Z podwórka LSO…

Już po raz siedemdziesiąty spotykają się przedstawiciele polskich diecezji, zgromadzeń i zakonów odpowiedzialni za formację i prowadzenie osób należących w naszych placówkach do grona Liturgicznej Służby Ołtarza. Od kilku lat spotkania te odbywają się w Licheniu.


Jak łatwo się domyśleć, tematów poruszanych w naszym gronie nie brakuje. Każdy z nas – dzieląc się doświadczeniem swojej posługi – wnosi coś nowego do naszej wspólnoty.

Mnie osobiście bardzo cieszą takie spotkania. A ostatnio kilka razy do roku w takich lub podobnych uczestniczę. A to z racji pełnienia w seminarium posługi ojca duchownego, a to przez fakt bycia duszpasterzem powołań czy w końcu z racji bycia prowincjalnym moderatorem LSO.

To, co oprócz wymiany doświadczeń wydaje się bardzo cenne, to znajomości. W każdym z wymienionych wyżej spotkań udział bierze nawet do osiemdziesięciu kapłanów. Co w zestawieniu ogólnym daje całkiem pokaźną ilość nowych kontaktów i pozwala bezpiecznie podróżować po Polsce z założeniem, że gdyby potrzebny był nocleg, można śmiało zapukać do niejednej kurii czy seminarium.

Bogu dzięki za ten czas. Niech będzie bogaty w wymianę doświadczeń i zaowocuje jeszcze lepszą służbą pośród naszych ministrantów i lektorów.

 

Niech Was przygarnie Chrystus uwielbiony…

Piękną polską tradycją jest wypisywanie imion zmarłych na kartach wypominkowych. Taka tradycja jest w naszych domach. Taka tradycja jest też od lat w naszym pijarskim seminarium.

Wczoraj wieczorem usiadłem, by na spokojnie przypomnieć sobie twarze tych, których znałem, a którzy odeszli od nas w czasie minionych dwunastu miesięcy. Z roku na rok do i tak już długiej listy zmarłych dopisuję kolejne imiona i nazwiska.

W tym roku jakoś dłużej zatrzymałem się przy trzech osobach:

Pierwsza to mój chrzestny. Odszedł ponad rok temu, ale pamięć wciąż żywa. Druga – ks. Stanisław Smuniewski – salezjanin, który trzydzieści sześć lat temu poprzez chrzest włączył mnie do wspólnoty Kościoła. Trzecia osoba to ks. Roman Dąbrowski. Właśnie wczoraj – na kilka chwil przed pisaniem wypominków – dowiedziałem się o jego śmierci. I to zupełnie przypadkiem.

Wszedłem na stronę parafii, której nigdy dotąd nie odwiedzałem. Bezrefleksyjnie (sam nie wiem, po co) otworzyłem dział: ogłoszenia duszpasterskie. A tam informacja, że były proboszcz parafii ks. Roman Dąbrowski nie żyje.

śp. ks. Roman Dąbrowski

To takie niesamowite. Zbieg okoliczności?

Kiedyś przygotowywał mnie do Pierwszej Komunii św. i zaraz po Niej przyjął mnie do grona ministrantów. W 1994 roku wyjechał z naszej parafii i kontakt się urwał. Odnalazłem do dokładnie trzy miesiące temu. W międzyczasie odszedł od salezjanów i jako ksiądz diecezjalny rozpoczął posługę w archidiecezji gnieźnieńskiej. Przez ostatnie trzy miesiące wymieniliśmy kilka maili.

Ucieszył się, że go znalazłem i chyba jeszcze bardziej wtedy, gdy powiedziałem, że trochę też dzięki niemu dziś sam jestem księdzem. Wyraźnie się wzruszył. Zaprosił do siebie, zaproponował mi poprowadzenie rekolekcji dla parafian i wakacyjne zastępstwo w parafii koło Lichenia, gdzie posługiwał.

***

Pisząc te słowa, jestem wdzięczny Panu Bogu za to, że przed śmiercią tych Kapłanów zdążyłem im podziękować:

ks. Stanisławowi osobiście za sakrament chrztu św. Ostatnie lata swojego życia spędził w Słupsku nieświadomy, że ten młody ksiądz, którego czasem w wakacje spowiadał właśnie dzięki niemu stał się dzieckiem Bożym,
ks. Romanowi mailowo za Pierwszą Komunię św.  i włączenie do grona ministrantów.

