Wasze pytania i wątpliwości…


W jednym z komentarzy do poprzedniego wpisu Kaja poruszyła pewien problem:

Pisze Ksiądz, że Bóg dopuszcza zło, by sprawdzić naszą wierność. Niby tak, ale co
z tymi, którzy nie wytrzymują próby? W ten czy inny sposób odchodzą od Pana?

                                                                                                                                      
Droga Kaju,

Im dłużej zastanawiam się nad Twoim pytaniem, bym bardziej utwierdzam się w przekonaniu            (i mówię to z całą pewnością, biorąc za to całkowitą odpowiedzialność), że BÓG JEST BOGIEM   NIEKOŃCZĄCYCH   SIĘ   SZANS.

 U Pana Boga NIGDY żaden człowiek nie jest przegrany. Bóg NIGDY człowieka nie przekreśla, nie sadza go na ławce rezerwowych, mówiąc: Zawiodłeś Mnie, teraz sobie posiedź.

Bóg nieustannie każe nam zaczynać od nowa. Halo!!!  To jest właśnie ta Dobra Nowina. Bóg nigdy nie znudzi się dawaniem nam kolejnej szansy. Nigdy nie znudzi się obdarowywaniem nas swoim Miłosierdziem. To człowiek okazując bliźniemu pomóc może się znudzić, zniechęcić, zawieść. Bóg nigdy!!!

Słusznie zauważasz, że człowiek czasem nie wytrzymuje próby. Czasem odchodzi od Boga, bo myśli, że Bóg ma twarz rozwścieczonego ojca, który krzyczy i każe swoje nieposłuszne dziecko. Ale to nie tak. Bóg to Miłość.

Wyobraź sobie taką sytuację: Matka idzie ze swoim kilkuletnim synkiem przez park. W pewnym momencie chłopiec zaczyna biec i nie reagując na wołanie matki, przewraca się na chodniku. Na dłoniach pojawia się krew, na policzkach łzy. Płacz…

Co w takiej sytuacji zrobi dobra, kochająca i panująca nad swoimi emocjami matka?

Czy będzie wrzeszczała na wystraszonego chłopca, nazywając go niegrzecznym gówniarzem? Czy da mu siarczystego klapsa, by miał nauczkę i na przyszłość szedł grzecznie i nie biegał?  Oczywiście, że nie… Kochająca matka zatrzyma się, przykucnie, przytuli chłopca mocno do siebie i nie da się ponieść emocjom. Oczyści zakrwawione ręce, pogłaszcze po głowie.

Bóg wobec nas zachowuje się tak, jak kochająca matka. Przytula, oczyszcza i do znudzenia przypomina nam: Nie martw się, będzie lepiej. Musisz tylko mocno chcieć.

Taki jest Bóg. I w takiego właśnie Boga wierzę. Wierzę w Boga niekończących się szans.

Mieć szacunek dla dynamiki Bożego działania…

 
Szczęść Boże

Na stronie Pogotowie Duchowe.pl znalazłem linka do Ojca bloga, a tam natrafiłem na adres mailowy. Nie mam na tyle śmiałości, by z moim pytaniem dzwonić, ale widzę, że odpowiada Ojciec też na maile, więc piszę z moim problemem.

Od kilku dobrych lat mam problemy z nieczystością. Obecnie jestem na 2 roku studiów, a problemy te zaczęły się jeszcze w gimnazjum. (…) Zupełnie sobie z tym nie radzę. Zawsze, gdy upadnę, mam potworne wyrzuty sumienia i czuję jak coś (albo Ktoś) wręcz ciągnie mnie do konfesjonału. Ale kiedy po spowiedzi wracam znów do domu, znów zaczyna się walka. Od wielu miesięcy walczę. Modlę się, proszę Boga o pomoc i … cisza. Pan Bóg nie reaguje. Nie odpowiada… Nie pomaga…  Co mam o tym myśleć? Jak sobie z tym radzić? Jak długo jeszcze Bóg będzie wystawiać mnie na próbę? Powiem Ojcu, że powoli tracę ochotę do walki. Będę wdzięczny za odpowiedź (…)  Rafał

Witaj Rafale, szczęść Boże,

powoli śledzę to, co napisałeś i wczytuję się w Twoje pytania. To takie Twoje swoiste SOS. Widzisz, doświadczenie, przez które przechodzisz jest swego rodzaju sprawdzianem dla Ciebie. Możesz z tego egzaminu wyjść obronną ręką, ale możesz się w tym bagnie po prostu utopić. Dopóki jednak walczysz – jesteś zwycięzcą. Przegrasz, gdy przestaniesz walczyć. Wtedy smak porażki sprawi, że sam przed sobą wyjdziesz na pokonanego.

