Ty się tym zajmij…

Tej książki chyba jakoś szczególnie reklamować nie trzeba. Wielu z Was przeczytało ją na pewno już dawno. Niektórzy są w trakcie. Inni zapewne jeszcze po nią sięgną. Naprawdę warto.

Książka o mistyku. Posiadał przedziwny wgląd w duszę człowieka – napisał ponad 220 tysięcy imaginette czyli obrazków z proroczym słowem skierowanym przez Jezusa albo Matkę Bożą do konkretnej osoby. Niezwykle ceniony przez o. Pio, który często odsyłał do niego swoich penitentów. Kapłan heroicznie wierny Kościołowi, mimo, że był przez Kościół bardzo mocno doświadczany: z powodu oskarżeń nieprzychylnych mu osób, wielokrotnie stawiany przed Świętym Oficjum, oskarżony o herezję, z ponad 16 – letnim zakazem odprawiania Mszy św. i głoszenia homilii. Mimo to, na zawsze pozostał wierny Kościołowi.

Zmarł w opinii świętości. W 1995 r. została złożona oficjalna prośba o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Sługi Bożego. Kiedy rusza proces, umiera pierwszy postulator procesu – kapucyn o. Antonio Maglione, drugim zostaje o. Massimiliano Maffei. W niewyjaśnionych okolicznościach zostaje on jednak zawieszony w swoich czynnościach. Automatycznie wstrzymano także i proces. Obecnie nie ma żadnych dalszych decyzji, nie wyznaczono nowego postulatora. Czyżby kudłaty mieszał tak bardzo nawet po śmierci ks. Dolindo?

Książka, która otwiera oczy…

Już wiele książek reklamowałem na tym blogu, ale – na ile sięgam pamięcią – nie prezentowałem tu jeszcze żadnej książki żadnego pijara.
I dziś to zmieniamy…

Chcę zareklamować Wam książkę o. Piotra Różańskiego pt. ,,Ksiądz też ma dwie nogi.” Nie dlatego o tym dziś piszę, że Piotr jest moim współbratem i że swoich nie wypada nie promować; nie dlatego, że też pochodzi z diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej; nie dlatego, że obaj mamy doświadczenie posługi w Odnowie w Duchu Świętym i nawet nie dlatego, że kiedyś mieszkaliśmy razem w jednym pokoju w seminarium.

Nie… reklamuje dziś tę książkę, bo zwyczajnie… jest dobra. Piotr dotyka w niej tematów, o których zwykle głośno się nie mówi. No chyba, że tylko w kontekście jakichś skandali z udziałem takiego czy innego kapłana.

O tym, jakie naprawdę dylematy przeżywają w swoim kapłaństwie księża, wiedzą tylko nieliczni. Może właśnie dlatego tak wiele jest niezrozumienia i osądzania wymierzonego w stronę duchownych.

Niech zatem ta książka otwiera oczy…

Świętość jest dla każdego…

Jak chyba większość z nas, też mam kilku swoich ulubionych świętych. Pierwszy i najważniejszy to św. Józef Oblubieniec. I to nie tylko dlatego, że przed lat poświęciłem mu całą moją pracę magisterską, a od kilkunastu lat w dokumentach zakonnych figuruję jako Piotr od św. Józefa Oblubieńca.

Drugi to nasz św. Kalasancjusz. Ten sam, który dał początek pijarskiemu Zakonowi. Trzecia postać to św. s. Faustyna. I czwarty święty, którego tak naprawdę odkryłem i pokochałem dopiero w seminarium to św. o. Pio.

Przez ostatnie tygodnie rozczytywałem się w ,,Listach Ojca Pio.” Korespondencja, którą Pio wymieniał ze swoimi dwoma kierownikami duchowymi w latach 1910 – 1912 czyli przez dwa lata bezpośrednio po otrzymaniu święceń kapłańskich, stanowi niezwykle ciekawą lekturę. Jeśli ktoś myśli, że o. Pio zawsze był cichy i pokorny, to się myli. Jeśli ktoś myśli, że o. Pio nigdy nie narzekał, nie żalił się na swój los (stygmaty, niezrozumienie, decyzje przełożonych) to myli się jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem. Ojciec Pio nie od razu był święty – jego droga do świętości była długa i wyboista.

Warto trochę ,,odczarować” tę postać. Warto zobaczyć w nim kogoś, kto ma swój charakter, temperament, swoje wady i ograniczenia. Nie piszę o tym po to, by czegoś umniejszać tej niezwykłej postaci, ale po to, byśmy wszyscy uświadomili sobie, że nikt nie rodzi się świętym od razu i że każdy z nas, nawet bardzo słaby i grzeszny, może – przy współpracy z łaską Bożą – dojść do świętości.

