O paciorku i rozporku czyli o tym, jak wytrwać w czystości…

Mt 5, 27 – 32


Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: „Nie cudzołóż”. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: „Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy”. A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę — poza wypadkiem nierządu — naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa».

Na pewno potrzeba w naszym chrześcijańskim życiu radykalizmu. Potrzeba go w chodzeniu za Jezusem, w życiu przykazaniami, w postępowaniu zgodnym z Ewangelią. I każdy z nas ma świadomość, że życie ucznia nie może być rozmyte, rozmemłane, zaciemnione. Z tym zgadzamy się wszyscy. Życie radykalne jest w stanie uchronić nas przed różnymi szatańskimi pułapkami – takimi jak choćby poruszana dziś przez Jezusa w Ewangelii nieczystość.

Nie wiem, czy kiedyś nieczystość była tak wszędobylska, jak dziś. Pewnie trochę tak, choć dziś Internet bez wątpienia w tym temacie szatanowi robotę ułatwia. Ale – jeśli przypomnimy sobie np. króla Dawida, a potem jeszcze objawienia Matki Bożej z Fatimy, gdzie m.in. mówiła, że większość ludzi spośród tych, co są w piekle, trafiła tam za nieczystość – uświadomimy sobie, że problem ten jest tak stary jak świat.

Jezus mówi dziś o piekle. Dwa razy używa dziś tego słowa. Tym samym wzywa do radykalizmu. Trzeba jednak popatrzeć na problem nieczystości nieco szerzej. Co z tymi, którzy kiedyś dali się usidlić i którzy są już tak zniewoleni nieczystością, że nie tylko już nie walczą o swoją godność, ale mają z tego powodu nawet myśli samobójcze? Co z tymi wszystkimi, którzy doszli już do przeświadczenia, że ich związek z nieczystością jest już zwyczajnym nałogiem i szans na czyste życie dla siebie już nie widzą? Nie mówię tu o tych, którzy nie chcą żyć w czystości, ale o tych, którzy żyć w czystości chcę, ale nie potrafią.

Co z nimi? Czy będą potępieni? Czy będą wrzuceni do piekła? Czy jako kapłan mam głosić im Ewangelię potępienia czy Ewangelię miłosierdzia?

Znajomy ksiądz dał mi kiedyś pewną radę. Gdy kilka lat temu zaczynałem dopiero moją przygodę z konfesjonałem, powiedział: ,,Gdy będziesz spowiadał, w pierwszej kolejności bierz zawsze pod uwagę to, co człowiek, który do Ciebie przychodzi, przez grzech wycierpiał. Dopiero potem patrz na to, w jaki sposób zgrzeszył.”

Genialne… Bo w spowiedzi najpierw trzeba widzieć konkretną osobę, dopiero potem jej grzech. Wziąłem sobie tę radę do serca. Kiedy do spowiedzi przychodzi człowiek, który ma doświadczenie życia w nieczystości, zwykle jest przygnębiony, sfrustrowany, zniechęcony. Jednym słowem – przychodzi ktoś bardzo cierpiący. Co jako spowiednik mam mu powiedzieć? Że jak się nie nawróci, to pójdzie do piekła? Przecież on doskonale to wie. Inaczej do konfesjonału by nie przyszedł. Co mam mu powiedzieć? Że ma sobie oko wyłupać, by pornografii nie oglądać i rękę odciąć, by się już nigdy więcej nie masturbować?

Muszę mu ten dzisiejszy fragment Ewangelii dobrze wyjaśnić. Jezusowi nie chodzi o samookaleczenie. Zresztą, nawet gdyby o to chodziło, wątpię, by nasze ulice były dziś pełne niewidomych inwalidów. To oko i ta ręka z dzisiejszej Ewangelii to pewne obrazy, które symbolizują to, co człowieka do grzechu prowadzi.

