Kolos się budzi…

Ewangelia wg św. Mateusza 19,13-15

Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: «Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie». Położył na nie ręce i poszedł stamtąd.

Zawsze jakoś mocno uderza mnie to, co Jezus zrobił z tymi dziećmi: położył na nie ręce czyli błogosławił. Tylko tyle… Nie pytał pacierza, nie dyktował formułek, nie katechizował. Tylko położył ręce…

My w polskim (i nie tylko w polskim) Kościele odwróciliśmy trochę to, co robił Jezus. Dzieci błogosławił, a nauczał (katechizował) dorosłych. My robimy dziś trochę odwrotnie: dzieci katechizujemy, a dorosłych błogosławimy.

Dużo jeszcze czasu upłynąć musi (bo kościelne młyny mielą powoli), aby w każdej parafii i w każdym kościele pojawiło się coś takiego jak katechezy dla dorosłych. I to nie tylko dla rodziców dzieci, które mają być niebawem ochrzczone czy dla młodych, którzy zamierzają się pobrać. Nie o takie katechezy chodzi, choć i tutaj warto pytać się o ich jakość.

Myślę jednak o czymś więcej… Potrzebna jest w naszych kościołach solidna katecheza dla wszystkich dorosłych. Cóż z tego, że katechizujemy dzieci, kiedy one po katechezie – w zetknięciu z niepraktykującym rodzicem – rozbijają się na pierwszej lepszej prawdzie wiary. Sam mam w pamięci to, jak matka mojego ucznia zrobiła mi w szkole awanturę tylko dlatego, że przed Pierwszą Komunią św. uczyłem dzieci ,,krzywdy cierpliwie znosić” i ,,urazy chętnie darować.” Matka owego ucznia uczyła go starotestamentalnej zasady ,,oko za oko, ząb za ząb.” A wszystko dlatego, że chłopak w przedszkolu był prześladowany przez rówieśników i matka uczyła go zasady zemsty.

Chyba dziś już nikt nie ma wątpliwości, że takie katechezy są potrzebne. Ba, że są niezbędne…

Co by nie mówić, przyznać trzeba, że kolos zwany polskim Kościołem powolutku w tym temacie się budzi i otwiera oczy. Oby tylko zdążył wstać i ruszyć do bardzo konkretnego działania zanim nasze społeczeństwo zaleje fala niedouczonych (pseudo)katolików.

Są jeszcze tacy, którzy pytają…

Na zegarze już kilka minut po dwudziestej trzeciej. Kolejny dzień już za chwilę przejdzie do historii, kolejna kartka z kalendarza wyląduje w koszu. A wraz z nią kolejna (nie ostatnia 🙂 ) część mojego urlopu.


W pociągu relacji Łódź – Kraków jadą już tylko najbardziej wytrwali. Dosłownie kilkanaście osób: jakaś matka z małym dzieckiem (dobrze, że nie płacze 🙂 ), para młodych, trzymających się ciągle za ręce zakochanych, grupka rozgadanych studentek, jakiś podchmielony starszy jegomość. Ot, cała załoga…
Wagony tak puste, że można tańczyć. Zupełnie inaczej niż za dnia, kiedy nawet na korytarzach ciasno i duszno. O tak później porze podróżują już tylko ci, którzy naprawdę muszą.

A wśród nich ja…

Wracam do Krakowa. Do swoich obowiązków i zadań. Ale przede wszystkim wracam do ludzi: do współbraci, znajomych, parafian, penitentów, itp. Chyba właśnie dlatego, że wracam ,,do ludzi”, a nie np. do zimnej i bezdusznej papierologii, te moje powroty z urlopów wcale mnie nie smucą. Przeciwnie, przynoszą dużo radości 🙂 i utwierdzają w przekonaniu, że człowiek – choć sam słaby i grzeszny – jest innym ludziom zwyczajnie potrzebny.

I Bogu dzięki, że są jeszcze tacy,
którzy pytają: Kiedy ojciec wraca?

 

Pozdrowienia z Koszalina…

Dziś odwiedzam Koszalin. I obowiązkowo trzy szczególne miejsca: kościół franciszkanów, Dom Miłosierdzia i katedra. Co je łączy?

Przede wszystkim to, że od rana do wieczora (a w Domu Miłosierdzia nawet dłużej) trwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Te trzy miejsca tworzą na mapie Koszalina wielki trójkąt, w środku którego znajduje się m.in. koszaliński magistrat 😉

Niech trud zostanie dostrzeżony…

Wczoraj wieczorem wróciłem z Torunia, a dziś – wraz z grupą pielgrzymów z naszej parafii – pielgrzymuję do Lichenia. Każda pielgrzymka to okazja, by u Matki Bożej coś wyprosić: dla siebie, dla innych, dla parafii.

My wieziemy dziś całe naręcza różnych próśb. Ufając, że nasz trud pielgrzymi zostanie dostrzeżony i wynagrodzony bardzo konkretnymi łaskami. Niech tak się właśnie dzieje…