Ach, ten Kościół zacofany…

,,I co z tego, że mieszkam z dziewczyną bez ślubu? My się kochamy i żaden papierek nie jest nam do szczęścia potrzebny. Poza tym Kościół już dawno powinien zmienić patrzenie w tej sprawie. To przez wasze zasady młodzi ludzie odchodzą od Kościoła.”

Mniej więcej tak wyglądała argumentacja młodego chłopaka, z którym kilka dni temu dane mi było się spotkać. Nie, to nie była spowiedź, ale luźna – choć nie koniecznie przyjacielska – rozmowa. Wojtek (nadajmy mu takie imię, by był choć trochę mniej anonimowy) uważał, że jest wyrazicielem opinii większości młodych par nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jako ich rzecznik postuluje zmiany.

A tymczasem… Mimo wielu postulatów i propozycji modyfikacji Dziesięciu Bożych Przykazań, żadne z nich nigdy nie zostanie zmienione. Dlaczego? Bo nawet Kościół (a co dopiero ktoś inny) nie ma prawa ingerować w zamysł Pana Boga. Kościół ma stać na straży Dekalogu i na pewno nie jest od tego, by cokolwiek ,,ulepszać.”

Ciekawą rzecz w jednej ze swoich książek zauważył ks. prof. E. Staniek. Zwraca on uwagę na to, że Boże Przykazania są krótkie i możliwe do zrozumienia nawet dla najbardziej prostego człowieka. Więcej, nawet najmniej wykształcony człowiek może nauczyć się ich na pamięć. Takie jest Prawo Boże. Tymczasem jakie są ludzkie prawa? Składają się z ogromnych tomów wypełnionych niezliczoną ilością paragrafów i kanonów. Wciąż jednak – mimo, że jest ich tak wiele – trzeba coś zmieniać, nowelizować, wyjaśniać. Które zatem prawo jest lepsze: Boże – krótkie, proste i czytelne czy ludzkie – trudne, zagmatwane i nie zawsze jasne?

Tak naprawdę tym wszystkim, którzy postulują zmiany w Dekalogu chodzi o nic innego, jak tylko o to, by znaleźć dla siebie pretekst i alibi do nie wypełniania Bożego Prawa. Wielu ludziom nie chce się podjąć trudu zachowania Dekalogu (choćby przykazania nakazującego życie w czystości). A że sami czasem mają z tym problem i że sumienie niejednokrotnie im to wyrzuca, postulują zmianę lub usunięcie przykazania, a przy tym zarzucają Kościołowi zacofanie i zaściankowość.

Przyznaję, wypełnianie Bożego Prawa wcale nie jest proste. Więcej, czasem jest naprawdę bardzo trudne. Ale wyjściem z sytuacji na pewno nie jest zmienianie czegokolwiek. Jeśli już chcemy coś zmieniać, to zacznijmy od siebie i od swojego nastawienia do Dekalogu. Jeśli będziemy traktowali je jako zło konieczne, to na pewno takie podejście do sprawy nam nie pomoże. Warto popatrzeć na Dekalog jak na przydrożny znak, który ostrzega przed ostrym zakrętem. Mogę, oczywiście, ten znak zignorować, ale czy potem mam prawo się dziwić, że zatrzymałem się na drzewie?

Naj­silniej­szy jest zaw­sze ten, kto umie złożyć dłonie do modlitwy – Søren Kierkegaard

Chodząc po kolędzie, w niejednym mieszkaniu widziałem lodówki obklejone różnokolorowymi karteczkami z różnymi komunikatami. Np.: kup mleko, naleśniki w mikrofali, wyrzuć śmieci, będę o 20.oo. Ot, taki śmieszny sposób komunikowania się w XXI wieku. Chyba ciut lepszy niż zimny sms. A na pewno bardziej twórczy.

lodówkaKiedyś, gdy jeszcze działałem w Pogotowiu Duchowym, też obklejałem. Tyle tylko, że nie lodówkę, ale szafę. Miałem zwyczaj obklejać szafę małymi kolorowymi karteczkami z intencjami do modlitwy. Intencje te spływały przez Pogotowie, ale też przez facebooka, sms, skeype, bloga i na wiele jeszcze innych sposobów. Generalnie każdy sposób jest przecież dobry, by prosić kogoś o pomięć, o modlitwę. Wtedy też zacząłem – niemal na każdej Mszy św., którą odprawiam – dodawać w modlitwie wiernych wezwanie: Módlmy się za tych, którzy prosili nas o modlitwę…

I tak jest do dziś. Chociaż już dawno nie posługuję w Pogotowiu Duchowym, intencji do modlitwy wciąż nie brakuje. I wciąż spływają nowe. Już nie wieszam ich na szafie, bo żeby zmieścić wszystkie, musiałbym mieć w pokoju ze trzy duże segmenty. Teraz wszystkie kartki składam w małym kartonie. I widzę – a może lepiej napisać, że czuję – jak wielki łańcuch modlitwy zatacza coraz szersze kręgi. Modlitwa dawana zwykle do nas wraca.

