Dar czy Darczyńca? Oto jest pytanie…

Ewangelia wg św. Łukasza 12,13-21

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?» Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia». I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga».

O postawie Zosi Samosi…

Ewangelia wg św. Mateusza 13,54-58

Jezus, przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: «Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas? Skądże więc ma to wszystko?» I powątpiewali o Nim. A Jezus rzekł do nich: «Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony». I niewiele zdziałał tam cudów, z powodu ich niedowiarstwa.

Słuchający dziś Jezusa przemawiającego w synagodze zdumiewali się i pytali… Pytania te wynikały z ich niedowiarstwa, przez co Jezus nie mógł zdziałać pośród nich żadnych cudów. Tym razem zdumienie i stawianie pytań okazało się zgubne.

Nie od dziś jednak wiadomo, że zdumienie i szukanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania wcale nie musi łączyć się z niedowiarstwem. Przeciwnie… Może okazać się błogosławieństwem.

Nieżyjący już poeta ks. Jan Twardowski pisał przed laty, że ,,wiara rodzi się z zadziwienia i ze zdumienia.”

A więc prawdziwym problemem nie jest to, że człowiek czegoś nie rozumie, zdumiewa się, zadziwia i stawia Bogu pytania. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, kiedy człowiek zamknięty jest na dawane przez Boga odpowiedzi.

Warto dziś w kluczu zdumienia i zadziwienia popatrzeć na swoją relację z Jezusem. I pomyśleć przez chwilę nad tym, czy moje znaki zapytania (do których przecież mam prawo) otwierają mnie na Boże odpowiedzi czy przeciwnie: sprawiają, że jestem coraz bardziej zamknięty.

A może w mojej wierze ja sam wszystko wiem lepiej i już nie daję się Jezusowi niczym zaskoczyć? Jeśli przybieram postawę Zosi Samosi to Jezus nie jest mi już w życiu do niczego potrzebny ;( .

 

Lepiej późno niż wcale…

Ewangelia wg św. Mateusza 13,47-53

św. Alfons Maria Liguori

Jezus powiedział do tłumów: «Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak». A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare». Gdy Jezus dokończył tych przypowieści, oddalił się stamtąd.

Już po raz kolejny w ostatnich  dniach czytamy w Ewangelii opisy tego, jak będzie wyglądał koniec świata. I po raz kolejny czytamy o rzeczywistości, w której będzie płacz i zgrzytanie zębów. Tak, tak… Piekło istnieje naprawdę, a fakt jego istnienia w żadnym razie nie jest zależny od tego, czy większość społeczeństwa w to wierzy czy też nie. Czy jest ZA czy PRZECIW.

Są tacy, którzy nie wierzą. Są jednak i tacy, którzy rzeczywistością piekła za życia się nie przejmują i wyznają zasadę, że jak będą starzy to wtedy się nawrócą i wtedy o Panu Bogu pomyślą. Argument typu: ,,Skąd wiesz, że doczekasz starości?” już do wielu nie trafia. Ja sam już dawno z niego zrezygnowałem w rozmowach z tymi, którzy z Panem Bogiem żyją od lat na bakier.

Ostatnio zastanowił mnie inny argument. Natrafiłem na niego w książce św. Alfonsa Marii Liguoriego pt. ,,Przygotowanie do śmierci.” Ten XVIII wieczny doktor Kościoła zastanawia się w swoich rozważaniach nad tym, czy człowiek, który przez całe życie żyje z daleka od Boga; który za Bogiem nie tęskni i z Bogiem się nie liczy, będzie potrafił nagle – tuż przed swoją śmiercią – za Bogiem zatęsknić i wołać o miłosierdzie.

Liguori poddaje taką możliwość pod wątpliwość twierdząc, że za Bogiem w godzinie śmierci będą potrafili zatęsknić tylko ci, którzy za życia mieli z Nim relację miłości. A jeśli nie miłości to chociaż przyjaźni.

