Spotkanie z bohaterem…

Nadszedł moment, by pożegnać Warszawę. Przynajmniej na jakiś czas… Zanim jednak ze stolicy się wyloguję, jeszcze jedno ważne spotkanie. Spotkanie z Michałem.


Znamy się już prawie dziesięć lat. Poznaliśmy się, gdy byłem jego wychowawcą na letnim obozie pod Kielcami. Później nasze drogi się rozeszły, ale pewne trudne losowe sytuacje sprawiły, że znajomość nie tylko odżyła, ale nawet zacieśnia się coraz bardziej.

Dla mnie Michał jest bohaterem. Może kiedyś – jeśli pozwoli – napiszę o nim coś więcej. A póki co, pozdrawiamy Was z tarasów Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

Pozdrowienia ze stolicy…

Wiem, że niektórzy czytając to, będą pukać się w głowę. No cóż… Tak czy inaczej chcę napisać to, o czym nieliczni wiedzą już od dawna: Uwielbiam spędzać urlop w Warszawie 😉 

Niewielu to rozumie – pół żartem, pół serio już to tłumaczę: Warszawa to zwariowane miasto, tutaj każdy biegnie, każdy się spieszy. A ja – spacerując spokojnie – nigdzie nie wypoczywam tak bardzo, jak pośród ludzi, którzy ciągle gdzieś gonią. Wypoczywam, mając komfort, że ja spieszyć się nigdzie nie muszę. Poza tym to miasto ma swój urok… Tego nie da się wytłumaczyć. To trzeba poczuć.

Dziś już drugi dzień, jak tu jestem. Gościnne Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia dbają o to, by niczego mi nie zabrakło. No i nie brakuje. Czas ucieka mi na zwiedzaniu miasta i na spotkaniach z różnymi ludźmi.
Dziś na przykład zjechałem prawie całą Warszawę wzdłuż i wszerz. Bilet całodzienny pozwala na różne komunikacyjne konfiguracje: metro – autobusy – tramwaje i odwrotnie. Komunikacja w Warszawce jest naprawdę OK. Byłem m.in. w jednym z najpiękniejszych warszawskich kościołów – u św. Władysława z Gielniowa na Kabatach (to tam, gdzie metro się kończy i zawraca).

Wprawdzie z ks. Kamilem nie napiłem się kawy (dziś pierwszy piątek, więc spowiadał), ale nacieszyłem oko długimi kolejkami przed konfesjonałami. Okazuje się, że warszawiacy też się spowiadają 😉 

To był piękny dzień. Jutro do południa kolejne dwa ważne spotkania i wyjazd. 


 

Nie przepraszajcie nas za to, że nas potrzebujecie…

Wczoraj zacząłem słuchać na fb nagrań Michała, ale po kilku minutach jakoś mdło mi się zrobiło i wyłączyłem. Nie ma to jak popełnić życiowy błąd, dorobić do niego płytką teologię, a na koniec jeszcze wmawiać sobie i innym, że ,,Jezus tak chciał.”

Dziś jednak nie o Misiaku chcę pisać, choć w kontekście tego, co zrobił. Dość uważnie przeczytałem ostatnie komentarze na jego profilu. Większość to komentarze pełne bólu, smutku, niedowierzania i niezrozumienia. Ani trochę nie dziwię się, że ludzie tego nie rozumieją. Do mnie też nie dociera to, co się stało. Mam wrażenie, że to tylko jakiś głupi żart i że za chwilę wszystko znów będzie jak dawniej.

Na jeden komentarz szczególnie zwróciłem uwagę. Ktoś po obejrzeniu nagrania napisał: ,,Nie wiedziałam… Przepraszam, że zamęczałam swoimi problemami.”

Przeczytałem to i jakoś dziwnie mi się na sercu zrobiło.

Zaraz, zaraz…


Czy ksiądz nie jest po to właśnie, żeby ludzie mieli do kogo przyjść ze swoimi problemami? Czy nie po to – jak mawiał Jan Paweł II – ksiądz jest samotny, żeby inni ludzie samotni nie byli?

Nigdy nie wolno bać się przychodzić do kapłana ze swoimi trudnościami. Nigdy nie wolno z obawy przed tym, że ksiądz sam przeżywa coś trudnego, bać się poprosić go o wysłuchanie, o radę, o dobre słowo, o spowiedź czy błogosławieństwo. Ksiądz po to właśnie jest. To jest jego zadanie i jego misja, która wypływa z jego powołania.

Nie przepraszajcie nas za to, że nas potrzebujecie…

Nie jest winą ludzi to, że ksiądz odchodzi. To przecież zawsze przede wszystkim jego własna decyzja. Jeśli świeccy bardzo chcą się o coś w takich sytuacjach obwiniać, to może tylko o to, że księdza zbyt często traktowali jak kościelnego funkcjonariusza i urzędnika, a tak rzadko jak zwykłego człowieka. Jak kogoś, kto ma swoje zainteresowania i pasje. Jak kogoś, kto czasem zdejmuje sutannę i ma ochotę iść w góry albo na kręgle. Ma ochotę, ale może nie ma z kim.