Nie chcesz tego, więc próbujesz się podnosić i szukasz pomocy. I o to właśnie chodzi, by szukać, pytać, nie chodzić na oślep.
Jedna rzecz na początek wydaje się szczególnie istotna – nie dramatyzować. Doświadczenie, o którym piszesz jest na pewno bardzo trudne, ale przecież nic w naszym życiu nie dzieje się bez wiedzy i przyzwolenia Pana Boga. On to dopuszcza, pozwala na to, by sprawdzić, na ile potrafisz walczyć i Jemu zaufać. A potrafisz… Sam o tym piszesz.

A teraz Twoje pytania. Wspominasz, że modlisz się, prosisz o pomoc a Bóg nie reaguje. Czy oby na pewno? Chwilę wcześniej napisałeś przecież, że coś lub Ktoś po tych grzechach ciągnie Cię do konfesjonału. A więc może nie jest to jakaś tajemnicza siła, ale właśnie Boża Miłość? Staraj się ją, Rafale, dostrzegać na co dzień. Staraj się widzieć w tym wszystkim Pana Boga, bo nigdy – uwierz mi – nie jest tak, byśmy byli zmuszeni do walki samemu. Bóg walczy zawsze po naszej stronie. Nigdy nie walczymy w pojedynkę. Im bardziej to sobie uświadomisz, tym lepiej i mądrzej będziesz przeżywał te swoje trudne doświadczenia.

Nad kolejnymi Twoimi pytaniami również nie wolno przejść obojętnie. Co o tym myśleć? Jak sobie z tym radzić? Przede wszystkim warto uświadomić sobie swoją kruchość, małość i słabość. Trzeba z pokorą patrzeć na te swoje słabości. Bo Bóg – jak zapewne wiesz z Biblii – pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. Jeśli będziesz pokornie prosił o Bożą pomoc, otrzymasz ją. Ale …

Proszę Cię o jedno. Uszanuj dynamikę działania Pana Boga. My często byśmy chcieli, żeby Bóg wysłuchiwał natychmiast wszystkich naszych modlitw. Od razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tu i teraz…
A tymczasem dynamika Bożego działania jest inna. To Pan Bóg daje czas i miejsce. To Pan Bóg daje sposób, w jaki dobiera się do naszego serca. On działa wtedy, kiedy chce. My możemy co najwyżej być gotowi (lub nie) na to Jego działanie, możemy być dyspozycyjni, ale nigdy nie możemy Bogu niczego narzucać.

Co w takiej sytuacji zrobić? Nie poddawać się, nie zniechęcać, walczyć, modlić się o czyste serce i o pragnienie zerwania z grzechem. Czyli robić to, co możemy robić, resztę zostawiając Bogu. To nic, że szatan będzie podpowiadał, że nie warto, że to nie grzech, że dzisiaj wszyscy tak robią.
Nie wierz mu. Twoim przeznaczeniem jest wyjście z domu niewoli, z niewoli Twojej słabości, która Cię ogranicza i zabiera radość i pokój serca. Im bardziej zły zniechęca Cię do walki, tym bardziej szukaj oparcia w Jezusie. Opowiadaj Mu o swoim życiu, o swoich doświadczeniach.

I pamiętaj, że Pan Bóg doświadcza tych, których kocha. Ale jednocześnie jest jak matka, która najbliżej siebie chce mieć to swoje dziecko, które jest najbardziej chore i poranione. Można śmiało powiedzieć, że dzięki tym swoim doświadczeniom zajmujesz w sercu Pana Boga miejsce uprzywilejowane. Ale niech nie stanie się to dla Ciebie powodem do spoczęcia na laurach, lecz niech będzie motywacją do działania i do dalszej walki.