Św. Alfons ma rację… Oczywiście, nie możemy wykluczyć, że nawet ktoś, kto przez wiele lat żył z daleka od Boga, może od Niego otrzymać taką łaskę, że w godzinie śmierci zwyczajnie za Nim zatęskni. Dokładnie tak jak Dyzma, dobry łotr na krzyżu, którzy został kanonizowany przez samego Jezusa na kilka chwil przed swoją śmiercią. Tylko dlatego, że zatęsknił i poprosił.

Takie jednak sytuacje – niestety – nie zdarzają się często. Pan Bóg bowiem jest dżentelmenem, który nie wpycha się na siłę do ludzkiego życia. Bóg szanuje to, co w raju sam dał człowiekowi – szanuje naszą ludzką wolność i prawo do dokonywania wyborów. A fakt, że prawo wolności niejednego już zaprowadziło do piekła, to już zupełnie inna sprawa.

Słowa uczą, przykłady pociągają…

Ewangelia wg św. Łukasza 11,1-13

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». Dalej mówił do nich: «Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: „Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać”. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: „Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci są ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie”. Powiadam wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu zostanie otworzone. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą».


Dzisiejsza Ewangelia nie wymaga komentarza. Wystarczy, że dokładnie ją przeczytamy i potraktujemy bardzo dosłownie. Nie chcę więc zagłuszać dzisiejszych słów Jezusa swoim komentarzem. Chcę jednak wskazać na coś jednego, niezwykle ważnego.

Jezus połączy dziś w temacie modlitwy teorię z praktyką. Zanim zaczął nauczać o modlitwie innych, najpierw sam się modlił. Zanim zaczął mówić o tym, jak się modlić, najpierw sam modlił się na osobności. To dla nas bardzo ważna wskazówka.

Każdy z nas zaproszony jest do dwóch rzeczy. Po pierwsze do tego, by samemu mieć modlitewną relację z Bogiem i by nieustannie o nią się troszczyć, a po drugie do tego, by innych modlitwy uczyć. Nie wolno zatrzymać się tylko na jednym z nich. Teoria i praktyka to dwa skrzydła, na których mamy się wznosić na wyżyny naszej duchowości.

Co z tego, że ksiądz pięknie będzie ludziom o modlitwie mówił, porywał ich będzie i zapraszał na ścieżki kontemplacji, jeśli sam zaniedba swoją osobistą modlitwę i parafianie nigdy na kolanach go nie zobaczą? I odwrotnie: co z tego, że sam będzie miał świetną relację z Bogiem, jeśli nie będzie chciał przekładać tego na swoje duszpasterstwo i nie będzie do modlitwy zapałał innych, kierując się np. myśleniem, że niczego ludziom nie wolno narzucać i do niczego zmuszać?

Tak samo w naszych rodzinach. Co z tego, że ojciec czy matka będą wmawiać dzieciom, że te muszą się modlić, jeśli oni sami nie dadzą swoim pociechom dobrego przykładu? Co z tego, że będą naciskać czy wręcz wymuszać na dzieciach różne religijne akty, jeśli sami będą od nich stronić? I odwrotnie: cóż z tego, że rodzice będą się modlić gorliwie, jeśli nie będą zapalać do modlitwy swoich najbliższych?

Dziś w Ewangelii nie tylko słyszymy piękne słowa o modlitwie, ale również widzimy przykład modlącego się Jezusa. Bo nie ma nic piękniejszego niż nauka połączona ze świadectwem. Słowa nas uczą, ale to przykłady nas pociągają… Oby tak było również w naszym życiu. W życiu nas, kapłanów, rodziców, dziadków, nauczycieli i wychowawców…

Czy naprawdę wiem, czego chcę?

Ewangelia wg św. Mateusza 20,20-28

Matka synów Zebedeusza podeszła do Jezusa ze swoimi synami i oddając Mu pokłon, o coś Go prosiła. On ją zapytał: «Czego pragniesz?» Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie». Odpowiadając Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?» Odpowiedzieli Mu: «Możemy». On rzekł do nich: «Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował». Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu».

