Przyjacielu, oto jestem…

Dziś rano wymsknąłem się z seminarium, by – jeszcze przed pierwszymi wspólnymi modlitwami – zwiedzić łódzką katedrę. Ku mojemu zaskoczeniu, już od wczesnych godzin rannych, w kaplicy był wystawiony Najświętszy Sakrament. Przez chwilę nawet pomyślałem, że Pan Jezus jest tam całą dobę, ale muszę to przypuszczenie jeszcze gdzieś potwierdzić.

Tak czy inaczej kaplica adoracji w katedrze jest. I to jaka. Piękna, skromna, koncentrująca wzrok na Tym, Który jest. I – co najważniejsze – nie jest pusta. Już od rana są tam ludzie, którzy adorują.


Szczęściarze… Tak, szczęściarzem trzeba nazwać kogoś, kto ma możliwość swój dzień zaczynać od adoracji. Czy można sobie wymarzyć lepszy początek dnia niż spotkanie z żywym Jezusem?

Jezus powiedział: ,,Bierzcie i jedzcie.” I tak robimy. W wielu z nas jednak jest pragnienie czegoś jeszcze. Bogu dzięki, że poza ,,bierzcie i jedzcie” tak wielu słyszy inne wezwanie: ,,klękajcie i adorujcie.”

To nic, że świat tego nie rozumie; że spędzone na adoracji godziny nazwie stratą czasu. Nie chodzi przecież o to, co myślą o nas inni. Chodzi o to, by jak najczęściej stawać przed Jezusem i mówić Mu: ,,Przyjacielu, oto jestem.”

 

Wszystko zależy od duszpasterzy…

Dwa dni temu, w tekście pt. Kolos się budzi pisałem o tym, że z leksza 😉 udało się nam, duszpasterzom, odwrócić to, co kiedyś czynił Pan Jezus. On błogosławił dzieci, a dorosłych katechizował. My dziś, w polskim (i nie tylko w polskim Kościele) robimy często coś odwrotnego: katechizujemy dzieci, a błogosławimy dorosłych.

Oczywiście, na szczęście w drugą stronę – choć w mniejszym zakresie – też to działa. Wspominałem m.in. o katechezach dla dorosłych z okazji chrztu dziecka czy o tzw. spotkaniach dla narzeczonych.

Dziś jednak troszkę z innej beczki.

Dużo w te wakacje jeździłem… Były takie tygodnie, w których każdego dnia sprawowałem Eucharystię w innym kościele. Miałem więc okazję nie tylko poznawać różnych księży (naprawdę bardzo różnych 🙂 ), ale też – co jest niezwykle cenne – przyglądać się różnym lokalnym zwyczajom.

W wielu kościołach np. spotkałem się z tym, że do Komunii św. – wszystko jedno czy udzielanej w postawie stojącej czy na klęczkach – podchodziły także dzieci, które jeszcze nie przystąpiły do Pierwszej Komunii. Zwykle kładły sobie paluszek na usta (na znak, że nie przyjmują Komunii) i nadstawiały czoło, by je pobłogosławić.

Ktoś powie: piękna praktyka. I ja się z tym zgodzę, ale mam jedno duże ,,ale.” Zawsze w takich sytuacjach mam niesamowity dyskomfort, bo przecież mój kciuk, którym robię znak krzyża na czole dziecka jeszcze chwilę wcześniej dotykał Ciała Chrystusa. Nie jest żadną tajemnicą, że na palcu znajdują się cząsteczki konsekrowanych komunikantów, które potem – o zgrozo!!! – lądują na czole dziecka.

Na pierwszy rzut oka wszyscy są zadowoleni. Księża się cieszą, że dzieci są w kościele, dzieci się cieszą, bo dostały krzyżyk, rodzice się cieszą, że dzieci się cieszy. Wszyscy się cieszą…

Ja – przyznam się szczerzę – w takich sytuacjach robię wszystko, co mogę, żeby jednak dziecka nie pobłogosławić. Nie dlatego, że nie chcę czy że nie lubię dzieci, ale z tego prostego powodu, że czas udzielania Komunii św. nie jest czasem na błogosławieństwo.