Szczera, ufna modlitwa, rozważanie Słowa, częsta spowiedź i Eucharystia dodadzą Ci siły. Sam zobaczysz, jak wielkie rzeczy dziać się będą w Twoim życiu. Tylko staraj się tam zawsze widzieć Jego. I pozwól Mu działać. Zapewniam o mojej modlitwie i powierzam Cię św. Józefowi Kalasancjuszowi i Matce Bożej. Z pamięcią o. Piotr SchP

Wrócę do mego Ojca i powiem: Ojcze, zgrzeszyłem – czyli o powrotach marnotrawnych synów i córek.

Przez ostatnie kilkanaście dni, kiedy z różnych powodów nie korzystałem z Internetu, na moją skrzynkę mailową i na bloga trafiło kilka pytań od Czytelników. Sukcesywnie zaczynam dziś na nie odpowiadać, a odpowiedzi – zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią i za wiedzą pytających – zamieszczać tutaj. Oto pierwsze z takich pytań:

Jak przygotować się do spowiedzi? Jak ogarnąć 15 lat życia bez Boga? Co zrobić żeby z odwagą podejść do konfesjonału?

***

Bardzo dziękuję Ci za to pytanie. Mam świadomość tego, że nie jesteś jedyną osobą, która próbuje znaleźć odpowiedź za swoje wątpliwości w tej właśnie materii. A zatem, spróbujmy się zmierzyć z Twoimi wątpliwościami.

Po pierwsze – na pewno warto zacząć od wielkiego dziękczynienia Panu Bogu. Za co? Za to, że Twoje serce – po 15 latach omijania konfesjonału – jeszcze nie stało się twarde jak skała i zimne jak lód. Za to, że nie skostniało, a Twoje sumienie jeszcze coś Ci wyrzuca i za czymś tęskni. To jest wielki powód do dziękowania Bogu i do – choć może zabrzmi to dziwnie – do radości. Chcesz coś zmienić. Szukasz, pytasz, tęsknisz… Czy to nie jest ta sama droga, którą przeszło wielu dzisiejszych świętych? A zatem nie przestawaj dziękować Bogu za tę tęsknotę, którą masz w sercu. Za tęsknotę za Nim…

Ty chcesz… Pierwszy i najważniejszy krok masz już za sobą. Twoje CHCENIE. Teraz trzeba sobie uświadomić coś jeszcze bardziej pięknego –  JEZUS TEŻ CHCE. ON TĘSKNI I CZEKA. Czeka na Ciebie. Czeka aż przyjdziesz. Wyciąga rękę, zaprasza, wypatruje… Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni – woła. A więc woła i zaprasza również Ciebie. Niech to Jego oczekiwanie będzie dla Ciebie przynagleniem i zachętą do skorzystania z  sakramentu Jego Miłości.

Kolejny krok to modlitwa do Ducha Świętego. Modlitwa o światło. O umiejętność stanięcia w prawdzie przed sobą i przed Bogiem. Po takiej szczerej i ufnej modlitwie na pewno będzie łatwiej zrobić rachunek sumienia. Można wtedy sięgnąć po przygotowane przez doświadczonych spowiedników teksty pomocne w rachunkach sumienia. Jakieś broszurki z pytaniami. Coś, co będzie dla Ciebie swego rodzaju przewodnikiem i pomoże nazwać rzeczy po imieniu. Coś, co rzuci światło na Twoje życie, co otworzy oczy na codzienność.

Na pewno jednak nie wolno zatrzymywać się tylko na tych pytaniach z kartki. Tak naprawdę sama najlepiej wiesz, jakie grzechy pojawiły się w Twoim życiu. Sama wiesz najlepiej, co sprawiło, że zamknęłaś się na Boga, na Jego łaskę, na Miłosierdzie. Trzeba to wszystko spróbować nazwać, jakoś to zwerbalizować, postawić diagnozę. Wypowiedzenie tego, co w nas siedzi, zawsze rodzi w człowieku wielki pokój. A świadomość Bożego przebaczenia budzi prawdziwą radość w sercu.

Zachęcam Cię do tego, by tę spowiedź po tak wielu latach odbyć w formie rozmowy z kapłanem. Spowiedzi – rozmowy a nie spowiedzi – wyliczanki. Dlatego osobiście nie zachęcam do spowiadania się w kościele w niedzielę, w czasie Mszy św., gdy inni ludzie w kolejce za nami patrzą na zegarek i się denerwują. Niech Twoja spowiedź będzie inna. Spokojna, nieograniczona czasem Twoim i kapłana. Niech to będzie spokojna rozmowa, w której spowiednik również będzie otwierał Twoje oczy na pewne sprawy. To nie może być szybkie wyliczenie grzechów. Pośpiech nigdy nie jest dobry, a już na pewno nie przy spowiedzi. W normalnej rozmowie łatwiej ogarnąć tak długi okres czasu.