Jako spowiednik muszę zachęcać do walki, do unikania okazji do grzechu, ale nigdy nie odważę się nikogo wprost piekłem postraszyć. Większość tych, którzy z takimi grzechami przychodzą do konfesjonału, już przeżywa prawdziwe piekło. Tu, na ziemi. Piekłem jest dla nich to, że dali się demonowi tak poniżyć. Piekłem jest to, że nie mogą sobie w oczy godnie spojrzeć, że czują się brudni, zbrukani, podeptani przez własny grzech. Ludzie odarci z godności…

I trzeba tu oddzielić od siebie dwie rzeczy: Trzeba zobaczyć tych, którzy – uwikłani w nieczystość – do konfesjonału już nie przychodzą. Tych, którzy promują swoją rozwiązłość; domagają się dla siebie kolejnych praw; demoralizują innych i publicznie obnoszą się ze swoim grzesznym stylem życia. I trzeba zobaczyć tych drugich – tych, którzy w zaciszu swojego pokoju sięgają wprawdzie po pornografię i ulegają pokusie, ale wstydzą się tego, żałują, spowiadają, pokutują.

Nie wolno nam tych dwóch grup ludzi wrzucać do jednego wora. Nieczystość zawsze jest grzechem i jako grzech trzeba ją postrzegać, ale trzeba widzieć i doceniać cichą walkę tych, którzy na swój grzech się nie zgadzają. Trzeba widzieć ich żal, ich łzy, ich mocne – wypowiadane w konfesjonale – postanowienia poprawy. Dla mnie osobiście ci, którzy z miłości do Jezusa walczą i zmagają się sami ze sobą, są po prostu bohaterami, bo próbują przekraczać samych siebie. Nawet, jeśli kiedyś z własnej winy wpadli w szpony złego, walczą o swoją godność i o pierwsze miejsce w swoim życiu dla Jezusa.

Maryjo, Strażniczko czystości – prowadź tych, którzy sami już iść nie potrafią. Amen.

Zbliżać się, pytać i czytać…

Mk 12, 28 – 34

Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: «Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?» Jezus odpowiedział: «Pierwsze jest: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Drugie jest to: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Nie ma innego przykazania większego od tych». Rzekł Mu uczony w Piśmie: «Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary». Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: «Niedaleko jesteś od królestwa Bożego». I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.

Nie wchodząc zbyt daleko w tekst dzisiejszej Ewangelii, chcę zatrzymać się na pierwszym tylko zdaniu: ,,Uczony w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał.” Innymi słowy: Zadał pytanie i wysłuchał odpowiedzi.

Ileż to problemów w naszym życiu by się rozwiązało, gdybyśmy potrafili podejść do Jezusa (lepiej ciągle podchodzić) i pytać? To niby takie oczywiste, ale z drugiej strony niesamowicie dla nas trudne.

Kto z nas ostatnio na modlitwie o coś Jezusa pytał? Czy nie jest tak, że modlitwa to przede wszystkim proszenie, czasem dziękowanie. Pewnie jeszcze czasem uwielbianie. Ale pytanie? Hm…

Ktoś powie: Po co pytać, jeśli i tak odpowiedzi nie da się usłyszeć? Gdyby tak się dało – jak Mojżesz na przykład – mówić do Boga i Go słyszeć uchem, a nie tylko sercem… Ech, chyba się rozmarzyłem… A może wcale nie… Przecież Bóg ciągle do nas mówi. Jego Słowo mamy tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. Obyśmy tylko po tę świętą Księgę chcieli sięgać.

Obyśmy chcieli zbliżać się do niej, pytać i czytać… Oby nam się chciało czasem tak, jak nam się nie chce…

Jak aniołowie w niebie…

Mk 12, 18 – 27

Przyszli do Jezusa saduceusze, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i pytali Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat i pozostawi żonę, a nie zostawi dziecka, niech jego brat weźmie ją za żonę i wzbudzi potomstwo swemu bratu”. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę, a umierając, nie zostawił potomstwa. Drugi ją pojął za żonę i też zmarł bez potomstwa; tak samo trzeci. I siedmiu ich nie zostawiło potomstwa. W końcu po wszystkich umarła także kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę». Jezus im rzekł: ,,Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej? Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie.”

