Temat od Ducha Świętego…

Ucieszyłem się, gdy dostałem zaproszenie do poprowadzenia rekolekcji dla młodzieży z naszego pijarskiego gimnazjum i liceum w Poznaniu. Te szkoły znałem dotąd tylko od kuluarów, nigdy nie byłem tu na żadnej katechezie (nawet powołaniowej ;)), nigdy nie brałem tu udziału w pijarskich akcjach typu KAP (Kurs Animatora Pijarskiego) czy w pijarskim Sylwestrze.

Od wczoraj głoszę… Chwilę tylko zastanawiałem się nad tym, o czym mówić do młodych. Oni przecież tak wiele wiedzą. Propozycji miałem w głowie sporo, ale wybrałem tę, która wydała mi się najbardziej właściwa – całe rekolekcje mówię o modlitwie.

Jeśli nie mamy w życiu doświadczenia modlitwy to trudno mówić o innych sprawach: o charyzmatach, o wierze, o spowiedzi, o innych sakramentach, o Duchu Świętym (teraz mamy przecież Rok Ducha Świętego). Jeśli nie mamy właściwej relacji z Bogiem i w naszym codziennym życiu nie pielęgnujemy modlitwy, trudno mówić nawet o dobrych relacjach z innymi ludźmi; o relacjach w domu, relacjach z przyjaciółmi, relacjach z samym sobą.

Mówię więc o modlitwie. Mówię i czuję, że to sam Duch Święty chciał tego tematu. Już teraz wiem, że to strzał w dziesiątkę. Modlitwa – choć to sprawa fundamentalna – jest dla wielu często prawdziwą drogą przez mękę. Mówię więc o tym, co zrobić, by modlitwa smakowała. By nie była ciężarem nie do uniesienia, krzyżem ponad siły.

Jeśli dzięki tym naukom chociaż jedna osoba rozsmakuje się w modlitwie będzie to znaczyło, że do Poznania warto było przyjechać i warto było te rekolekcje poprowadzić.

Wciąż proszę o modlitwę…

 

Sentymentalnie…

Wczoraj wieczorem przyjechałem do Poznania. Przez całe lata miasto to było mi totalnie obojętne, a samo słowo ,,Poznań” nie budziło we mnie zupełnie żadnych emocji.


Od kilku lat jednak – a dokładniej od 26 maja 2012 r. – Poznań kojarzy mi się zupełnie inaczej. Od tego dnia – a jest to data moich święceń kapłańskich, które przyjąłem właśnie w Poznaniu – miasto to zajmuje w moim sercu i w moim CV szczególne miejsce.

Od sześciu lat wracam tu z wielkim sentymentem. Nie inaczej było wczoraj. Tym bardziej, że obecny mój pobyt w Poznaniu nie jest chwilowy. Przyjechałem tu na prawie tydzień, odpowiadając na zaproszenie poznańskich pijarów, by prowadzić rekolekcje wielkopostne. Dziś mówiłem do nauczycieli, od jutra zaczynam głosić Pana naszym gimnazjalistom i licealistom.

Proszę Was o modlitwę za tych, którzy mnie tu słuchają. Niech Duch Święty sam to wszystko prowadzi…

Konferencje najwyższych lotów…

Dziś kończy się w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie moja przedostatnia sesja. Długo by opisywać to, jak wyglądają u salwatorianów nasze dni formacji. Kiedyś poświęcę temu jakiś dłuższy wpis. Dziś tylko powiem, że przez dwa dni mieliśmy okazję wsłuchiwać się w wykłady o. Józefa Augustyna SJ.

Każdy, kto kiedyś miał okazję gdzieś już go słyszeć wie, że jego konferencje to najwyższe loty. Niezwykle ważne prawdy przeplatają się w nich z ogromną ilością przykładów z życia wziętych. I chyba właśnie dlatego o. Józef cieszy się takim zainteresowaniem. I to nie tylko wśród duchownych.

Ksiądz z Ukrainy wyznał wczoraj, że o. Józef jest najczęściej tłumaczonym na język ukraiński polskim autorem książek z duchowości. Wcale się nie dziwię… Ukraińcy też mają prawo do mądrych treści. Na polskim rynku pozycji jego autorstwa jest bardzo wiele. Oby tylko chciało się nam to czytać. 

 

 

 

Piątek nie trzynastego…

Najpierw czekaliśmy, bo kierowca wezwał policję do agresywnego dziadka, który laską okładał drzwi autobusu za to tylko, że prowadzący nie chciał zatrzymać się w miejscu dla niego dogodnym. Potem jakiś pijany bezdomny zwyzywał mnie na przystanku pełnym ludzi tylko dlatego, że nie dałem mu ,,na bułkę.” A na koniec jacyś młodociani chuligani pryskali przy Bramie Floriańskiej ludziom dezodorantem po oczach i Opatrzność chciała, że akurat przechodziłem obok. Jakaś łzawiąca niewiasta poprosiła o pomoc, więc – pierwszy raz w życiu – zadzwoniłem na 997. A wszystko to w czasie zaledwie trzygodzinnej wizyty w centrum Krakowa. Czy ktoś miał dzisiaj po południu więcej atrakcji?

Najpierw szanujmy się sami…

Religia w szkołach się nie sprawdziła – oznajmił w TVN-ie nowy prezydent Warszawy. W Słupsku większość dyrektorów szkół chce zmniejszenia godzin lekcji religii. Aby tak się stało, potrzebna jest decyzja ordynariusza biskupa Dajczaka, która jeszcze nie zapadła.

To tylko dwa przykłady tego, że temat katechezy w szkołach od jakiegoś czasu wraca jak bumerang. I niestety wracać będzie. Bo tu chodzi przede wszystkim o pieniądze. O pieniądze, ale nie tylko o nie. Chodzi też o pewien poziom katechezy, który – ciężko to pisać zakonnikowi ślubującemu troskę o wychowanie dzieci i młodzieży – w wielu przypadkach jest żenująco niski. I to nie przez nowego prezydenta stolicy ani nie przez dyrektorów szkół, ale właśnie przez… katechetów.

Pewien ksiądz pytał mnie niedawno, co bym zrobił, gdyby z powodu niskiego poziomu katechezy rodzic pytał mnie o zgodę na wypisanie dziecka z religii.
Porozmawiałbym z katechetę. A jeśli to nie dałoby efektu, zawiadomiłbym Kurię – odpowiedziałem. W końcu każdy katecheta bierze za swoją pracę pieniądze.
Jeśli nie spełnia swoich obowiązków to zwyczajnie okrada nasze państwo.

Obok zamieszczam znaleziony w Internecie przykład sprawdzianu z trzeciej klasy LO. Mam nadzieję, że to, co tam widać to tylko face news. Że to tylko jakaś głupia prowokacja, mająca w złym świetle postawić nauczanie religii. Z drugiej jednak strony wiem, że nie brakuje takich katechetów, którzy na lekcjach robią wszystko, tylko nie to, co powinni.

Tak sobie myślę: jeśli w szkole mojego dziecka katecheta w taki sposób podchodziłby do katechizowania, byłbym pierwszym rodzicem, który wypisałby dziecko z lekcji religii.

Bo jak się księża czy katecheci świeccy sami nie szanują, to dlaczego inni mają ich szanować? A autorowi powyższego sprawdzianu – jeśli to autentyk – należy się co najmniej rozmowa dyscyplinująca.