Zawsze podobała mi się postawa matki Jakuba i Jana. Przychodzi do Jezusa, bo wie, czego chce. Zresztą prosi nie dla siebie, ale dla synów. I to prosi o coś, co jest przecież niesamowicie ważne – prosi dla nich obu o niebo.

Można odnieść wrażenie, że ze strony tej kobiety to jakieś faux – pas (czyt. fo-pa), jakaś gafa, nietakt. Zresztą wypowiedź Jezusa też jakoś w tym kluczu można by próbować rozumieć. Tymczasem czy nie o to chodzi w naszej wierze, by nie tylko tu na ziemi, ale przede wszystkim kiedyś w niebie być blisko Jezusa? Wbrew różnym komentarzom, które nie koniecznie pozytywnie oceniają prośbę matki, ja mam o niej jak najlepsze zdanie. Ona po prostu wiedziała, czego chce. A oni?

Hm… Oni też wiedzieli. Na pytanie: ,,Czy możecie pić kielich…?” bez zająknięcia odpowiadają: ,,Możemy.”


Tak sobie czasem myślę o tym, czy my dziś tak naprawdę jeszcze wiemy, czego od Jezusa możemy oczekiwać. Czy wiemy, czego się możemy od Niego i po Nim spodziewać? Czy wiemy, co On nam obiecuje i czym chce nas obdarowywać? Innymi słowy: Czy w ogóle wiemy, z Kim mamy do czynienia, w co wierzymy i jaki jest ostateczny cel naszego życia?

Wybaczcie mi to pytanie, ale czasem naprawdę mocno się nad tym zastanawiam… Szczególnie, kiedy w niedzielę wychodzę z Panem Jezusem, by odwiedzać naszych chorych parafian. Ubrany w komże i stułę, z bursą na piersi przemierzam kolejne ulice od bloku do bloku. Mijam w tym czasie różne osoby. Wiele z nich zmierza do kościoła.

Wielu na mój widok zatrzymuje się, pochyla lub klęka. Takie postawy budują nawet wiarę księdza. Są jednak i tacy, którzy totalnie nie wiedzą jak w takiej sytuacji się zachować. Wielu przechodzi obojętnie, odwraca głowę albo nawet ucieka na drugą stronę ulicy.

Czy wiemy, w co wierzymy? Czy wiemy, z Kim w naszej wierze mamy do czynienia? Czy wiemy, czego możemy i powinniśmy oczekiwać od Jezusa?

Może, zamiast krytykować bohaterów dzisiejszej Ewangelii, warto brać z nich przykład i w osobistej rozmowie z Jezusem nie bać się prosić Go o rzeczy naprawdę ważne?

O bólu z powodu tego, czego nie ma…

Chociaż dzisiaj – w święto św. Kingi – Kościół daje nam do rozważenia fragment o ziarnach rzuconych w ziemię i nie kontynuuje wczorajszej perykopy o winnym krzewie i latorośli, chciałbym wrócić jednak do wczorajszej Ewangelii. Mowa w niej była m.in. o odcinaniu i spalaniu tych latorośli, które nie rodzą dobrych owoców.


Odcinanie czegoś, co ma lub kiedykolwiek miało w sobie jakikolwiek pierwiastek życia zawsze jest bolesne. I nawet jeśli nie boli już fizycznie, to zwykle wywołuje tzw. ból sentymentalny. Bóle mogą być przecież bardzo różne…

Dwa lata temu mój kolonijny wychowanek – już jako student – w wypadku samochodowym stracił nogę. Kiedy kilka tygodni później odwiedziłem go w szpitalu w Łodzi powiedział mi, że chociaż nie ma nogi, to właśnie ta noga, której nie ma najbardziej go boli. Wtedy – chyba pierwszy raz w życiu – usłyszałem, że istnieje w medycynie coś takiego, jak bóle fantomowe. Człowieka boli to, czego już nie ma…

Myślę, że podobnie dzieje się w Winnym Krzewem. Kiedy Ojciec odcina kolejne – nie przynoszące żadnych owoców – gałązki, Jezusa bardzo to boli. Nie jest Mu obojętne to, że ktoś zostaje od Niego odłączony. Świadomość, że oddał życie za kogoś, kto przez to, że jest nieurodzajny teraz zostaje odcięty i wrzucony w ogień, niesamowicie musi Go boleć. Warto przy tym bólu Jezusa nieco się dziś zatrzymać.

