W życiu jest najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest nam tylko dobrze – to niedobrze. ks. J. Twardowski

Kolejne pytanie z mojej mailowej skrzynki:

Chciałabym Księdza o coś zapytać. Jak sobie poradzić ze skrupułami? Z tym, żeby nie dostrzegać wszędzie grzechów, ale tylko tam, gdzie one naprawdę są.  Mam z tym problem. Jest mi z tym źle. Nie potrafię przez to normalnie zrobić rachunku sumienia. Nieraz wydaje mi się, że coś nie jest grzechem, że nie musiałabym tego mówić na spowiedzi, ale z drugiej strony czuje przymus, że muszę to powiedzieć, że lepiej będzie to powiedzieć. Mówię tak dużo, że nieraz nie dam rady wszystkiego powiedzieć nie mam siły i boję się chodzić do spowiedzi. Czuje, że moje ostatnie spowiedzi nie były dobre, ponieważ bardzo się bałam pójść nie wiedziałam, co mam mówić. Czułam, że nie dam rady wszystkiego powiedzieć, ale zaryzykowałam i poszłam do spowiedzi, ale nie powiedziałam wszystkiego, nie dałam rady, spowiadałam się szybko i byle jak bo się bałam bardzo.
Teraz mam wyrzuty sumienia, że wszystkiego nie powiedziałam. Czuję, że mogłam się bardziej postarać i wtedy może dała bym radę wszystko powiedzieć. Czuję, że to były złe spowiedzi, że te niektóre grzechy powinnam powiedzieć, że były ważne. Nie wiem, co mam robić. Czy powiedzieć moje grzechy jeszcze raz od tych spowiedzi, które czuje, że nie były dobre ??

Szczęść Boże
Zanim zacznę odpowiadać na Twoje pytania, chciałbym podać  definicję tego, czym są skrupuły. Możemy je zdefiniować jako stan wewnętrznej udręki i niepewności związany z wątpliwościami natury moralnej.  Samo słowo skrupuł pochodzi z łaciny (skrupulus = kamyczek) i ozn
wagaacza dosłownie niezwykle drobny odważnik, który przechylał szale tylko najczulszych wag. Zastosowanie tego terminu w dzisiejszej dziedzinie moralności odnosi się do przesadnej drobiazgowości w rozstrzyganiu spraw moralnych.

Myślę, że warto w kontekście Twojego pytania nadmienić, że Twoja świadomość tej drobiazgowości jest czymś niezwykle cennym. Jest podstawą, na której możesz budować coś więcej. A zatem mając już świadomość  tego, co Cię męczy i chcąc ,,coś z tym zrobić”, trzeba na początek pamiętać o dwóch najważniejszych rzeczach.

Pierwsza sprawa to modlitwa. I nie jest to dla Ciebie nic nowego. Często szukamy złotych środków i pomocy w różnych rzeczach i chyba czasem zapominamy, że ,,dla Boga nie ma nic niemożliwego.” Rozmawiaj zatem z Panem o tym wszystkim. Mów Mu o swoich trudnościach, zmaganiach i doświadczeniach. Tutaj musi być bardzo konkretna terapia – CHRYSTOTERAPIA.
A zatem modlitwa….

Pamiętaj przy tym, że nikt  z nas – bez względu na to, jakby się starał i próbował – nie jest w stanie całkowicie ,,rozliczyć się” z Bogiem ze swoich grzechów. Nigdy Panu Bogu nie odpłacimy za nasze grzechy. Nie jesteśmy w stanie (zobacz wpis na blogu z 4 grudnia br.). Trzeba przełożyć trochę akcenty: bardziej wyakcentować to, że jako grzeszni ludzie musimy liczyć i zawierzyć wszystko Bożemu Miłosierdziu.
I musimy przyjąć za prawdę to, że człowiek nie może się zbawić inaczej, jak tylko przez Jego łaskę.

I druga sprawa – stały spowiednik i kierownik duchowy oraz posłuszeństwo jemu.  Jeśli takiego spowiednika nie będziesz miała, każdorazowa Twoja spowiedź będzie po prostu męką. W Twoim przypadku chodzi o pewien komfort przy spowiedzi. Powinno się za wszelką cenę unikać takich sytuacji, że oto idę do nowego spowiednika i muszę mu od nowa opowiadać o sobie to, co boli. Taka sytuacja jeszcze bardziej będzie podsycała Twój obecny stan.
To są dwie podstawowe zasady.