Myślę, że nie będzie problemów ze znalezieniem spowiednika, który znajdzie czas, by pogadać. Są w miastach stałe konfesjonały, zwykle w niektórych godzinach nie ma przy nich długich kolejek. Niech to będzie taki czas dla Ciebie i dla Jezusa. Ale proszę o jedno – już dziś zacznij się modlić za kapłana, którym posłuży się Jezus w przemienianiu Twojego życia. To ważne, by kapłan pomógł a nie zraził. By był otwarty na porywy Ducha Świętego. Stąd potrzeba modlitwy za niego.

Na dwie rzeczy chcę jeszcze zwrócić Twoją uwagę. Po pierwsze na wstyd… To takie ludzkie, wstydzić się wyznawać swoje grzechy. A tymczasem taktyka szatana jest taka – zabiera nam wstyd, gdy grzeszymy, oddaje go, gdy chcemy się spowiadać. Nie wpadnij w tę szatańską zasadzkę. Wstyd jest darem od Pana Boga i nie może nam przeszkadzać w zbliżaniu się do Niego. Jeśli się wstydzisz swoich grzechów, to chwała Panu. Jeśli się wstydzisz wyznać je na spowiedzi – to też dobrze. Nie idziesz przecież do spowiedzi po to, by się chwalić. Tam musi być wstyd. Ale ten wstyd nie może Cię przed spowiedzią blokować. Nie może opóźniać przystąpienia do tego sakramentu. Wstydź się, ale zrealizuj pragnienie pojednania się z Bogiem.

I druga rzecz – szatan działa także w ten sposób, że często podważa sensowność i ważność odbytej już spowiedzi św. Kiedy już się wyspowiadasz, wypowiesz to, co siedzi od lat w Twoim sercu, kiedy otrzymasz rozgrzeszenie, wówczas na pewno pojawią się pytania typu: Czy ja wszystko powiedziałam? Czy ksiądz to dobrze zrozumiał? Czy rzeczywiście Bóg mi przebaczył? Czy niczego nie zapomniałam? Itp. Wówczas – jeżeli spowiedź była szczera i nie zataiłaś żadnego grzechu (zapomnieć możesz, zataić nie) – nie ma powodu do niepokoju. Takie pytania (pojawią się one na pewno) należy wówczas oddać Panu Bogu i nie roztrząsać ich. Przy kolejnym rachunku sumienia warto jednak do nich powrócić i – jeśli sumienie coś będzie nadal wyrzucało – wyznać to na spowiedzi.

Przed Tobą niełatwe zadanie. Ale trzeba sobie jasno powiedzieć – przed Tobą również piękna wizja powrotu do Ojca. Im szybciej rozpoczniesz ten proces powracania, tym lepiej dla Ciebie. Im szybciej usłyszysz w konfesjonale słowa rozgrzeszenia, tym szybciej radość i pokój zagoszczą w Twoim sercu. I tego bardzo szczerze Ci życzę. Wspieram moją modlitwą i błogosławię. o. Piotr SchP

Wasze pytania i wątpliwości…

 
Jakieś dwa tygodnie temu całkiem przypadkowo wszedłem na ten blog. Przeczytałem wpis o bierzmowańcach i trochę mnie te wpisy wciągnęły.(…) Zauważyłem, że w panelu bocznym jest dział Wasze pytania. Jak to zobaczyłem, zacząłem bić się z myślami. Dziś decyduje się zadać Księdzu pytanie, które nurtuje mnie od dawna. Nie mam odwagi nikomu zadać go w cztery oczy (chociaż spotykam Księdza co niedzielę w kościele), więc korzystam z takiej możliwości. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, komu miałbym to pytanie zadać. Zadaje to Księdzu: Co poradziłby Ksiądz młodemu chłopakowi, który ma skłonności homo? Dziękuję za odpowiedź. (…)

 

Witaj Marku, szczęść Boże,

Pozwoliłeś na opublikowanie tego pytania na blogu z nadzieją, że moja odpowiedź komuś pomoże. Piszę więc również z taką nadzieją. Choć pewnie lepiej byłoby pogadać o tym nie koniecznie za pośrednictwem bloga, ale np. w konfesjonale.