Drodzy rodzice i duszpasterze… To naprawdę nie jest ten czas. Jeśli rzeczywiście chcecie, by dzieci były błogosławione, wprowadźcie taki zwyczaj po Komunii św. a nie w jej trakcie.

W kilku parafiach, w których byłem (także w kilku pijarskich) tak właśnie jest. Ksiądz zanosi Pana Jezusa do tabernakulum, dokonuje puryfikacji (obmycia kielicha), a potem wychodzi przed ołtarz i po kolei – przy akompaniamencie organów – czyni znak krzyża tym maluchom, które do niego podchodzą. Oczywiście, że Msza św. trwa wtedy co najmniej kilka minut dłużej, ale przynajmniej mamy pewność, że żaden maluch nie biega nam po kościele z Panem Jezusem na czole.

Ktoś powie, że to szczegół, coś mało ważnego, drobnostka… Że się czepiam. Ja jednak uważam, że już od najmłodszych lat trzeba uczyć dzieci szacunku do tego, co w naszej wierze mamy najświętszego. A tym CZYMŚ jest właśnie Najświętszy Sakrament.

W tym temacie wszystko zależy od duszpasterzy. Jeśli jednak ksiądz woli ,,załatwić wszystko” za jednym razem (udzielić Komunii i pobłogosławić), to niech przynajmniej rodzice, którzy czytają tego bloga wiedzą, że są księża, którzy w takich sytuacjach czują ogromny dyskomfort.

Kolos się budzi…

Ewangelia wg św. Mateusza 19,13-15

Przynoszono do Jezusa dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się za nie; a uczniowie szorstko zabraniali im tego. Lecz Jezus rzekł: «Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie». Położył na nie ręce i poszedł stamtąd.

Zawsze jakoś mocno uderza mnie to, co Jezus zrobił z tymi dziećmi: położył na nie ręce czyli błogosławił. Tylko tyle… Nie pytał pacierza, nie dyktował formułek, nie katechizował. Tylko położył ręce…

My w polskim (i nie tylko w polskim) Kościele odwróciliśmy trochę to, co robił Jezus. Dzieci błogosławił, a nauczał (katechizował) dorosłych. My robimy dziś trochę odwrotnie: dzieci katechizujemy, a dorosłych błogosławimy.

Dużo jeszcze czasu upłynąć musi (bo kościelne młyny mielą powoli), aby w każdej parafii i w każdym kościele pojawiło się coś takiego jak katechezy dla dorosłych. I to nie tylko dla rodziców dzieci, które mają być niebawem ochrzczone czy dla młodych, którzy zamierzają się pobrać. Nie o takie katechezy chodzi, choć i tutaj warto pytać się o ich jakość.

Myślę jednak o czymś więcej… Potrzebna jest w naszych kościołach solidna katecheza dla wszystkich dorosłych. Cóż z tego, że katechizujemy dzieci, kiedy one po katechezie – w zetknięciu z niepraktykującym rodzicem – rozbijają się na pierwszej lepszej prawdzie wiary. Sam mam w pamięci to, jak matka mojego ucznia zrobiła mi w szkole awanturę tylko dlatego, że przed Pierwszą Komunią św. uczyłem dzieci ,,krzywdy cierpliwie znosić” i ,,urazy chętnie darować.” Matka owego ucznia uczyła go starotestamentalnej zasady ,,oko za oko, ząb za ząb.” A wszystko dlatego, że chłopak w przedszkolu był prześladowany przez rówieśników i matka uczyła go zasady zemsty.

Chyba dziś już nikt nie ma wątpliwości, że takie katechezy są potrzebne. Ba, że są niezbędne…

Co by nie mówić, przyznać trzeba, że kolos zwany polskim Kościołem powolutku w tym temacie się budzi i otwiera oczy. Oby tylko zdążył wstać i ruszyć do bardzo konkretnego działania zanim nasze społeczeństwo zaleje fala niedouczonych (pseudo)katolików.