I po to, aby nie pojawiły się w Tobie wątpliwości co do faktu, że są to tylko moje rady, chcę wspomnieć, że dokładnie o tych samych dwóch zasadach mówili kiedyś inni: św. Bernard, św. Antoni, św. Franciszek Salezy, św. Filip Neri czy św. Jan od Krzyża. A zatem nie są to tylko moje mądrości.

Co powinnaś – mając świadomość swoich skrupułów –  zrobić ze swoimi poprzednimi spowiedziami? Odpowiedź jest prosta – zostaw to wszystko, co było. Rozgrzebywanie minionych grzechów nie jest tutaj ani wskazane ani potrzebne. Szatan, znając Twoje słabe punkty, za każdym razem będzie podsuwał takie właśnie myśli: ,,Nie wiem, co mam robić. Czy powiedzieć moje grzechy jeszcze raz od tych spowiedzi, które czuje, że nie były dobre ??.”

Odpowiedź brzmi: NIE. Jeśli będziesz ciągle wracała do tego, co było i minęło, nigdy nie zajmiesz się teraźniejszością i tym, co przed Tobą. Dlatego ten stały spowiednik jest tak niezwykle ważny. Jeśli już go znajdziesz, ważne będzie posłuszeństwo jemu. I umiejętność przystępowania do Komunii św. nawet wówczas, gdy sumienie będzie Ci coś wyrzucać. Ale to wszystko powinien pilotować właśnie stały spowiednik.

Świadomość grzechu to pierwszy krok do nawrócenia…

Poniżej zamieszczam kolejny list, który ostatnio dotarł na moją skrzynkę mailową.

Szczęść Boże
(…) Pisał Ojciec kiedyś, że wiara nie jest (a co jeśli jednak jest???) jak stary zegar, który dziedziczy się z pokolenia na pokolenie. Zgadzam się z tym. Ale przecież w tej naszej wierze i w jej dojrzewaniu bardzo przeszkadza nam grzech, który jest przecież dziedziczony. Zaczęło się od pierwszych rodziców.

12Grzech jest czymś, co bardzo mi przeszkadza. Chyba główny problem to moje dziwne myślenie. Kiedy przychodzi pokusa, zawsze myślę sobie, że przecież wszyscy grzeszą. Skoro biskupi i księża grzeszą, to co dopiero ja, jaki mały człowiek? Jak właściwie podejść do grzechu? Jak właściwie go zrozumieć? Może napisze Ojciec coś na ten temat. Widzę, że mam z tym wielki problem… Chyba przed świętami nawet bardziej to wszystko daje o sobie znać.       Adam

*****

Witaj Adamie, szczęść Boże

Czytając Twojego maila trochę w duchu się uśmiechnąłem. Piszesz: ,,grzech jest czymś, co bardzo mi przeszkadza.” Chciałoby się krzyknąć: ,,Witaj w klubie.” Mnie też grzech przeszkadza. I o to właśnie chodzi. Chwała Panu… Boję się tych, którym grzech w życiu nie przeszkadza. Którzy przechodzą nad nim do porządku dziennego. A więc, bardzo dobrze, że grzech nam przeszkadza. To dobry znak.

Jak właściwie podejść do grzechu? Jak właściwie go zrozumieć? Myślę, że tutaj musi być tylko jeden sposób patrzenia na tę sprawę. Sposób ewangeliczny, Jezusowy. Najlepiej mówi nam o tym fragment o kuszeniu Jezusa na pustyni. Jak walczy Jezus? Zdecydowanie, kategorycznie, radykalnie. My często wpadamy w tę szatańską pułapkę, bo rozmywamy nasz obraz grzechu. Myślimy sobie, że jest mało szkodliwy, że nas nie dotyczy, że można z nim dyskutować, pertraktować, wchodzić w układy. A tymczasem nie można. Każda rozmowa z grzechem, z szatanem kończy się zawsze naszą porażką, bo demon to przedziwnie inteligentna istota. 

13Świetnie na temat grzechu pisze w książce ,,Skandal miłosierdzia” bp Grzegorz Ryś: ,,Nasza wiara nie jest wiarą w przykazania, ale wiarą w Osobę. Grzech jest raną, jaką tej Osobie zadajemy. Czym innym jest łamać prawo, a czym innym łamać serce (…). Grzech to nie przekroczenie prawa tylko zadawanie śmiertelnego ciosu komuś, kogo kocham, a kto jest gotów w imię miłości do mnie oddać nawet własne życie. Złamanie paragrafu jest niczym. Zawiedzenie największej miłości jest wszystkim.”  