Osobiście bardzo cenię sobie te momenty, kiedy po duchowej rozmowie z kimś, kogo już jakiś czas prowadzę, słyszę pytanie: A co dobrego u ojca?

I nawet, jeśli nie mogę lub nie chcę ujawnić przed daną osobę tego, co mi w duszy gra, świadomość, że ktoś o to zapytał bardzo mnie cieszy. Bo dostrzegam to, że ten ktoś pod pijarskim habitem widzi normalnego człowieka, który też ma swoje radości i smutki. Który też czasem potrzebuje z kimś zwyczajnie pogadać.

Niekoniecznie nawet o Panu Bogu…

O nieczystości słów kilka…

Kilka dni temu dostałem bardzo przejmującego maila. Ktoś pisał – mam wrażenie, że chyba przez łzy – o swoim poranionym życiu. Większość tekstu nadawca poświęcił użalaniu się nad swoją seksualnością. Nad darem, który tak naprawdę dla niego stał się krzyżem.


Pomyślałem, że może warto dotknąć tego tematu nie tylko w korespondencji ze wspomnianą osobą, ale także tutaj, na blogu. Nie jest przecież jakąś wielką tajemnicą, że tak bardzo zseksualizowana rzeczywistość, w jakiej żyjemy, poruszamy się i jesteśmy musi się jakoś przekładać na nasze funkcjonowanie. Jedni radzą sobie z tym całkiem nieźle, innym kwestie związane z pornografią czy masturbacją już dawno wymsknęły się spod kontroli.

To właśnie z myślą o tych drugich tworzę kolejną kategorię w panelu bocznym tego bloga. I już jutro pojawi się tu pierwszy tekst o czystości.

Prawdziwy obraz Kościoła…

Od niedzielnego wieczoru leżę. Dopadło mnie jakieś dziwne przeziębienie, które nie pozwala mi na normalne funkcjonowanie. Przynajmniej na razie.

 
Mam sporo czasu: na modlitwę, na poczytanie zaległych książek, na przygotowanie zbliżających się dni skupienia. Miałem też czas na obejrzenie ,,Tylko nie mów nikomu”. I to aż dwa razy. 

Nie będę tego filmu komentował.

Ja powiem tylko tyle: Judasze byli zawsze. Ja dziś kocham mój Kościół jeszcze bardziej niż przed obejrzeniem tego materiału. Kocham mój Kościół za to, że mimo, iż przez całe dekady nosił na swoim łonie wielu zwyrodniałych przestępców, wciąż trwa i wciąż pełni swoją – nadaną przez Jezusa – misję. Kocham mój Kościół, tak jak kocha się matkę; nawet wtedy, kiedy któreś z jej dzieci uczyni coś złego. Kocham mój Kościół.

Nie rozumiem, nie usprawiedliwiam i nie rozgrzeszam przestępców. Ale na pewno też nie pozwolę, by to, co zrobili i to, jak się ich dzisiaj ocenia, wykrzywiło mi prawdziwy obraz Chrystusowego Kościoła.

 

Ostatnie pożegnanie…

Wczoraj pożegnaliśmy panią Feliksę. Miała 97 lat. Od wielu lat przykuta do łóżka. W każdy pierwszy piątek miesiąca przyjmowała Pana Jezusa w Komunii św., a przez fakt, że mieszkała blisko naszego Seminarium, mogła przyjmować Komunię także w każdą niedzielę.

Przez ostatnie miesiące moje wizyty u niej zawsze kończyły się tak samo:
Proszę ojca (zawsze zawstydzały mnie te słowa wypowiadane przez blisko stuletnią staruszkę) chciałabym już odejść.

Żartowałem sobie wtedy i mówiłem:
Czyżby już Pani omodliła wszystkich potrzebujących?

Uśmiechała się wtedy i mówiła:
No jeszcze chyba nie.

Przekonywałem, że skoro Pan Bóg daje jej tak długie życie, to znaczy, że ma ona coś na ziemi jeszcze do zrobienia. Przyjmowała to, ale i tak kiedyś powiedziała, że MARZY O TYM, żeby już odejść.

Jej marzenie się spełniło. W niedzielę 28 kwietnia odwiedziłem ją po raz ostatni. Była to Niedziela Miłosierdzia: spowiedź, Komunia św. i odpust, o którym Pan Jezus mówił s. Faustynie.

Odeszła do wieczności dwa dni później – w święto św. Wojciecha, męczennika. Pogrzeb był wczoraj – w uroczystość św. Stanisława. Wielcy polscy święci wprowadzili p. Feliksę do nieba.

Można, oczywiście, w tych datach widzieć zwykły zbieg okoliczności. Ale ja patrzę na tę śmierć oczyma wiary. Czy potrzebny był jakiś lepszy scenariusz na zakończenie tak długiego i przepełnionego modlitwą życia? Nie mam wątpliwości, że tam, gdzie teraz jest, ogląda Pana Jezusa twarzą w twarz.

W końcu Feliksa (z łac.) znaczy szczęśliwa.