Pierwsza rzecz, Marku i jednocześnie najważniejsza chyba w tym temacie: same skłonności homo nie są grzechem. Przeczytasz o tym w Katechizmie Kościoła Katolickiego (punkty 2357 – 2359). Grzechem są nie skłonności, ale akty (czyny homoseksualne). Trzeba na początku zrobić takie rozróżnienie, aby złe rozumienie problemu nie stało się powodem myślenia, że żyjesz w grzechu śmiertelnym. Same skłonności grzechem nie są (do dziś nie wiemy, czy decyduje o nich czynnik genetyczny czy tzw. środowiskowy – świetnie pisze o tym Daniel Ange), ale do grzechu mogą prowadzić. Mogą prowadzić np. do pornografii, do masturbacji, itp. Ktoś z takimi skłonnościami (tak samo jak ktoś bez nich) jest na takie niebezpieczeństwo narażony. Co bym poradził?

Na początek modlitwę – rzetelna, uczciwa relacja z Panem Bogiem jest fundamentem w walce ze złem. Świadomość swojej grzeszności musisz przepoić bliską relacją z Bogiem. Bóg musi być punktem odniesienia i powinien nadawać sens Twojej walce. Zaproś Matkę Bożą Niepokalaną do walki o czyste serce. Święty Józef również jest tutaj niezawodny, zaprzyjaźnij się z Nim. Nie przez przypadek w litanii modlimy się do Niego Józefie najczystszy. Może pomyślisz, że to żadna nowość. Ja jednak bardzo wierzę w moc modlitwy i w to, że bez Boga nic sami nie zrobimy. Uważam to za najważniejszą sprawę.

Druga sprawa to stały spowiednik. Kiedyś już tutaj pisałem o roli, jaką w naszej wewnętrznej formacji odgrywa zwykły ludzki wstyd przed kapłanem, który Cię zna. Jeśli nie masz stałego spowiednika i łatwo wpadasz w grzechy przeciwko czystości, to spowiedź u przygodnie spotkanych księży w przypadkowych konfesjonałach często ogranicza się tylko do wyznania grzechów i rozgrzeszenia. Ty nie znasz księdza, ksiądz nie zna Ciebie. Twój wstyd jest zatem ograniczony do minimum. Dopiero wówczas, gdy po raz 5,10,15 spowiadasz się temu samemu księdzu z tych samych grzechów, nabierasz przekonania, że musisz coś z tym zrobić. Jeśli Tomasz z Akwinu mówił, że ,,łaska buduje na naturze”, to być może miał też na myśli to, co dla człowieka naturalne czyli wstyd.

Warto też poczytać trochę na ten temat. Przywołany Daniel Ange wydał kilka świetnych pozycji. Polecam też książkę o. Mieczysława Kożucha: Jak pomagać osobom o niechcianych skłonnościach homoseksualnych. Ta ostatnia książka skierowana jest przede wszystkim do kapłanów, ale nie tylko.

Marku, tyloma myślami dzielę się z Tobą teraz. Trzy ważne rzeczy: modlitwa osobista, stały spowiednik i dobra lektura. Tak jak wspomniałem, blog nie jest najlepszym sposobem dotykania takich tematów. Masz mojego maila, więc gdybyś chciał kontynuować, zapraszam. Otaczam modlitwą i pozostaje do dyspozycji. Niech św. Józef umacnia Cię w walce o czyste i piękne życie.

Jak na nowo rozsmakować się w modlitwie…

 
Czytam Ojca bloga od dawna i widzę, że ostatnio pojawiła się możliwość zadania pytania. Chciałabym zapytać, co poradziłby Ojciec komuś takiemu jak ja, kto ma problemy ze swoją modlitwą. Ostatnio zauważyłam, że  nie umiem się modlić.
A może nie chcę… Sama już nie wiem. Kiedyś moja modlitwa była inna – żywa, wypływała z samego serca, potrafiłam chodzić z nabożeństwa na nabożeństwo. Teraz wszystko się zmieniło. Studia, chłopak… a modlitwa nie daje mi radości.
Co mam zrobić?

K.M.  z Krakowa

Droga K.