Przyznam, że te słowa mocno mnie uderzyły. I rzuciły nowe światło na moje postrzeganie grzechu. Zawsze myślałem sobie, że grzesząc TYLKO łamię przykazania. A przecież tak naprawdę grzesząc, łamię serce samego Boga. Siedzę już w konfesjonale trochę czasu, ale nie pamiętam, aby ktokolwiek spowiadał się z tego, że za mało kocha Boga. Niektórzy spowiadają się z tego, że wciągnęli parówkę w piątek i zarwali nockę przy komputerze, że nie byli w kościele i zaniedbali modlitwę. Pytanie: Czy wspólnym mianownikiem tych wszystkich grzechów nie jest to, że za mało kochamy Pana Boga?

Myślę,  Adamie, że warto właśnie tak popatrzeć na swoje grzechy. One są, były i będą. A to dlatego, że wynikają z naszej ułomniej natury. Ale przecież właściwe spojrzenie na grzech to już połowa sukcesu.

11I jeszcze jedno – nawet taka zamiana myślenia nie zwalnia nas z pracy nad sobą. Potrzebna jest, drogi Adamie, ciągła nasza czujność. Mówiąc językiem Biblii – potrzeba ciągłego baczenia, byśmy stojąc nie upadli. Sama czujność to jednak znów nie wszystko. Apostołowie w Ogrójcu też chcieli czuwać. Ale na chęciach się skończyło. Czuwajcie i módlcie się – podpowiedział im Jezus. A zatem i my do naszej czujności powinniśmy dołączyć potężną dawkę modlitwy. Bo przecież – jak mówi cytowane tutaj już kiedyś przeze mnie powiedzenie – albo modlitwa będzie nas trzymała z daleka od grzechów, albo grzechy będą nas trzymały z daleka od modlitwy.

Modlitwa to swoisty parasol, który chroni nas przed zakusami złego. Nie daje nam stuprocentowej gwarancji, że macki złego nas nie dotkną, ale daje nam siłę do walki. Niech tej modlitwy w naszym życiu nie zabraknie. Tylko człowiek, który się modli i żyje w bliskości żywego Boga, może stawić czoła temu, co pochodzi od złego.

Adamie, pozdrawiam i otaczam modlitwą     o. Piotr 

Podpowiedzą ci sąsiedzi, co masz wyznać na spowiedzi czyli… o stałym spowiedniku

Jeszcze przed moim wyjazdem na rekolekcje dotarło do mnie kilka pytań i próśb związanych z tematem kierownictwa duchowego. Siadam więc dziś przed komputerem z myślą, by napisać kilka słów właśnie o tym.

Na początek troszkę gorzkich żali…

Z osobistego doświadczenia wiem, że nie jest łatwo znaleźć dobrego kierownika duchowego. Ba, nie jest łatwo znaleźć jakiegokolwiek kierownika duchowego. Wiem, co piszę, bo zaraz po odejściu z seminarium (po święceniach kapłańskich) sam stanąłem przed próbą znalezienia kogoś takiego dla siebie (w seminarium jest łatwiej – tam po prostu ojcowie duchowni są). Myślałem, że w Krakowie nie będzie z tym najmniejszego problemu. A jednak…

Muszę całkiem szczerze przyznać, że próba ta nie była wcale prosta. Było tak, że przez kilka miesięcy – spowiadając się u różnych kapłanów – na zakończenie spowiedzi pytałem o możliwość regularnych spotkań i rozmów duchowych. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy z ust różnych spowiedników słyszałem bardzo różne, niestety, nie dające złudzeń, odpowiedzi. Ktoś się tłumaczył tym, że nie jest z Krakowa, ktoś inny mówił, że jest zakonnym ekonomem i dużo podróżuje, więc nie ma czasu na spotkania. Jeden bardzo miły franciszkanin wprost wyznał, że on ,,prowadzi” tylko swoich studentów. Ktoś inny powiedział, że jest za młody, by prowadzić kapłana. Ot, takie dziwne wymówki… Jednorazowe spowiedzi – tak, jak najbardziej, ale kierownictwo na dłuższą metę – niestety nie za bardzo. Minęło wiele miesięcy, zanim znalazłem kogoś, kto najnormalniej w świecie chciał to robić. Szczerze powiem, byłem zadziwiony i zawiedziony.