Przekonałem się o tym niedawno, kiedy podeszła do mnie penitentka (widziałem ją mojechyba pierwszy raz w życiu, choć ona twierdzi, że kiedyś ją wyspowiadałem) i powiedziała, że od dawna modli się za mnie. Nie znając jej osobiście – też się za nią modliłem. Jak to możliwe?

Niewielu wie, że w Katechizmie Kościoła Katolickiego jest taki punkt, który zobowiązuje spowiednika do modlitwy za tych, których spowiada. Nawet, jeśli widzi ich pierwszy raz na oczy i pierwszy raz ich słyszy.

Punkt 1466 KKK mówi nam: Spowiednik nie jest panem, lecz sługą Bożego przebaczenia. Szafarz tego sakramentu powinien łączyć się z intencją i miłością Chrystusa. Powinien mieć głęboką znajomość chrześcijańskiego postępowania, doświadczenie w sprawach ludzkich, szacunek i delikatność wobec tego, który upadł (…). Powinien modlić się za tego, kogo spowiada i pokutować za niego, powierzając go miłosierdziu Pana.

O odpustach słów kilka…

W historii Kościoła odpusty nie raz stawały się kością niezgody. Dziś już chyba nie ma z tym większej trudności. Jest natomiast potężna nieświadomość tego, czym jest odpust. I to niestety, nieświadomość nawet pośród tych, którzy do kościoła chodzą.

A więc wyjaśnijmy sobie tę kwestię właśnie dziś, kiedy w kościołach księża znów zachęcać będą do korzystania z odpustów i do ofiarowania ich za zmarłych.
A zatem…

Trzeba wiedzieć, że każdy grzech ma w naszym życiu podwójny skutek. Po pierwsze grzech pozbawia nas łączności z Bogiem (grzech ciężki robi to od razu, lekki stopniowo). Po drugie wprowadza w nasze życie jakieś nieuporządkowanie, które możemy nazwać konsekwencją zerwania łączności z Bogiem.

Żeby to wszystko lepiej zrozumieć posłużę się przykładem z mojego dzieciństwa. Kiedy byłem małym chłopakiem lubiłem bawić się ,,w dom” z moją o trzy lata młodszą siostrą. Czasem jednak zdarzały się między nami jakieś nieporozumienia (jak to wśród rodzeństwa) i wtedy… powiedzmy sobie szczerze – bywało różnie.

tłuczekKiedyś zdarzyło się, że w trakcie jednej takiej sprzeczki uderzyłem Monikę tłuczniem kuchennym w kolano. Wyobrażacie sobie? Ja wtedy nawet nie miałem świadomości tego, że mogłem jej zrobić wielką krzywdę. Uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, kiedy ona zaczęła płakać i kuleć na jedną nogę. Oczywiście, tak się tego wystraszyłem, że od razu ją przeprosiłem, ale … kolano bolało ją nadal i nadal utykała na tę nogę.

Cóż zatem z tego, że ją przeprosiłem, skoro konsekwencje tej głupiej zabawy ona czuła jeszcze długo później. Dziś, gdy się spotykamy i wspominamy tamto wydarzenie, oboje się z niego śmiejemy, ale ja pamiętam, że wtedy bardzo się bałem i w dodatku dostałem od Taty karę – nie mogłem tego dnia oglądać Dobranocki.

Bardzo podobnie dzieje się w naszej relacji do Pana Boga. Wyznanie grzechów w konfesjonale zmazuje naszą winę (przepraszamy Boga za grzechy i On te przeprosiny przyjmuje). Ale oprócz winy pozostaje jeszcze kara, którą trzeba wypełnić. Miejscem odbywania owej kary jest po śmierci czyściec.

Spowiedź jest więc po to, byśmy zmazali z siebie winę, a odpusty są po to, byśmy konfesjonałzmazywali z siebie karę. Już tutaj na ziemi (bez konieczności czekania na czyściec) możemy uregulować swoje należności wobec Pana Boga. Dzięki bogactwu Kościoła (to sam Jezus powiedział: ,,Co zwiążecie na ziemi będzie związane w niebie” i odwrotnie) możemy nie tylko pomniejszać karę, która słusznie się nam należy, ale także zupełnie ją zniwelować. Zupełnie, do zera.

Niestety, mało mówi się o odpustach. Większość z nas zapewne jest przekonana, że po grzechach w zupełności wystarczy nam sama spowiedź. Nie jest to jednak prawda.

Kiedy będziecie trzymać w ręku tłuczek i klepać schabowe na niedzielny obiad, przypomnijcie sobie moją historię z dzieciństwa i zapytajcie się o to, co robicie, by już tu na ziemi brać garściami z bogactwa Kościoła jakim są odpusty.

Pójdę do nieba piechotą…


Znów sięgam po Katechizm Kościoła Katolickiego. Nie bez lęku przekładam kolejne kartki i zastanawiam się, czy warto jeszcze ludziom ,,odbierać nadzieję.” Dziś dochodzę do tematu czyśćca. Już wiemy, że piekło jest dla tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego (KKK 1035). Dla kogo zatem jest czyściec? Jeśli w ogóle jest…

Cofam się o pięć katechizmowych punktów i czytam: Czyściec jest dla tych, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia. Po śmierci przechodzą oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości nieba (KKK 1030).