Są jeszcze tacy, którzy pytają…

Na zegarze już kilka minut po dwudziestej trzeciej. Kolejny dzień już za chwilę przejdzie do historii, kolejna kartka z kalendarza wyląduje w koszu. A wraz z nią kolejna (nie ostatnia 🙂 ) część mojego urlopu.


W pociągu relacji Łódź – Kraków jadą już tylko najbardziej wytrwali. Dosłownie kilkanaście osób: jakaś matka z małym dzieckiem (dobrze, że nie płacze 🙂 ), para młodych, trzymających się ciągle za ręce zakochanych, grupka rozgadanych studentek, jakiś podchmielony starszy jegomość. Ot, cała załoga…
Wagony tak puste, że można tańczyć. Zupełnie inaczej niż za dnia, kiedy nawet na korytarzach ciasno i duszno. O tak później porze podróżują już tylko ci, którzy naprawdę muszą.

A wśród nich ja…

Wracam do Krakowa. Do swoich obowiązków i zadań. Ale przede wszystkim wracam do ludzi: do współbraci, znajomych, parafian, penitentów, itp. Chyba właśnie dlatego, że wracam ,,do ludzi”, a nie np. do zimnej i bezdusznej papierologii, te moje powroty z urlopów wcale mnie nie smucą. Przeciwnie, przynoszą dużo radości 🙂 i utwierdzają w przekonaniu, że człowiek – choć sam słaby i grzeszny – jest innym ludziom zwyczajnie potrzebny.

I Bogu dzięki, że są jeszcze tacy,
którzy pytają: Kiedy ojciec wraca?

 

Pozdrowienia z Koszalina…

Dziś odwiedzam Koszalin. I obowiązkowo trzy szczególne miejsca: kościół franciszkanów, Dom Miłosierdzia i katedra. Co je łączy?

Przede wszystkim to, że od rana do wieczora (a w Domu Miłosierdzia nawet dłużej) trwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Te trzy miejsca tworzą na mapie Koszalina wielki trójkąt, w środku którego znajduje się m.in. koszaliński magistrat 😉

Ona jest z nami w każdy czas…

Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Toruniu

Właśnie wróciłem z Torunia. Od lat kultywujemy razem z Rodzicami zwyczaj odwiedzania w wakacje różnych ciekawych miejsc w Polsce (i tylko w Polsce!!! Zanim zaczniemy chwalić cudze, chcemy najpierw poznać swoje – to bardzo dobra zasada 🙂 ). Tym razem padło na gród Kopernika. I nie żałujemy…


Przez cały czas pobytu w Toruniu mieszkaliśmy w cieniu redemptorystowskiego Sanktuarium, w którym szczególną cześć odbiera – obok św. Józefa – Matka Boża Nieustającej Pomocy. Odwiedzając tę piękną świątynię długo wpatrywałem się w ten Cudowny Wizerunek.

Od dawna uczestniczę w środowych nowennach do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Lubię to nabożeństwo, ale kiedyś miałem do niego stosunek zbyt magiczny. Jako mały chłopak myślałem, że wystarczy napisać swoją intencję, odczytać ją i czekać, aż Matka Bożą – niczym wróżka – spełni moją prośbę.

To prawda, w wielu sytuacjach Matka Boża (nie jak wróżka, ale właśnie jak Matka) działa sama, ale…

Ołtarz główny

Warto zadumać się nieco nad tytułem: Matka Boża Nieustającej Pomocy. Tytuł zwraca uwagę na fakt, że Maryja rzeczywiście pomaga, ale… nie robi niczego za nas. Ona pomaga i wspiera, ale absolutnie w niczym nas nie wyręcza. O ile w takich sprawach, jak powrót do zdrowia czy szczęśliwy przebieg operacji, proszący zbyt wiele zrobić nie mogą, o tyle są intencje i sprawy, w których wiele zależy od nas.

