty tym razem będzie chciał przeze mnie powiedzieć…?

 

Wzór wierności na drodze powołania…

 
We wczorajszym wpisie o błogosławionych zamieściłem  zdanie, które dziś – również w Polsce – w wielu osobach może budzić różne emocje i uczucia. Napisałem, że kiedyś ,,były takie czasy, kiedy za sutannę i różaniec na palcu ludzie oddawali życie.” Czy tego chcemy czy nie, takie są fakty.
Dziś chcę wspomnieć o jeszcze jednym  błogosławionym. O kimś bardzo mi bliskim, choć i jego nigdy w życiu nie spotkałem.

A wszystko zaczęło się na długo przed moim wstąpieniem do Zakonu. Gdy Pan Bóg coraz bardziej upominał się o mnie, gdy coraz wyraźniej klarowała się we mnie decyzja co do kapłaństwa, kilka razy w miesiącu (zwykle były to sobotnie przedpołudnia) wyjeżdżałem z rodzinnego domu do pobliskiego Słupska. Tam, zawsze rano o 6.30 uczestniczyłem we Mszy św. w kościele mariackim. Później szedłem dalej – do kościoła św. Ottona, gdzie do dziś trwa całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Uwielbiałem tam chodzić (ciągle zresztą, będąc w Słupsku, tam zaglądam). Lubiłem to miejsce pewnie też i dlatego, że po drugiej stronie ołtarza, za prezbiterium jest klasztor Sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji i zawsze miałem to szczęście, że mogłem wysłuchać śpiewanej przez nich Liturgii Godzin.

Były siostry, był Pan Jezus. Miałem tam swoje ulubione miejsce, zaraz pod chórem, przy konfesjonale. Siadałem tam, a po prawej stronie, na wyciągnięcie ręki miałem wielką tablicę pamiątkową, dedykowaną mojemu ,,cichemu Przyjacielowi ” – bł. Bronisławowi Kostkowskiemu.

To był kleryk. Urodził się w Słupsku jeszcze przed drugą wojną światową. Do dziś jest zresztą jedynym – jak do tej pory – pochodzącym z mojej rodzinnej diecezji błogosławionym. Został ochrzczony właśnie w kościele św. Ottona. Kilka lat później wraz z rodzicami wyjechał do Bydgoszczy, gdzie został przez Niemców aresztowany i osadzony m.in. w Lądzie. Później w Dachau, gdzie w 1942 r. zmarł.

Będąc w Lądzie – dzięki temu, że jego matka znała matkę jednego z gestapowców – Bronisław mógł wyjść na wolność. Niemcy chętni byliby go wypuścić, jednak postawili jeden  warunek: Bronek miał wyrzec się kapłaństwa i zrzucić sutannę.

Był już na V roku. Nawet przez chwile nie myślał o tym, by przystać na niemieckie żądania. Pewnie nie spełniłby tego warunku nawet wówczas, gdyby dopiero zaczynał seminarium. Stracił życie, nie doczekawszy święceń kapłańskich. Jego matka kazała z przysłanej do domu sutanny syna uszyć sobie do trumny suknię pogrzebową. Kilka lat później w tej sukni została pochowana.

Dziś bł. Bronisław jest patronem kleryków i tych, którzy wiernie idą drogą powołania. Jestem pewien, że to, iż i ja jestem teraz kapłanem, zawdzięczam też i Jemu. W ,,Jego” kościele, pod Jego wizerunkiem spędzałem kiedyś całe godziny. I tak coraz bardziej się z nim zaprzyjaźniałem. Dziś ciągle proszę Go o wierność. O wierność powołaniu i o odwagę w noszeniu kapłańskiej sutanny.

Mamy od kogo się uczyć – Trzej Wielcy Błogosławieni…

 
Dziś znów zostajemy w temacie kapłaństwa. Po zamieszczonej poniżej refleksji o początkach mojego zakonnego powołania, chcę dziś napisać o trzech – szczególnie dla mnie ważnych – Osobach. O Osobach, których nigdy sam nie spotkałem (z różnych względów), ale które są mi bliskie, przez to jak żyły i co robiły. Wszystkie trzy Osoby wspominamy właśnie dziś. Choć każdą na inny sposób i z innego powodu.