Pamiętam za to jedną, bardzo szczególną spowiedź. Kiedyś – gdy jeszcze mieszkałem w Łowiczu – razem z moim Współbratem i z grupą młodzieży z naszej pijarskiej szkoły wybrałem się na wycieczkę do Torunia. A że właśnie miałem wolną chwilę w centrum miasta, postanowiłem wejść do kościoła jezuitów. Po chwili osobistej modlitwy przed Najświętszym Sakramentem podszedłem do konfesjonału. Wyznałem swoje grzechy a w odpowiedzi usłyszałem pytanie: Czy masz stałego spowiednika? Wtedy – jako, że były to moje pierwsze kroki w Łowiczu – nie miałem takowego i tak też odpowiedziałem. I wtedy ów zakonnik wyjął z brewiarza swoją wizytówkę i po udzieleniu mi rozgrzeszenia, wręczył mi ją, mówiąc: ,,Jeśli będziesz potrzebował pomocy na drodze swojego powołania zawsze możesz zadzwonić, napisać albo przyjechać.” To było dla mnie tak kolosalne zaskoczenie, że do dziś je pamiętam, a wizytówkę noszę w swoim notesie. Nigdy z niej nie skorzystałem, ale wrażenie pozostało.

Ot, normalna, można by powiedzieć (choć to bardzo nieodpowiednie słowo) rutynowa, zwykła spowiedź. I bardzo zwykłe grzechy. I taka gotowość tamtego jezuity.

Dziś – po wielu miesiącach poszukiwań – znów mam stałego spowiednika i kierownika duchowego. I wiem, jak ważna to rzecz, by mieć kogoś takiego. Szczególnie istotne jest to w życiu osób duchownych.

Czy każdy powinien mieć swojego kierownika duchowego? Wydaje się, że nie. Na pewno osoby duchowne, konsekrowane. Na pewno też ci wszyscy, których każdorazowe przystąpienie do konfesjonału kosztuje wiele nerwów. O stałym spowiedniku powinni pomyśleć zapewne też i ci, którzy zwlekają ze spowiedzią z powodu różnych obaw i lęków. Ci, którzy po prostu nie chcą od nowa kolejnemu spowiednikowi opowiadać o swoich trudnych doświadczeniach. Stały spowiednik to ktoś właśnie dla nich. Poza tym na pewno osoby, które w swoim duchowym rozwoju chcą piąć się w górę i potrzebują czasem wskazówek od kogoś, kto stoi z boku. Na pewno też warto instytucję stałego spowiednika polecić osobom, które od dłuższego czasu zmagają się z doświadczeniami grzechów śmiertelnych. Troszkę w myśl zasady, że ,,nikt sam siebie za włosy z bagna nie wyciągnął.” Takim osobom szczególnie potrzebny jest ktoś, kto poda rękę. A czasem nie tylko poda, ale też podeprze i pociągnie na powierzchnię.

Co zatem robić, by znaleźć kierownika duchowego? Dokładnie to samo, co robiła siostra Faustyna – po prostu modlić się o niego. Prosić Pana Boga o takiego kierownika duszy. Jeśli taka będzie wola Boża, postawi na naszej drodze konkretnego kapłana. Modlić się i szukać, bo kapłan ów nie spadnie z nieba jak manna. Pan Bóg postawi go na naszej drodze w pewnym, bardzo konkretnym momencie naszego życia.

Ja – choć mam doświadczenie jakiejś (nazwijmy to może troszkę na wyrost) niechęci ze strony niektórych księży do podejmowania tego typu posługi – mocno wierzę, że warto – jeżeli ktoś tak to czuje – w czasie spowiedzi po prostu zapytać księdza o to, czy podejmie się takiego prowadzenia. Jeśli nie mamy odwagi, by zapytać wprost, to może tak delikatnie: Czy ksiądz w tym kościele spowiada o stałych godzinach? Spowiednik na pewno zorientuje się w motywach tak postawionego pytania i albo będzie próbował ,,odbić” piłeczkę
(z nadzieją, że ona już nie wróci), albo poda numer telefonu i po prostu zaprosi na rozmowę.

Tym z Was, którzy szukają i potrzebują kogoś takiego życzę, aby na swojej drodze spotkali kapłanów pełnych Ducha Świętego.

