Prawda was wyzwoli…

Ewangelia wg św. Jana 8,31-42


Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: «Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli». Odpowiedzieli Mu: «Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: „Wolni będziecie?”» Odpowiedział im Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn pozostaje na zawsze. (…).

Jezus mówi dziś o niewoli grzechu i o tym, jak wielką rolę w wychodzeniu z tej niewoli ma trwanie w Jego nauce i życie w prawdzie.

To, co w życiu każdego chrześcijanina wydaje się być fundamentalne, to stawanie w prawdzie i ciągłe uświadamianie sobie swojej duchowej kondycji. Dokonuje się to przede wszystkim w codziennym rachunku sumienia. Tylko ten, kto jest świadom swoich grzechów może – jeżeli tylko zechce – podjąć walkę ze złem, które wydarza się w jego życiu.

Brak świadomości i brak stawania w prawdzie (brak podejmowania refleksji w tym temacie) nikogo nie zwalniają z pracy nad sobą. Nikogo nie zwalniają z walki o lepsze i głębsze życie duchowe.

By czyny przemówiły…

Ewangelia wg św. Jana 8,21-30

Jezus powiedział do faryzeuszów: «Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie». Rzekli więc do Niego Żydzi: «Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie?» A On rzekł do nich: «Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych». Powiedzieli do Niego: «Kimże Ty jesteś?» Odpowiedział im Jezus: «Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego». A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: «Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną; nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba». Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.

,,Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać.” Można powiedzieć, że smutna to perspektywa. Zawsze, gdy odchodzi ktoś ważny, jego odejście sprawia nam ból, dostrzegamy potrzebę przeżycia swego rodzaju żałoby.

Jakimś pocieszeniem w tej Jezusowej wypowiedzi jest fakt, że ci, od których Jezus odchodzi będą Go szukać. Pragnienie odnalezienia Jezusa jest czymś niezwykle ważnym i dobrze, że w sercu rodzi się głód Boga. Dobrze, że człowiek Go szuka, że tęskni. Ale co z tymi, którzy Go nie szukają?

Są przecież tacy, którzy nawet nie widzą, że Jezus odszedł, albo – lepiej powiedzieć – nie widzą, że Jezusa w swoim życiu zgubili. Czy w kontekście tej rozłąki nie powinniśmy przejąć się słowami Jezusa: ,,Pomrzecie w grzechach swoich?”

Może za bardzo uwierzyliśmy w Boże Miłosierdzie bez Bożej Sprawiedliwości? Może za dużo w nas zuchwałości i wmawiania sobie, że przecież On jest kochający i przebacza? Może pora już się otrząsnąć i zamiast spokojnie spać, zadać sobie pytanie: Co by było, gdybym teraz umarł?

Czy rzeczywiście mogę powiedzieć, że w moim życiu szukam Jezusa?
Jakie moje czyny za tym przemawiają?

Żadna w tym nasza zasługa…

Ewangelia wg św. Jana 4,43-54

Jezus odszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie, kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, był on bowiem już umierający. Jezus rzekł do niego: «Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie». Powiedział do Niego urzędnik królewski: «Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko». Rzekł do niego Jezus: «Idź, syn twój żyje». Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i poszedł. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, kiedy poczuł się lepiej. Rzekli mu: «Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka». Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: «Syn twój żyje». I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.

Galilejczycy przyjęli Jezusa u siebie nie dlatego, że był ich krajanem i miał prawo nie tylko przechodzić przez Galileę, ale nawet się tam zatrzymać, ale dlatego, że widzieli znaki, które czynił, będąc w Jerozolimie. Nie miejsce pochodzenia zadecydowało więc o tej gościnności i otwartości na Jezusa, ale fakt, że doświadczyli Jego bardzo konkretnego działania.

To ważna lekcja i dla nas. Fakt, że urodziliśmy się w chrześcijańskiej Polsce, że zostaliśmy ochrzczeni i że prowadzano nas do kościoła nie wystarczy do tego, by Jezusa obrać za Pana i Króla swojego życia. To wszystko jest bardzo ważne i potrzebne, ale to wszystko jest jednocześnie niezależne od nas. Żadna w tym nasza zasługa, że Polska jest chrześcijańska i że rodzice kiedyś zdecydowali się nas ochrzcić. Żeby wybrać Jezusa na Pana swojego życia – poza okolicznościami zewnętrznymi, o których wyżej wspomniałem – potrzebne jest doświadczenie Jego żywej obecności.

Potrzebne jest doświadczenie Jego obecności w naszym życiu; potrzebne jest doświadczenie znaków, a może nawet cudów, którymi przepełniona jest nasza codzienność. Znaków i cudów, które na pewno dostrzeżemy, jeśli tylko szerzej otworzymy serca i oczy.