Modlitwa to tak naprawdę temat rzeka. Powiedziano o niej już wiele, wiele napisano dobrych książek na jej temat. Najlepiej byłoby porozmawiać i spróbować odpowiedzieć na Twoje pytania w normalnej rozmowie a nie poprzez bloga. Ale skoro te pytania tutaj padły, warto się nad nimi pochylić.

Piszesz, że Twoja modlitwa kiedyś była inna, żywa. Doświadczenie żywej modlitwy jest tym, na czym musisz budować. Poczułaś już jej smak, wgryzłaś się w nią, zakosztowałaś. To doświadczenie jest niezwykle cenne. Teraz trzeba do niego powrócić i rozsmakować się jeszcze bardziej.

Pan Bóg czasem pozwala nam na doświadczenie jakieś modlitewnej pustki, jakiejś pustyni. On sam wie, dlaczego na to pozwala. Ale wie też, że człowiek, który kocha, będzie Go szukał, będzie próbował coś w tej duchowej pustce ożywić. I chyba najpilniejsza rzeczą w tym Twoim pytaniu jest właśnie owe chcenie.  Ty chcesz ten stan zmienić, chcesz ożywić swoją relację z Bogiem. Chcieć to już naprawdę bardzo dużo.

Od czego zatem zacząć? Może od zmiany sposobu myślenia? Często modlitwa nam ,,nie idzie”, bo w naszej świadomości zakodowana jest w szufladce z napisem ,,obowiązek.” ,,Muszę” się pomodlić, bo inaczej mam grzech. ,,Muszę” pójść do kościoła, bo inaczej złamię przykazanie Boże. ,,Muszę” … Okazuje się, że słowo ,,muszę” działa na nas odstraszająco. Nie lubimy, kiedy ktoś nam coś narzuca. Więc warto słowo ,,muszę” zamienić innym: ,,mogę.” Nie ,,muszę” się modlić, ale ,,mogę” się modlić czyli mogę rozmawiać z samym Bogiem. Mogę, bo jestem Jego dzieckiem. Mogę, bo On mnie kocha a ja kocham Jego. Mogę… Nie muszę !!! Przecież przymuszony pacierz Panu Bogu miły nie jest. A zatem zmiana myślenia to już bardzo duży krok naprzód. Warto go zrobić.

Kolejna sprawa: Modlimy się lepiej wtedy, gdy mamy czyste serce. Więc albo modlitwa będzie Cię trzymała z daleka od grzechów, albo grzechy będą Cię trzymały z daleka od modlitwy. Jeśli Twoja modlitwa ,,leży”, to może warto zapytać się o stan swojego serca? Może jest tam jakiś grzech, którzy zamyka drogę do autentycznej modlitwy. Ale to już musisz sama rozstrzygnąć stając w prawdzie przed sobą i przed Panem Bogiem.

I jeszcze jedno. Problemów z modlitwą nie mają tylko ci, którzy się nie modlą. Każdy, kto chce dbać o modlitwę, a przez to trwać w żywej relacji z Bogiem musi się zmagać i o tę  modlitwę walczyć. Najlepszym lekarstwem na dobrą modlitwę jest … modlitwa. Chyba czymś najgorszym w momencie kryzysowym jest odstawienie modlitwy na boczny tor. Powinno być odwrotnie – im więcej trudności, tym więcej modlitwy.

Warto też spróbować ożywiać modlitwę poprzez zmianę jej formy. Raz może to być modlitwa ustna, innym razem warto sięgnąć po Pismo św., jeszcze innym razem wybrać się do kościoła na adorację, może pokusić się też o dziesiątek różańca. To, co zabija naszą modlitwę to często monotonia i rutyna. Tymczasem relacja z Bogiem jest czymś żywym, dynamicznym. Tutaj nie może być miejsca na jednakowość, na rutynę.

I jeszcze rzecz najważniejsza: Zanim zaczniesz się modlić, spróbuj przez chwilę przywołać Ducha Świętego. Po co? „…Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26). A więc odpowiedź jest już jasna.

Spróbuj, droga K. wcielić w życie którąś z tych rad. Na początek jedną tylko. Bez pośpiechu. Myślę, że i w Twoim życiu spełnią się słowa: ,,Kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje.” Proś Pana o łaskę pięknej modlitwy, szukaj sposobu na jej ożywienie. Szybko zobaczysz, że Pan odpowie na Twoje wołanie i na nowo rozsmakujesz się w niej. Tego Ci życzę.

Z modlitwą
o. Piotr SchP