,,Listy Ojca Pio” jak najbardziej polecam…

Złote myśli ku pokrzepieniu…

Na księgarnianych półkach coraz więcej dobrych książek. Tyle tylko, że – jak mówi pewien redemptorysta z Torunia – na dobre książki szkoda nam czasu, dlatego trzeba sięgać tylko po te, które są bardzo dobre.

I ja się generalnie do tej rady staram stosować. Problem tylko w tym, że często dopiero po przeczytaniu książki wiadomo, czy zaliczyć ją do dobrych czy bardzo dobrych. Dziś odstawiam na półkę kolejną pozycję. Tytuł dość intrygujący: Dotknięta przez niebo. Powiem szczerze – czytałem lepsze, ale i z tej książki warto coś zostawić dla siebie i czymś podzielić się z innymi. No więc takie dwa fragmenciki na dziś. Ku refleksji. Pierwszy fragment:

Kiedy przychodzi pokusa, potrzebna jest nasza reakcja. Bardzo prosta i bardzo skuteczna rada w czterech krokach to:

a). od razu upaść na kolana i zacząć rozmawiać z Bogiem,
b). uświadomić sobie, że w pokusie nie jesteśmy sami, bo On jest obok nas,
c). w modlitwie wspominać Krew Jezusa, bo Ona jest jak zbroja,
d). po kilki minutach modlitwy oddać cześć i chwałę Jezusowi. Uwielbienie jest egzorcyzmem.

I drugi fragment:

Zawsze, gdy postanowimy odrzucić grzech i żyć według Jego słowa, Bóg nas poprowadzi. On słyszy szczere serca. Natomiast modlitwa w desperacji wznosi się na inny poziom. Zdesperowana osoba, która musi dostać odpowiedź, dostanie ją. Człowiek wie, kiedy płonie dla Boga. To sytuacja, w której brak Bożej odpowiedzi na modlitwie oznacza, że nie przetrwamy kolejnego dnia. Niestety, bardzo często na modlitwie nie jesteśmy dostatecznie zdesperowani. Odmawiamy nasze modlitwy – niekiedy nonszalancko – nawet codziennie, ale często nie ma w nich desperacji.

Z tymi myślami Was zostawiam.

Znów zrobiło się gorąco…

Zapowiedź tzw. Czarnego Piątku, oznakowanie niektórych poznańskich kościołów, agresywna pikieta przed Pałacem Arcybiskupów Warszawskich – to tylko niektóre z ostatnich inicjatyw ludzi, którzy głośno domagają się liberalizacji przepisów aborcyjnych. Dużo się teraz w tym temacie dzieje i pewnie w najbliższych dniach jeszcze dużo dziać się będzie.

A ja odkładam właśnie na półkę bardzo ciekawą książkę. Właśnie o aborcji. Sięgnąłem po nią kilka dni temu, jeszcze zanim temat aborcji stał się znów tak bardzo głośny. Książka K. Romanowskiej i K. Skrzydłowskiej – Kalukin zatytułowana ,,Dziewięć rozmów o aborcji” to zbiór wywiadów z kobietami, które kiedyś zdecydowały się na zabicie własnego dziecka. Tak, na zabicie. Chociaż nie wszystkie bohaterki wspomnianej książki by się pod tym podpisały, spędzenie płodu należy nazwać właśnie tak.

Każda z opisanych historii jest na swój sposób przerażająca. I chociaż niektóre z bohaterek zarzekają się, że gdyby miały jeszcze raz decydować, decyzji by nie zmieniły, wszystkie zgodnie twierdzą, że sam moment aborcji był czasem niezwykle traumatycznym. Jedne z nich całą odpowiedzialność biorą na siebie. Inne za taki stan rzeczy winią nieodpowiedzialnego partnera (tylko jedna z bohaterek miała męża!!!), chorobę, zły stan psychiczny, niepewną sytuację finansową, itp. Powodów rzeczywiście może być wiele.

Dlatego właśnie nie wolno nam osądzać. Choć grzech trzeba grzechem nazwać. O tym, co znaczy lęk przed urodzeniem dziecka w którejś z wyżej wymienionych sytuacji, wie tylko ta kobieta, która coś takiego przeżywa. Ci, którzy tego nie przechodzili, nigdy tego nie zrozumieją.

To, co mnie jakoś mocno uderzyło w tych historiach, to powtarzające się myśli bohaterek: ,,Może, gdybym spotkała wtedy kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, nie zrobiłabym tego.” Wspólny mianownik niemal wszystkich historii to poczucie niesamowitej samotność i świadomość, że jest się z tym wszystkim samą. A do tego niemożność porozmawiania o swojej sytuacji z kimkolwiek. Lęk, strach, niepewność…

Tylko dwie z kobiet udały się na rozmowę do księży. Niestety, już po dokonaniu aborcji. Może, gdyby odważyły się na taki krok wcześniej, nie miałyby czego opowiadać autorkom wspomnianej książki…