Wasze pytania i wątpliwości…

 
Szczęść Boże. Czytam Ojca bloga i znajduję tutaj wiele ciekawych rzeczy. Wielu nie rozumiem, ale niektóre z nich, np. dotyczące spowiedzi staram się wprowadzać w życie. Bywa z tym różnie, ale na pewno poszerzają mi się moje horyzonty. Wiem, że można tutaj zadać jakieś pytania. Mam ich bardzo wiele, ale chciałabym Ojca zapytać o temat modlitwy – a konkretniej o Mszę św. Kiedyś, gdy byłam mała rodzice prowadzali mnie do kościoła. Teraz jestem już studentką i … chodzę do kościoła coraz rzadziej. Jest źle, zaczęło mnie to zastanawiać. Niech mi Ojciec coś napisze, bo nie wiem, jak mam to zmienić. Ewelina


Witaj Ewelino, szczęść Boże

Cieszę się, że zaglądasz na tego bloga. On właśnie jest po to, żeby zachęcić do myślenia, do refleksji. Jeśli jakiś tekst pomógł i Tobie, to bardzo się cieszę. A teraz wracam już do Twojego pytania.

Na pewno wiesz, że Sobór Watykański II nazywa Mszę św. źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego. A zatem pewną klamrą – źródło to to, co jest w dole, szczyt – w górze. Czyli klamrą, która wszystko zamyka. Pewnie niewiele mówi to komuś, kto traktuję Eucharystię jako przykry obowiązek i jakąś nie do końca zrozumiałą konieczność. Ale prawdą jest i to, że ta klamra gdzieś w środku zamyka i nas. Spróbujmy się tam odnaleźć.

Na początku wystarczy spróbować bardzo szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie o to, dlaczego Msza św. mnie nudzi. Pewnie każdy z nas dałby inną odpowiedź, bo przecież doświadczenie nudy na Mszy św. nie jest tylko Twoim, Ewelino, doświadczeniem.

Często dopada nas w kościele nuda, bo traktujemy Eucharystię jak teatr jednego aktora. Jakiś (często nieznany nam, anonimowy) ksiądz wychodzi do ołtarza, coś mówi, coś śpiewa, składa ręce, potem je rozkłada. My na to patrzymy, słuchamy, często myślami dalecy, roztargnieni. Potem trzeba jeszcze wrzucić parę groszy na tacę, jak gdyby płacąc za całe to ,,przedstawienie.”

Jeśli ktoś tak podchodzi do sprawy (wcale nie twierdzę, że to jest Twój sposób myślenia), to nie dziwi mnie to, że Msza św. nudzi. Więcej, gdybym ja tak właśnie postrzegał Mszę św. to sam pewnie nie tylko nie zostałbym księdzem, ale już dawno przestałbym chodzić do kościoła.

Spróbujmy zatem ,,wgryźć się” w to, czego w czasie Eucharystii jesteśmy świadkami.  Bo chyba problem zasadniczy polega właśnie na tym, że my tego wszystkiego po prostu nie rozumiemy. Zresztą, w modlitwie eucharystycznej ksiądz śpiewa: Oto wielka Tajemnica wiary. Czy zatem może nas dziwić to, że nic z tej Tajemnicy nie rozumiemy?

Zatrzymajmy się nad słówkiem, które dobrze znamy. AMEN… (Tak na marginesie: białej gorączki dostaję, kiedy rozdając Komunię św. albo udzielając rozgrzeszenia słyszę AMENT. Gdyby ktoś tak mówiący choć raz wziął do ręki modlitewnik i uważnie go przejrzał, zobaczyłby, że nie ma tam nigdzie żadnego AMENTA).

Słowo AMEN w każdej Mszy św. wypowiadamy bardzo wiele razy. Niestety, bardzo często wypowiadamy je bardzo mechanicznie i bezmyślnie. Bo wszyscy mówią… A tymczasem…

To krótkie słówko znaczy tyle co: niech tak się stanie. Jeśli więc ksiądz wypowiada jakąś modlitwę i ja kończę ją słowem AMEN, to nie robię nic innego, jak tylko potwierdzam słowa kapłana. Chcę, żeby ta jego modlitwa (a w zasadzie przecież nasza wspólna modlitwa) spełniła się, by stała się faktem.