Nie raz już w trakcie homilii głoszonej przez biskupa w czasie liturgii święceń słyszałem, jak kaznodzieja zwracał uwagę na fakt, że święcenia kapłańskie czy święcenia diakonatu przyjmuje się… na zawsze. Nie na jakiś określony czas… I nawet nie na całe życie… Święcenia przyjmuje się na całą wieczność. Na wieki wieków – amen.

Wiedzą to już nawet klerycy, którzy studiując poszczególne kanony Kodeksu Prawa Kanonicznego czytają, że nawet, gdy kapłan porzuca kapłaństwo, gdy zostaje zawieszony w swoich czynnościach lub – co gorsza – zostaje przeniesiony do stanu świeckiego, nadal jest kapłanem. Ani na chwilę nie przestaje nim być. Choć nie pełni już funkcji kapłańskich i nie nosi stroju duchownego, nic nie jest w stanie wymazać z jego duszy znamienia tego sakramentu.

Tak jest i tak będzie z kapłaństwem. O tym, jak będzie z małżeństwem mówi nam dzisiejsza Ewangelia. ,,Gdy powstaną z martwych – odpowiada Jezus na pytanie saduceuszów – nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie.”

Czy pytający zrozumieli tę Jezusową – przyznajmy: nieco enigmatyczną – odpowiedź? Tego nie wiem… Wydaje się jednak, że trzeba w tej Ewangelii wyakcentować to, czego tak często nie lubimy, a co ciągle nam gdzieś towarzyszy. Mam tu na myśli… samotność. Chyba wszyscy musimy się w jakimś sensie nauczyć być samymi. I to im szybciej, tym lepiej.

Ostatecznie chodzi o to, by w tej naszej – kapłańskiej i małżeńskiej – samotności (nawet, jeśli będzie ona naszym doświadczeniem dopiero po tamtej stronie życia) niepodzielnym sercem trwać zawsze w obecności Tego, Który jest Miłością. O tym, że nie jest to wcale takie proste, wiemy dobrze wszyscy. Tak czy inaczej: samotność naprawdę nie musi być ciężarem. Może być błogosławieństwem. Więcej, ponoć można ją nawet pokochać, choć przyznam, że ja jeszcze chyba do tego nie doszedłem. Na razie próbuję… A jak to jest u Ciebie z tą samotnością?

ZADANIE: Czy pamiętam o tym, że nawet, gdy wokół mnie nie ma innych osób, tak naprawdę nigdy nie jestem sam, bo zawsze przy mnie jest On?

Pierwsze zawsze jest pierwsze…

Mk 12, 13 – 17

Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli pochwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: «Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?» Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: «Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara, chcę zobaczyć». Przynieśli, a On ich zapytał: «Czyj jest ten obraz i napis?» Odpowiedzieli Mu: «Cezara». Wówczas Jezus rzekł do nich: «Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga». I byli pełni podziwu dla Niego.

Każdy z nas ma w swoim życiu jakiegoś Cezara. Oczywiście, nie myślimy tutaj o czymś złym czy grzesznym. Gdyby chodziło właśnie o to, Jezus nigdy nie powiedziałby: ,,Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara.” Przecież nic nie należy do demona i nic nie może być jego własnością.

Mamy innych Cezarów w naszym życiu. I to więcej niż myślimy. Dla jednych Cezarem będzie pragnienie wypoczynku i relaksu. Dla innych jakiś ulubiony sport czy serial w telewizji. Jeszcze ktoś inny za Cezara obierze sobie spotkania z przyjaciółmi, wyjście do kina czy zakupy z rodziną. Mamy całą plejadę takich Cezarów. I żaden z nich – trzeba sobie to jasno powiedzieć – nie jest sam w sobie groźny.