To takie niezwykłe, że po wielu latach braku kontaktu (salezjanie przestali pracować w mojej rodzinnej parafii w 1997 r.), Pan Bóg – na kilka miesięcy przed Ich odejściem – znów skrzyżował nasze drogi. Chyba tylko po to, bym każdemu z Nich powiedział to, co powiedziałem:
,,Dziękuję za wszystko i modlitwę obiecuję.”

Wieczny odpoczynek racz Im dać, Panie…

Zjeżył mi się włos na głowie…

Zjeżył mi się trochę włos na głowie, gdy się dowiedziałem, że po raz kolejny ma odbywać się w szkołach tzw. tęczowy piątek. Jeżyk był jeszcze większy, kiedy usłyszałem, że nawet podstawówki mają brać udział w tym projekcie. Od razu na takich lekcjach wyobraziłem sobie mojego sześcioletniego siostrzeńca.


Nie, nie i jeszcze raz nie… Osobiście mówię NIE takiej tolerancji. Dlaczego? Z jednego powodu – w Ewangelii ani razu nie znajdziemy słowa ,,tolerancja.” Co zamiast tego słowa znajdujemy w Ewangelii? Znajdujemy tam słowo: ,,miłość.”

Mamy kochać innych, a nie tolerować i wzywać do tolerowania zła i grzechu. I właśnie dlatego, że staram się kochać innych, nie godzę się na reklamę pewnych zjawisk. A wczorajsze zajęcia w szkołach po to właśnie były, by złu zrobić reklamę, nasiać zamętu i wątpliwości w głowach młodych.

Jako ksiądz (a w kilku przypadkach też jako przyjaciel) z bliska towarzyszę kilku chłopakom, którzy odkrywają bądź już odkryli w sobie skłonności homoseksualne.

Wierzcie mi, ,,gay” nie zawsze znaczy szczęśliwy. I chociaż są tacy jak Biedroń czy Rabiej, którzy swoimi skłonnościami zwyczajnie się chwalą (są wolni, więc mogą), to jednak nie wolno pomijać faktu, że całkiem spora grupa osób o takich skłonnościach przeżywa z ich powodu prawdziwą katorgę. Gay bardzo często znaczy nieszczęśliwy.

Dlatego nie zgadzam się na jakąkolwiek homopropagandę. Nawet pod piękną przykrywką wzywania do tolerancji. Nie od dziś wiadomo, że kudłaty zawsze kusi nas pod przykrywką jakiegoś dobra. Nie ma na to mojej zgody. Nie zgadzam się na homopropagandę w szkołach. Nie zgadzam się nie dlatego, że odmawiam komuś prawa do szacunku (staram się szanować wszystkich, choć niektórych trudno), ale dlatego, że nie chcę, aby za kilka czy kilkanaście lat kolejni młodzi ludzie płakali mi w konfesjonale, przeżywali swoje dramaty i walczyli z myślami samobójczymi. To, co teraz napisałem, nie jest wyssane z palca, ale z życia wzięte.

Nie od dziś wiadomo, że gadanie o takich rzeczach wzbudza zainteresowanie. A ciekawość to pierwszy stropień do piekła. Mówmy więc o potrzebie okazywania szacunku innym (nie tylko tym, co mają inną orientację, ale też inny kolor skóry, język, sprawność umysłową czy ruchową, itp.), ale nie pozwólmy, by powszechne skądinąd słowo ,,tolerancja” kojarzyło się tylko z tęczowymi flagami.

Dom bez komina…

Henryk Sienkiewicz mówił kiedyś, że ,,dom bez książek jest ciemniejszy niż dom bez lampy.” Ktoś inny porównał dom bez książek do domu pozbawionego komina.

Można pewnie jeszcze wielu innych porównań w temacie książek używać, ale ich wspólny mianownik zawsze będzie taki sam: książka to największy przyjaciel człowieka. O tych ,,przyjaciołach”, z którymi niedawno się zetknąłem i o tych, po które warto sięgnąć, napiszę niebawem.