Pierwsza w tych Osób to oczywiście Jan Paweł II. Dzisiaj przypada kolejna rocznica Jego wyboru na Stolicę Piotrową.
Za młody jestem, by pamiętać tamte historyczne wydarzenia, ale zawsze z wielką uwagą słucham opowiadań tych, który dzień 16 października 1978 r. dobrze pamiętają.

Druga ważna dla mnie Osoba to bł. Piotr Casani. Kapłan – pijar, który patronuje naszemu pijarskiemu seminarium w Krakowie. Mieszkając tam, rozczytywałem się w książka o tym błogosławionym. Choć nie od razu wstąpił do naszego Zakonu, to jednak kiedy to już się stało, pozostał do końca życia wierny naszemu zakonnemu charyzmatowi i samemu Założycielowi.

Casani – jako przysłowiowa prawa ręka Kalasancjusza – zakładał wiele nowych domów. W 1638 r. przybył na Morawy. Tu spotyka pierwszego Polaka, który niedługo potem staje się pijarem – o. Kazimierza Bogatko. Jesienią 1640 r. o. Casani – na polecenie Kalasancjusza – przybywa do Krakowa. Jednak z powodu ciężkiej choroby szybko musi powrócić do Rzymu.  I właśnie tam – w domu, gdzie dziś mieści się nasza Kuria Generalna – umiera  17 X 1647 r. W pamięci pijarów żyje jednak do dziś.

I jeszcze trzecia niezwykła postać. Trzeci błogosławiony.
Ks. Jerzy Popiełuszko. Właśnie dziś mija dokładnie 47 lat od dnia, w którym ten kapłan męczennik przyjął strój kapłański.
16 października 1966 r. przeżywał swoje obłóczyny.
Może nie pisałbym dzisiaj o tym, gdybym nie był osobiście w warszawskim kościele na Żoliborzu i gdybym nie widział na własne oczy wspomnianej sutanny. Dziś w żoliborskim kościele owa relikwia po księdzu Jerzym wystawiona jest na widok publiczny.

Ktoś może powie: Przecież to tylko sutanna. Może i tak, ale przecież były czasy, kiedy za sutannę czy różaniec na palcu ludzie oddawali życie.
Ks. Jerzy też je oddał.

Choć mojemu kapłańskiemu i zakonnemu powołaniu w sposób szczególny patronuje św. Józef Oblubieniec, to jednak trzej wymienieni wyżej błogosławieni również są mi bardzo bliscy. Od każdego z nich mogę się czegoś uczyć. Każdy z nich coś wnosi w moje kapłańskie i zakonne życie. Do każdego z nich się modlę i mam głębokie przekonanie, że każdy z nich na swój sposób jakoś mnie prowadzi.

Fakt, że wszystkich trzech – choć z różnych powodów – wspominamy właśnie dzisiaj, też nie jest przypadkowy.

Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę…

 
Ze szkoły wróciłem dziś z wielką paczką słodyczy. Uczniowie pamiętali o wczorajszym Dniu Nauczyciela. Nie powiem – miło jest otrzymywać takie podarki. W końcu … jestem nauczycielem.

Znany katolicki publicysta i dziennikarz Tomasz Terlikowski, którego gościliśmy w miniony weekend w naszym klasztorze, na swoim profilu na facebooku wspominał o tym, że kiedyś jeździł do pijarów i był bardzo blisko tego, by zostać pijarem. Nie został. Ja zostałem, dlatego dobrze wiem, co czuje ktoś, kto szuka w życiu swojej drogi. Kapłańskiej drogi.