Nie wystarczy np. napisać na kartce prośbę o pracę. Trzeba jeszcze tej pracy szukać, bo Matka Boża pomaga, ale nie wyręcza. Nie wystarczy modlić się o pojednanie w rodzinie. To oczywiście bardzo ważne, ale trzeba do modlitwy dołączyć konkretny gest i np. wyciągnąć rękę do zgody. Nie wystarczy modlić się o szczęśliwe zdanie egzaminów. Trzeba jeszcze dać coś od siebie: usiąść, otworzyć książkę, zwyczajnie się pouczyć.

Bo Maryja jest Matką Nieustającej Pomocy, a nie Matką, która we wszystkim będzie wyręczać swoje leniwe dzieci. Ona pomoże i wesprze, ale inicjatywa leży po naszej stronie.

 

 

*****

Żegnamy się już z Toruniem.
Pora już wracać do domu.
Za wszystkie łaski, których
w tym czasie
doświadczyliśmy
i za ogrom ludzkiej życzliwości
niech Pan będzie uwielbiony.

To nie jest tak…


To nie jest tak, że jak ksiądz jedzie gdzieś z dziećmi czy młodzieżą, to tylko on jest tym, który coś podopiecznym daje i czegoś ich uczy. Kiedyś myślałem, że taka właśnie zasada obowiązuje i że tym dającym coś od siebie zawsze jest tylko ksiądz, opiekun, druh, wychowawca, itp. Że młodzi tylko biorą.

Już dawno tak nie myślę… A moje myślenie chyba najbardziej zmieniają właśnie obozy ze skautami. Będąc z nimi w lesie jako duszpasterz daję im rzeczywiście wiele: przede wszystkim daję im Pana Boga.

Codziennie sprawuję dla nich Eucharystię, głoszę słowo, w którym stawiam wymagania, podnoszę poprzeczkę, wskazuję właściwy kierunek myślenia i działania. Jednym słowem – wychowuję. Ale nie tylko to. Na obozie jestem też po to, by było im łatwiej. By mieli z kim porozmawiać, kiedy np. zaczyna doskwierać tęsknota za domem. Bo przecież to nic niezwykłego, że tęsknimy za tymi, których kochamy.

Mógłbym jeszcze wiele wymienić spośród tego, co daję tym chłopakom. Nie wiem jednak, czy w tym wszystkim to ja nie jestem tym bardziej obdarowanym.

Nie chodzi mi o to, że można dać lub otrzymać coś bardziej cennego od samego Jezusa obecnego w sakramentach. Chodzi mi bardziej o to, że i ja niesamowicie wiele uczę się od tych chłopaków. Mam tu na myśli to, czego byłem świadkiem rozmawiając z wieloma z nich i widząc ich troskę o pierwsze miejsce w sercu dla Boga, jak i to, czego mógłbym się uczyć od nich w takim zwyczajnym, praktycznym przeżywaniu obozu (np. kopanie latryny ;).

Za każdą chwilę spędzoną w lesie, za Kadrę i za każdego Uczestnika jestem wdzięczny Panu Bogu. I za to wszystko, czego na tym obozie doświadczyłem i czego mogłem się nauczyć.

Bogu niech będą dzięki…

Czuwaj !!!

Pozdrowienia z lasu…

Kolejny dzień naszego leśnego życia. Czas biegnie nam tu inaczej niż zwykle. M.in. z dala od wynalazków cywilizacji.

Patrzę na tych młodych harcerzy i widzę, że możliwe jest funkcjonowanie nie tylko bez przyrządzonych przez mamę obiadków (chłopcy gotują sobie sami), ale także bez dostępu do Internetu.

Za kilka dni dorzucę nieco zdjęć, byście zobaczyli, jak radzą sobie nasi skauci. Tymczasem teraz już się rozłączam, bo mój powerbank też ma swoje ograniczenia. Pozdrawiamy…