Nie odpowiadamy księdzu AMEN, żeby poczuł się lepiej, żeby mu nie było przykro, żeby nie było miejsca na niezręczną ciszę. AMEN to moje przysłowiowe pięć minut w Eucharystii. To czas i miejsce, by powiedzieć Bogu: tak, chcę, żeby tak było.

Można by jeszcze wiele rad i wskazówek tutaj dawać. Ale nie będę tego robił. Dlatego, że jestem głęboko przekonany o tym, iż jeśli ktoś mający problem z przeżywaniem Eucharystii zacznie od świadomego wypowiadania tego jednego słowa, to Pan Bóg da mu poczuć prawdziwy głód. Głód wchodzenia w głąb.  Zacząć trzeba jednak od małych rzeczy, od takiego jednego prostego AMEN. Z czasem – mocno w to wierzę – przyjdzie pragnienie czegoś więcej. 

Niebawem powstanie cykl wpisów dotyczących właśnie Eucharystii. Krok po kroku postaram się dotknąć ważniejszych elementów Mszy św. Na ile mi się uda jeszcze bardziej zainteresować Was Eucharystią – nie wiem. Wiem, że na pewno warto stawiać pytania i szukać odpowiedzi. To jedyna droga do pełniejszego rozumienia tej Tajemnicy, której i tak w pełni nigdy nie pojmiemy. 

Wasze pytania i wątpliwości: Co by było, gdyby…?

 
Witam Was ponownie. Dziś postaram się zmierzyć z kolejnym pytaniem z cyklu: Wasze pytania i wątpliwości. Pytanie zadane przez Dominikę dotyczy tekstu, który zamieściłem na blogu pod datą 23 sierpnia (żeby do niego zajrzeć wystarczy w kalendarzu w bocznym panelu kliknąć na tę datę). Oto  wspomniane pytanie:

,,Pisze Brat: Trzeba sobie jasno powiedzieć, że bez działania szatana w naszym życiu bylibyśmy narażeni na duchową przeciętność i marazm, albo jeszcze lepiej – na bylejakość. Bo to przecież szatan i jego intrygi sprawiają, że w ogóle zastanawiamy się nad tym wszystkim, że walczymy, spowiadamy się, przepraszamy, obiecujemy poprawę. Czy bylibyśmy do tego zdolni, gdyby nie doświadczenie kontaktów ze złem?

Ale czy to nie jest tak, że gdyby nie było szatana, to byśmy nie upadali? I wówczas nie potrzebowalibyśmy się poprawiać. Bo przecież nie kusiłby nas do złego. Gdyby nie szatan, nie byłoby zła, więc wtedy żylibyśmy dobrze, blisko Boga.”

*****

Dominiko, choć osobiście nie lubię zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby… , to jednak muszę powiedzieć, że pewnie w Twoim przypuszczeniu jest odrobina racji. Nasze upadki, słabości, namiętności i wszelkie zło, jakie nas w życiu dopada, jest konsekwencją grzechu, którego zakosztowali pierwsi rodzice i który odziedziczyliśmy w spadku po nich. Mamy zatem coś, czego nie chcieliśmy i o cośmy się nie prosili. A zatem nie poruszamy się już w przestrzeni ,,co by było, gdyby było”, ale w bardzo konkretnej rzeczywistości. Szatan jest.. Istnieje naprawdę…

I w tym właśnie kontekście rozważałem rolę szatana w naszym życiu. Gdyby go nie było, nie musielibyśmy się nad tym zastanawiać. Ale on jest. Moim wpisem chciałem zwrócić Waszą uwagę nie tyle na to, że on istnieje, ale bardziej na to, co zrobić, gdy już wpadniemy w szatańskie sidła. Usiąść i snuć refleksję o tym, że życie byłoby piękne, gdyby nie było grzechu, nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem. O wiele lepiej nauczyć się traktować szatana nie tylko jako kogoś, kto od Boga nas oddziela, ale jeszcze bardziej jako istotę, która nasze oczy pomaga nam skierować na Boga właśnie.

Jeśli nauczymy się nasze grzechy traktować jak trampolinę do Pana Boga, szatan będzie wściekły. Wykończymy go jego własną bronią. Pewnie nie przestanie nas kusić, ale zobaczy, że nie tylko on jest istotą inteligentną.

A zatem, pytanie ,,Co by było, gdyby” odsuwamy na bok. Bardziej skupiamy się nad tym, co jest. I nad tym, co zrobić, by było jeszcze lepiej.