Niesłuszne jest zatem twierdzenie, że czyściec jest dla tych, którzy umierają w grzechu śmiertelnym. Czyściec jest dla tych, którzy umierają w łasce (uświęcającej)  i w przyjaźni z Bogiem. I tyle…

A zatem grzech ciężki czyli śmiertelny nie tylko pozbawia nas nieba, ale pozbawi nas też czyśćca. Co zostaje? Tylko piekło… I znów nasuwa się pytanie: czy ksiądz powinien o tym mówić albo pisać? Przecież to takie smutne, napawające grozą, wręcz przerażające, odbierające nadzieję, itp.

Hm, nie ja to wszystko wymyśliłem, ale jako kapłan (a Ty jako chrześcijanin) powinniśmy w to wierzyć i to głosić. Bo taka jest nasza wiara, taka jest wiara Kościoła, której wyznawanie ma  być naszą chlubą w Chrystusie Jezusie Panu naszym.* Jeśli chlubą nie jest i jeśli nie godzę się z tym, co mówi Magisterium Kościoła, to na pewno problem nie leży w Katechizmie…

* – formuła wypowiadana przez kapłana w czasie udzielania Sakramentu Chrztu św.

W jakiego Boga wierzę…?


No i się narobiło. A w zasadzie ja narobiłem. Nie milkną głosy po moim wczorajszym kazaniu. A w zasadzie po refleksji, jaką podzieliłem się z wiernymi podczas wszystkich (poza tą o godz. 11.oo dla dzieci) Mszy św. Mówiłem o Bogu, który jest miłosierny, ale który jest także sprawiedliwy. A więc o tym, który będzie nas kiedyś sądził…

Dla potwierdzenia tezy, że mimo, iż tak bardzo kochamy Boga Miłosiernego, nie przestał On być Bogiem Sprawiedliwym, przywołałem 1035 punkt Katechizmu Kościoła Katolickiego. Mówi on, że dusze ludzi, którzy umierają w grzechu śmiertelnym, bezpośrednio po śmierci idą do piekła. Dla poparcia tego punktu sięgnąłem po moją ulubioną przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych. Posługując się zatem KKK i Ewangelią, mówiłem o tym, że – czy tego chcemy czy nie chcemy – piekło puste nie jest.

No i się zaczęło… Sms, maile, słowa pochwał i krytyki. O słowach uznania i podziękowaniach pisał nie będę. O tych drugich wspomnę:

Ktoś przyszedł do zakrystii oburzony, że w Święto Bożego Miłosierdzia ksiądz mówił o piekle. ,,Na drugą tak radosną niedzielę będę musiała czekać cały rok” – miała powiedzieć z ubolewaniem parafianka – krytykantka. Zapomniała, że przecież każda Msza św. jest czasem radości i Eucharystia sprawowana w Niedzielę Miłosierdzia niczym nie różni się od tej z wtorku, środy czy soboty. Idźmy dalej…

Ktoś inny zarzucił mi, że mówienie o piekle i o tym, że możemy być potępieni to nic innego jak ,,odbieranie ludziom resztki nadziei.” A ja, niemądry myślałem, że to raczej zachęta do tego, by zatopić się w Bożym Miłosierdziu. Widać, że punkt widzenia zależy …

A tak na serio… Boję się o chrześcijan, którzy wierzą w niebo a przemilczają istnienie piekła. Już dawno niektórzy teologowie zaczęli mówić o herezji miłosierdzia. Miłosierdzie jest tylko dla tych, którzy – choćby w ostatniej chwili życia – o nie proszą (jak Dyzma na krzyżu). Ci, którzy są na Boga obojętni i przypominają sobie o Nim tylko na Wielkanoc, traktując Go jak dodatek do wielkanocnego koszyczka, powinni mieć świadomość, że piekło istnieje naprawdę.

Zresztą, papież Franciszek całkiem niedawno też o tym mówił. I pewnie też spotkał się ze słowami krytyki. To nie dziwi, głosi przecież Ewangelię. Pewnie też posądzili go o to, że gasi w ludziach nadzieję. Czasem trzeba zgasić złudną nadzieję, by rozpalić na nowo nadzieję prawdziwą, płynącą od samego Jezusa.

No cóż, pewnie wczoraj niektórym po prostu popsułem humor na całą niedzielę. Może dlatego, że dotknąłem czegoś, co trudne, co boli. Tak czy inaczej – nie mogłem tego przemilczeć. Nie mogłem udawać, że przedświąteczne spowiedzi proforma (kiedy kolejki ustawiają się od drzwi do drzwi i każdy chce szybko) mnie nie martwią i nie zastanawiają. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.

A o tym, że zbytnia ufność w Miłosierdzie Boże jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu mówić już nie chciałem. Choć może też powinienem…