Księdzem chciałem być od zawsze. Było to coś bardzo oczywistego – zawsze blisko parafii, blisko ołtarza, blisko posługujących w parafii salezjanów.
,,Będę jak oni”  – myślałem, gdy wchodząc do kościoła, widziałem któregoś z nich siedzącego w konfesjonale i odmawiającego brewiarz. To pragnienie było moją słodką tajemnicą, która jednak nie dała się tak do końca ukryć.

Pamiętam, jak w czasie przygotowań do balu przebierańców w piątej klasie, (kiedy długo szukałem dla siebie jakiegoś kostiumu, bo wszyscy mieli być przebrani) ktoś zaproponował, abym przebrał się za księdza. Babcia wyjęła z szafy jakąś starą czarną suknię. Tata z tektury zrobił kapłański biret, naciągając na niego jakąś starą czarną pończochę. Na samym czubku był nawet pompon. Kilka godzin przygotowań i w takim właśnie przebraniu poszedłem na szkolny bal przebierańców.

To były dawne czasy, ale pamiętam (i to mnie bardzo zdziwiło), że żaden z moich kolegów z tego przebrania się nie naśmiewał. Po prostu wszyscy wiedzieli: Piotrek, będzie księdzem. Dyrektor nawet pozwolił sobie na mały żarcik: ,,Witamy księdza proboszcza.”  To było blisko 20 lat temu…

Posługa księdza zawsze kojarzyła mi się z dwoma miejscami (z tymi, w których często widziałem moich księży): z konfesjonałem i z ołtarzem. Nigdy, nie licząc krótkiego epizodu w drugiej klasie podstawówki, nie miałem katechezy z księdzem. Pewnie dlatego nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będąc księdzem, będę musiał być też tym, któremu przyjdzie stanąć przy szkolnej tablicy.

I oto teraz, kiedy moje marzenia o kapłaństwie stały się faktem, jestem też i nauczycielem. My, pijarzy mówimy, że łączymy w sobie trzy powołania: kapłańskie, zakonne i nauczycielskie. Trzy piękne, niezwykle potrzebne drogi. Ale traktować je trzeba właśnie w takiej kolejności. Najpierw jestem kapłanem, potem zakonnikiem, potem nauczycielem. Dlatego, że sakramenty były przed charyzmatami.

Piękna jest droga kapłana. Mówię to wszystkim młodym ludziom, ale wielu myśli, że to jakaś powołaniowa propaganda. Nic bardziej mylnego – to nie propaganda. To świadectwo człowieka, którego marzenia z dzieciństwa właśnie się realizują.

Każdemu, kto czyta te słowa, a jeszcze bardziej ludziom młodym i poszukującym swojej życiowej ścieżki chcę życzyć, by i oni dali się Jezusowi poprowadzić drogami, które On sam dla nich przygotował. Tylko wtedy, gdy pozwolimy się Jemu prowadzić, będziemy naprawdę szczęśliwi.

A w powołaniu przecież o to właśnie chodzi.

Wszyscy jesteśmy Kościołem…

Po raz kolejny (chyba już trzeci) sięgnąłem po głośną swego czasu książkę Glorii Polo pt. Trafiona przez piorun. To historii kobiety, która uderzona przez piorun, ląduje w szpitalu i rozpoczyna się walka o jej życie. W międzyczasie jej dusza odbywa wędrówkę do Krainy Radości.
Dlaczego o tej właśnie książce wspominam?

Otóż, kiedy Gloria opowiada o spotkaniu z Bogiem po tamtej stronie życia i kiedy robi rachunek sumienia, nagle uświadamia sobie, że w swoim dotychczasowym życiu ,,nie robiła nic innego, jak tylko krytykowała księży i ukazywała ich w złym świetle.”  Sama wspomina o tym, że wychowała się w domu, w którym od małego źle mówiono o księżach i Kościele. Ksiądz w rodzinnym domu Glorii – jak sama pisze – zawsze postrzegany był jako kobieciarz, człowiek rządny pieniędzy i bogactwa, krętacz i ktoś niegodny zaufania.

