U Królowej Pokoju w gościnie…

Po dwudziestu godzinach podróży (i na szczęście w miarę szybkiej odprawie na granicy) skoro świt dotarliśmy dziś do Medjugorie. Nigdy wcześniej tu nie byłem, więc dla mnie wszystko jest tu nowe.

Jako że na zegarze już 23.1o, nie będę się rozpisywał o tym, jak tu jest i co szczególnie przykuło moje nowicjuszowskie oko pielgrzyma. Na to – myślę – będzie czas w kolejnych dniach pobytu tutaj. Na razie dziękuję Panu Bogu za udaną podróż i chłonę to, dla czego do Medjugorie zjeżdżają pielgrzymi z różnych stron świata. Trzeba powiedzieć, że miejsce to rzeczywiście ma swój klimat.





 

Lednica – przez nią wszystko się zaczęło…


Pierwszy raz pojechałem na Lednicę w 2000 roku. I mogę powiedzieć, że wszystko od tamtej Lednicy się zaczęło. Nie dlatego, że jakoś szczególnie pokochałem Ruch Lednicki czy o. Jana Górę. Zaczęło się w innym sensie.

Mieszkając we Wrześnicy, nie miałem za wielu możliwości spotykania się z młodymi. W parafii nie było poza ministrantami żadnej grupy, a w moim kościele filialnym to nawet i ministrantów nie było ;(
No, może poza dwoma czy trzema.

Jeździłem do kościoła do Sławna, bo tam uczyłem się i pracowałem. I pamiętam dobrze ten majowy wieczór, kiedy wychodząc z kościoła po Mszy św. drogę zagrodził mi ówczesny sławieński wikary, zresztą mój imiennik i powiedział:

-Słuchaj, nie znamy się, ale często widuję Cię w naszym kościele. Może chciałbyś pojechać z nami na Lednicę?

Nie muszę mówić, że właśnie wtedy zaczęło się spełniać moje marzenie. Po pierwsze właśnie osobiście poznałem księdza ,,od młodzieży.” Po drugie – otworzyły się przede mną drzwi do poznania innych młodych. Po trzecie, miałem już punkt zaczepienia i mogłem teraz już nie tylko jeździć na Lednicę przed kolejne lata, ale też m.in. uczestniczyć z tymi ludźmi w Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę. 

Pan Bóg na Lednicy nie poprzestał. W czasie pielgrzymowania do Częstochowy postawił na mojej drodze jeszcze innego Piotra (obecnie ojca duchownego w koszalińskim seminarium), który podzielił się tym, że na rekolekcje jeździł do pijarów. Zainteresowało mnie to bardzo i… tak się zaczęło.

Pewnie nie byłbym dziś pijarem, gdyby nie Piotrek. Pewnie nie spotkałbym Piotrka, gdyby nie pielgrzymka. I pielgrzymki też by nie było, gdyby nie Lednica i propozycja ks. Piotra, której pewnie on już nie pamięta (kiedyś mu to przypomniałem przy frytkach w restauracji na Jasnej Górze), a którą ja pamiętam bardzo dobrze. Bo wtedy tak naprawdę wszystko się zaczęło.

Choć pragnienie kapłaństwa było w sercu od zawsze, potrzeba było malutkiego kamyka, który spowodował lawinę wydarzeń, dzięki którym dziś mogę jeździć na Lednicę już jako kapłan. I Bogu dzięki…