Problem zaczyna się wówczas, kiedy taki Cezar zagarnia to, co należy się Panu Bogu. Tak dzieje się dość często. Wiele jest sytuacji, kiedy jakiś Cezar zabiera nam czas, który powinniśmy przeznaczyć na spotkanie z Bogiem. Albo kiedy zabiera nam siły, bez których nie chce nam się pójść do kościoła czy chociaż uklęknąć do modlitwy. Cezar może nam odbierać różne rzeczy: naszą gorliwość, zapał, pomysłowość, inicjatywę, itp.

Dziś Jezus mówi o potrzebie sprawiedliwości (sprawiedliwie nie znaczy po równo). Do szczęścia i do normalnego funkcjonowania potrzebujemy przecież wielu różnych rzeczy. I choć Urszula Ledóchowska mawiała, że ,,biedny jest ten człowiek, któremu Jezus do szczęścia nie wystarcza”, my wiemy, że jako ludzie potrzebujemy do szczęścia np. odpoczynku, relaksu, sportu, towarzystwa, itp.

Przede wszystkim jednak – jako dzieci Boże – potrzebujemy Ojca. Potrzebujemy żywej relacji z Bogiem. Źle będzie, jeśli to, co najpotrzebniejsze, zejdzie w naszym życiu na dalszy plan i miejsce po tym zapełni coś, co prędzej czy później okaże się zwykłą wydmuszką. Pierwsze zawsze jest pierwsze i niezmiennie od czasów Mojżesza brzmi tak samo: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

ZADANIE: Pomyśl, który Cezar w Twoim życiu najbardziej daje Ci się we znaki i który najbardziej odciąga Cię od najważniejszej Miłości Twojego życia czyli od Jezusa. Spróbuj nazwać go po imieniu. Nazwać kogoś to znaczy wziąć go w posiadanie.

Naprawdę: Nie warto !!!

Mk 12,1-12

Jezus zaczął mówić w przypowieściach do arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych: «Pewien człowiek założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał tłocznię i zbudował wieżę. W końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas, posłał do rolników sługę, by odebrał od nich należną część plonów winnicy. Ci chwycili go, obili i odprawili z niczym. Wtedy posłał do nich drugiego sługę; lecz i tego zranili w głowę i znieważyli. Posłał jeszcze jednego, tego zabili. I posłał wielu innych, z których jednych obili, drugich pozabijali. Miał jeszcze jednego – umiłowanego syna. Posłał go do nich jako ostatniego, bo mówił sobie: „Uszanują mojego syna”. Lecz owi rolnicy mówili nawzajem do siebie: „To jest dziedzic. Chodźcie, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze”. I chwyciwszy, zabili go i wyrzucili z winnicy. Cóż uczyni właściciel winnicy? Przyjdzie i wytraci rolników, a winnicę odda innym. Nie czytaliście tych słów w Piśmie: „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił i jest cudem w naszych oczach”». I starali się Go ująć, lecz bali się tłumu. Zrozumieli bowiem, że przeciw nim powiedział tę przypowieść. Zostawili więc Go i odeszli.

Wkleiłem tu cały fragment dzisiejszej Ewangelii, ale tak naprawdę chciałbym zatrzymać się dziś tylko przy pierwszych dwóch zdaniach z przypowieści: ,,Pewien człowiek założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał tłocznię i zbudował wieżę.”

Możemy się tylko domyślać tego, ile trudu i wysiłku włożonego przez gospodarza kryje się w ewangelicznym stwierdzeniu: założył winnicę. Łatwo jest napisać takie słowa. Trudniej pewnie odpowiedzieć na pytania o to, ile trudu, wysiłku, pracy, pieniędzy i czasu wpompował właściciel w to, żeby winnica mogła normalnie wyglądać i funkcjonować. Taka inwestycja nie powstała przecież z godziny na godzinę ani z dnia na dzień. Wynik końcowy został na pewno okupiony wielkim wysiłkiem.