Po tamtej stronie życia – kontynuuje swoje świadectwo Gloria Polo – Pan powiedział do mnie smutnym, ale surowym głosem: ,,Co ty sobie myślałaś, że kim ty jesteś, aby tak czynić, jak gdybyś była Bogiem. I wydajesz sąd o Moich konsekrowanych i przy tym oczerniasz ich i im wymyślasz. Są ludźmi z krwi i z ciała. A jeśli chodzi o świętość księdza, to ta wspomagana jest przede wszystkim przez wspólnotę wiernych, przez parafian. Wspólnota wspiera konsekrowanego swoimi modlitwami szacunkiem. A kiedy ksiądz dopuszcza się grzechu, wtedy nie powinniście tak bardzo wypytywać go o powód i obwiniać, ale o wiele bardziej szukać winy we wspólnocie, która nie dała mu wsparcia, nie modliła się za niego, lub robiła to w niewystarczającym stopniu.”

Przyznacie, że te ostatnie słowa są dość kontrowersyjne. Wspomniana książka – choć rozprowadzana przez katolickie księgarnie – nie ma imprimatur Kościoła. Trudno zatem nie ulec pokusie, że pewne rzeczy mogą być w tej książce naciągane i nie do końca prawdziwe. Ale nie o to chodzi.

Cytując powyższy fragment chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Trzeba to powtarzać do znudzenia: Kościół to nie tylko papież, biskupi i księża. Kościół to wszyscy ochrzczeni. Dlatego o pedofilii w Kościele trzeba mówić nie tylko wtedy, gdy dopuszcza się jej jakiś ksiądz, ale także wówczas, gdy czyni to nauczyciel, lekarz czy sportowiec. Nie tylko ksiądz tworzy Kościół.

Piszę o tym, bo często mam wrażenie, że duchowni pozostali sami z wieloma problemami. Iluż to ludzi świeckich mówi dziś, że w Kościele są złodzieje, oszuści, krętacze. Mówiąc to, mają na myśli księży. A tymczasem często to oni sami również tworzą Kościół. A skoro go tworzą to i za niego odpowiadają. W interesie nas wszystkich zatem powinno leżeć to, by wybuchające co trochę kolejne skandale wyjaśniać jak najrzetelniej i wyciągać konsekwencje wobec tych, którzy się takich skandali dopuszczają. Jednak każdy, ktokolwiek przykłada rękę do sądzenia i wyrokowania, jeśli jest ochrzczony, musi pamiętać o tym, że takie rzeczy dzieją się w ,,jego” Kościele. W Kościele, którego on też jest cząstką. Niektórzy – niestety również dziennikarze – sprawiają wrażenie, jakby byli kimś spoza Kościoła. Rozdrapują rany, pastwią się nad ofiarą, wyrokują, podburzają, dolewają oliwy do ognia, prowokują. Kalają zatem gniazdo, w którym sami siedzą. To tak, jakby w normalnej rodzinie brat cieszył się i pastwił nad drugim bratem, który zgrzeszył i wywołał jakiś skandal, itp.

Jeszcze raz wielki apel o stanięcie w prawdzie. Wszyscy ochrzczeni jesteśmy Kościołem. I wszyscy musimy zadbać o to, by ten Kościół oczyszczać i by go chronić. Pisanie i mówienie czegoś, co nie służy dobru Kościoła (Kościoła a nie przestępców) jest przejawem ignorancji ze strony tych, którzy to robią.

Wszystko jedno, czy uwierzymy w zacytowane wyżej słowa Glorii Polo czy też nie, jedno jest pewne. Księża potrzebują naszej modlitwy i wsparcia. A szczególnie ci, którzy sobie nie radzą, którzy błądzą.  Warto zadać sobie pytanie: Kiedy ostatni raz pomodliłem się za mojego proboszcza, wikarego, katechetę? Albo i za tych, którzy ostatnio nie schodzą z pierwszych stron gazet. Łatwo jest opluwać innych i mówić o ich błędach. Łatwo jest wyrokować. Tylko dokąd ta droga nas zaprowadzi?