Winny Krzew to jednak nie tylko obraz Jezusa. To także symbol, w którym możemy widzieć całą wspólnotę Kościoła. Jeśli od Kościoła odpadają kolejni nasi bracia i siostry, to my, jako wspólnota ochrzczonych, nie możemy patrzeć na to obojętnie. Takie sytuacje najzwyczajniej w świecie muszą nas boleć. Musi nas boleć to, że tak wielu ludzi odrywa się od Kościoła, że tak wielu nie ma już łączności ze wspólnotą, przez co chodzą połamani jak suche gałęzie.


Tutaj, jako uczniowie Jezusa, musimy postawić sobie wiele pytań. Musimy zapytać się o to, co zrobiliśmy, by taki czy inny człowiek od Kościoła nie odszedł. Jak mu pomogliśmy? Czy byliśmy obok, gdy nas potrzebował?

I jeszcze inne pytania warto sobie stawiać?

Czy mnie, jako ucznia Jezusa, boli to, że tylu ludzi nie znajduje już w Kościele miejsca dla siebie? Czy nie jest mi obojętny każdy, kto odchodzi? Jak postrzegam ludzi połamanych przez życie, zostawionych samymi sobie? Czy modlę się za tych, których już we wspólnocie Kościoła nie ma?

Ktoś powie: No tak, znów kolejne pytania…

Ale czy rozważanie Ewangelii właśnie nie do stawiania sobie pytań winno nas prowadzić? Pytań, które otwierają nasze oczy i poszerzają nasze serca. Które nie pozwalają spać spokojnie kiedy wiemy, że tak wielu nie ma już żadnej życiodajnej relacji z Jezusem.

Niech szukanie odpowiedzi na te wszystkie pytania zakończy się dziś choćby krótkim westchnieniem za tych naszych braci i siostry, którzy odłączyli się od Kościoła i którzy może już nie widzą dla siebie ratunku. Modlitwa za nich pilnie potrzebna.

Wspomożycielko wiernych i niewiernych – módl się za nami.

Opłaca się być blisko…

Ewangelia wg św. Jana 15,1-8

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie — jeżeli nie trwa w winnym krzewie — tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy — latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”.


Co tu dużo mówić: Nam się najzwyczajniej w świecie opłaca być wszczepionymi (wrośniętymi) w Jezusa. Opłaca nam się być z Nim w możliwie największej zażyłości. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że tylko dzięki trwaniu w Nim i dzięki czerpaniu od Niego (tak, jak latorośl czerpie od krzewu życiodajne soki, tak my od Jezusa czerpiemy łaskę uświęcającą) możemy rodzić dobre owoce, które w konsekwencji i tak będą przez Ojca dodatkowo oczyszczane i pomnażane. Któż z nas nie chce być owocodajny? W wymiarze duchowym tylko bliskość z Jezusem jest gwarantem dobrych i trwałych owoców. Bez Jezusa nie jesteśmy w stanie zrodzić żadnego dobra, bo – jak sam mówi nam w dzisiejszej perykopie – bez Niego nic uczynić nie możemy. Tylko wtedy, gdy jesteśmy złączeni z Jezusem, możemy być naprawdę urodzajni. Bez Niego nasze życie będzie jałowe i bezowocne.

