Tydzień już za nami…
To jest niedopuszczalne. Wręcz… karygodne. Naprawdę nie godzi się, żeby od tylu dni na blogu nic się nie działo. A jednak… Zaniedbałem się, przyznaję. Nie wynika to oczywiście z braku szacunku do Czytelników. Ani z zamierzonego uśmiercenia bloga. Nic z tych rzeczy.
Powód zaniedbania jest bardzo przyziemny – zwyczajny nawał innych obowiązków i brak czasu. Na przykład dzisiejszy mój dzionek wyglądał tak:
– 5.30 – pobudka (dziś pozwoliłem sobie pospać pół godziny dłużej niż zwykle)
– 6.30 – jutrznia i medytacja
– 7.30 – śniadanie
– 8.00 – dyżur w konfesjonale
– 9.00 – 12.00 – odwiedziny u chorych (u tych, których nie mogłem odwiedzić w pierwszy czwartek miesiąca, bo wtedy wypadał akurat Nowy Rok i posługa w kościele)
– 13.00 – pogrzeb p. Zdzisławy – swoją drogą dawno na pogrzebie nie miałem tylu ludzi do Komunii
– 16.00 – 17.00 – dyżur w kancelarii (dziś w kancelarii nie nudziłem się ani przez minutę)
– 17.00 – 21.30 – kolędowanie (a na kolędzie jak zwykle tematów wiele. Ale o tym powstanie niebawem osobny wpis).
Między tym wszystkim trzeba było – oczywiście – znaleźć jeszcze czas na jedzenie, na brewiarz, na telefon od Prowincjała, na telefony od Parafian, którzy dzwonią – w ostatnich dniach głównie w sprawie kolędy. Dziś zabrakło czasu na czytanie książki, na zamknięcie spraw ekonomicznych parafii, na odśnieżanie (Bogu dzięki, że klerycy dziś trochę ,,łopatowali”).
W czasie kolędy – podpisując kolędowe obrazki – uświadomiłem sobie, że dziś już 8 stycznia. Tydzień Nowego Roku już za nami. Nie pytajcie mnie: Kiedy to zleciało? Sam stawiam sobie dziś to pytanie.
Śpijcie dobrze…