Jesteśmy podobni do tego gospodarza z Ewangelii. My też ciągle coś budujemy: budujemy i wciąż udoskonalamy naszą relację z Jezusem. U każdego z nas wygląda ona inaczej, ale każdy, kto w swoim życiu na serio traktuje Pana Boga, jakoś się o tę relację stara.

Tyle wysiłku wkładamy w to, by być blisko Boga. Tyle starań, tyle trudów. Tyle czasu poświęconego na modlitwę. Tyle walki o życie sakramentalne. Tyle wstydu, kiedy po raz kolejny trzeba stanąć przy kratkach konfesjonału. Tyle determinacji i tyle mocnych postanowień poprawy, kiedy człowiek uświadamia sobie swoją słabość i niewystarczalność. Tyle dobrych pragnień, tyle wzniosłych zamiarów.

Nie da się zmierzyć ani zważyć tego, co robimy, aby nasza relacja z Bogiem była jak najlepsza. Wielu z nas robi naprawdę bardzo wiele. Tym bardziej zastanawia i zasmuca fakt, że czasem tak łatwo te wszystkie nasze starania diabli biorą. Tak łatwo przychodzi nam nieraz zapominać o tym wszystkich, co robimy i z taką łatwością pakujemy się w szpony złego. Burzymy to, co sami zbudowaliśmy.

Wystarczy chwila nudy… Wystarczy chwila słabości… Jakaś jedna mała pokusa… Wystarczy jedna głupia myśl, nieprzemyślane słowo… Jakieś nieujarzmione pragnienie… Człowiek dla takich małych rzeczy jest w stanie poświęcić to, co często z takim wysiłkiem i mozołem budował. Dziwne to… To trochę tak, jakby nasz wysiłek nie miał dla nas żadnej wartości i znaczenia. A przecież tak nie jest…

W momentach kryzysu i słabości warto uświadamiać sobie to, co już do tej pory w relacji z Jezusem zbudowałem. Warto uświadamiać sobie, że dla kilku sekund czy minut przyjemności nie warto poświęcać przyjaźni z Jezusem. Po prostu nie warto!!! I w momencie pokusy o tym właśnie trzeba pamiętać. A może… Może nawet trzeba zapisać sobie nad łóżkiem, przy biurku, na lodówce, obok komputera: NIE WARTO!!!  Niech ten napis krzyczy. Niech woła. Niech budzi…

Z ewangelicznym gospodarzem łączy nas wiele, jest jednak coś, co nas różni. On oddał swoją winnicę w dzierżawę, a to znaczy, że kiedyś będzie mógł ją znów odzyskać, bo zwyczajnie – mimo różnych postaw najemców – ma do niej prawo. I ma prawo liczyć na to, że winnica znów trafi do niego zadbana i nie zniszczona.

W naszej sytuacji jest inaczej. My naszej zbudowanej z Jezusem relacji przyjaźni nie oddajemy złemu w dzierżawę. Owszem, na chwilę to on staje się zarządcą (aż do momentu naszej kolejnej spowiedzi), ale on oddaje nam już nie winnicę, lecz pobojowisko. Pole walki. Zły zawsze niszczy, rujnuje. Po takim doświadczeniu zwykle naszą relację z Jezusem musimy znów budować od początku. I głupi jest ten, kto wierzy, że konszachty z diabłem nie uczynią mu żadnej szkody.

Może gdybyśmy w chwilach pokus pamiętali o tym, że zadawanie się ze złem rujnuje naszą budowaną od dawna i nieraz z wysiłkiem relację z Jezusem, bylibyśmy wierniejsi naszej z Nim przyjaźni?

ZADANIE: Pomyśl, w jakich miejscach w Twoim domu i w jakim czasie Twojej codzienności najczęściej dopada Cię zły. Postaraj się wyciągnąć z tego wnioski i pomyśl, co zrobić, by w przyszłości nie wpadać w jego macki.