Po drugie dlatego, że wszczepienie w Jezusa zabezpiecza nas przed niszczycielskim działaniem Boskiego Ogrodnika (Ojca), który jednym machnięciem sekatora swojej Boskiej woli może odciąć każdą uschniętą i nieurodzajną gałąź. I nie ma tu znaczenia nic poza tym, czy gałąź ta rodzi owoce czy nie. Owocowanie to jedyne kryterium. Śmiało więc można powiedzieć, że będąc złączonym z Jezusem najzwyczajniej w świecie możemy czuć się bezpieczni. Trochę w myśl św. Alfonsa Marii Liguoriego, który mawiał: ,,Kto się modli, ten się zbawi.” Modlitwa to najlepszy przykład zjednoczenia (zrośnięcia) z Mistrzem. Brak modlitwy dla chrześcijanina jest jak odcięcie latorośli od życiodajnego krzewu.

Po trzecie dlatego, że tylko dzięki trwaniu w Jezusie możemy – powołując się na Jego Imię – prosić Boga o wszystko. I Jezus sam zapewnia nas (On sam nas zapewnia!!! – czy to nie cudowne?), że taka modlitwa zostanie wysłuchana. Wcale nie dlatego, że Bóg ma wobec nas jakiś dług wdzięczności, ale dlatego, że właśnie poprzez przyzywanie Imienia Jezusa Ojciec doznawał będzie jeszcze większej chwały. Imię JEZUS – to najpiękniejsza i najbardziej pewna karta przetargowa w rozmowie z Ojcem.

Niezwykła jest ta dzisiejsza Ewangelia…

Nie sposób nie zadać sobie dziś pytania o to, jak wygląda moje osobiste zrośnięcie z Jezusem. Najlepszym kryterium, które pomoże nam odpowiedzieć na to pytanie, będzie próba dostrzegania owoców, jakie każdego dnia rodzimy.

Jakie są to owoce? Czy rzeczywiście rodzą się one z mojej relacji z Jezusem? A może już dawno dałem się złamać i na własne życzenie odpadłem od Winnego Krzewu? Odrobina szczerości niech nam pomoże w szukaniu odpowiedzi.

Jak kapitan na statku…

Ewangelia wg św. Jana 20,1.11-18

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: «Niewiasto, czemu płaczesz?» Odpowiedziała im: «Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono». Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę». Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Mój Nauczycielu! Rzekł do niej Jezus: «Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”». Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: «Widziałam Pana», i co jej powiedział.

Dzisiejsza Ewangelia utwierdza nas w tym, że można być blisko Jezusa, można Go widzieć (,,odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus”), ale z jakiegoś powodu można Go nie rozpoznać. Będąc blisko, można być naprawdę bardzo daleko.

A teraz szybki rachunek sumienia… Lubię takie Ewangelie, które każą mi stawiać sobie jasne, transparentne pytania. Więc zaczynam: Czy ja rozpoznaję Jezusa?

Nie chodzi tu wcale o to, że jestem ciągle blisko kościoła, że moje łóżko znajduje się dokładnie dwa piętra pod tabernakulum (gdyby kiedyś spadło i przeleciało przez dwa piętra, prawdopodobnie dostałbym nim po głowie). W tym pytaniu wcale nie chodzi o fizyczną obecność i bliskość. Tu chodzi o to, co jest w moim sercu.

Czy rozpoznaję Jezusa w moim życiu, w mojej codzienności? Czy rozpoznaję Go jeszcze w moim powołaniu czy może stałem się już zwykłym funkcjonariuszem Kościoła, wypełniającym już tylko wyuczone na pamięć funkcje i obrzędy?

Dużo tych pytań… Stawiam je dziś przede wszystkim sobie, ale tak naprawdę każdy z nas może i powinien je sobie postawić. Bo każdy – nie tylko ksiądz – ma nie tylko być blisko Jezusa, ale przede wszystkim ma nauczyć się Go rozpoznawać i stawać się jak ON.

Dokładnie tak, jak kapitan płynącego po wzburzonym morzu statku z daleka dostrzega i rozpoznaje morską latarnię.