Jedno jest pewne – jeśli zabraknie osobistego doświadczenia obecności Jezusa i osobistej z Nim relacji, jeśli zabraknie – mówiąc językiem dzisiejszej Ewangelii – widzenia wszystkiego, co Jezus czyni w naszym życiu, sama tradycja chrześcijańska i świadomość, że wyrośliśmy w katolickich rodzinach może nie wystarczyć do wytrwania w wierze.

Zresztą, widać to doskonale w życiu wielu naszych sióstr i braci. Wychowani w wierze, chodzący do kościoła, widzący dobry przykład swoich bliskich często odchodzą od wiary, a nawet ją depczą i ośmieszają. I właśnie dlatego, że wiara bez żywej relacji i zakorzenienia w Chrystusie narażona jest na obumarcie, trzeba nam nieustannie troszczyć się o relację z żywym Jezusem. Bez tej troski nasza wiara umrze szybciej, niż myślimy.

Bóg wcale nie jest jak Ojciec. Bóg jest Ojcem…

Ewangelia wg św. Łukasza 15,1-3.11-32

(…). Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: „Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego”. Rozgniewał się na to i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”. Lecz on mu odpowiedział: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje do ciebie należy. A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”».

,,Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie…”
Czy aby na pewno? Czy aby ojciec właściwie to wszystko zinterpretował? Czy ten drugi syn nie był jeszcze dalej od ojca niż ten pierwszy?

Ten pierwszy (szkoda, że bezimienny) syn mentalnie był już dawno daleko od ojca, ale przynajmniej miał odwagę głośno o tym powiedzieć, poprosić o podział majątku i opuścić dom, z którym i tak niewiele go już łączyło. Nie można odmówić mu uczciwości w jego postępowaniu.

A ten drugi?

On przecież mentalnie też był daleko od ojca. Fizycznie może blisko, ale pretensje, które wypowiedział w przypływie szczerości bardzo obnażyły prawdę o tym, co nosił w swoim sercu i co naprawdę myślał.

Próbując zestawić ze sobą obu synów możemy szukać odpowiedzi na pytanie o to, który z nich dwóch był w rzeczywistości dalej od ojca.

To, że fizycznie jestem przy kimś blisko, wcale nie znaczy, że jestem przy nim moim sercem. A to przecież bliskość serca jest najważniejsza w relacji do drugiego człowieka i w relacji do samego Boga.

Warto więc dzisiaj przyjrzeć się swojemu sercu. ,,Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i wasze serce” (Łk 12,34). Czy moje serce jest przy Bogu? Czy mogę powiedzieć, że jestem przy Nim nie tylko moim ciałem (np. w kościele), ale przede wszystkim moim wnętrzem?

Gdy słyszę, co mówisz, to widzę, kim jesteś…

Ewangelia wg św. Marka 12,28b-34


Jeden z uczonych w Piśmie podszedł do Jezusa i zapytał Go: «Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?» Jezus odpowiedział: «Pierwsze jest: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Drugie jest to: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Nie ma innego przykazania większego od tych». Rzekł Mu uczony w Piśmie: «Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary». Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: «Niedaleko jesteś od królestwa Bożego». I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.

Przykazanie miłości Boga i bliźniego jest w tej Ewangelii poprzedzone krótkim, acz niezwykle ważnym Jezusowym wezwaniem: ,,Słuchaj.” Od razu rodzi się pytanie: Czy możliwe jest kochanie bez słuchania? Czy można mówić o tym, że kocha się Boga, jednocześnie Go nie słuchając? Czy można pokochać ludzi, nie słuchając tego, co chcą nam powiedzieć? To oczywiście czysto retoryczne pytania.

Nie od dziś wiadomo, że nie da się kochać kogoś, kogo się nie zna. I nie da się nikogo naprawdę poznać bez rozmawiania z nim, a więc nie tylko bez mówienia do niego, ale także bez słuchania tego, co On chce nam powiedzieć.

Jezus zwraca nam dziś uwagę na to, że prawdziwa, ewangeliczna miłość bierze się nie tylko z otwartości serca (choć ta jest bardzo ważna), ale także z otwartości uszu. Najpierw potrzebne jest słuchanie – trochę w myśl powiedzenia, że po to mamy dwoje uszu i tylko jeden język, by dwa razy więcej słuchać, niż mówić. Jeśli zabraknie gotowości do słuchania, nie będzie można mówić o prawdziwej miłości – ani do Stwórcy, ani do bliźnich.

Dzisiejsze słowa Jezusa są doskonałą okazją do tego, by zapytać się o nasze słuchanie. Jak słuchamy innych? Dlaczego niektórych nie chcemy słuchać? Co przeszkadza nam w słuchaniu?