Westchnijcie za nas…

Tak jak rok temu, tak i w te wakacje postanowiłem część mojego urlopu spędzić z harcerzami. Mając w pamięci dobre wspomnienia i udaną współpracę z zeszłorocznego obozu pod Łodzią, w tym roku razem ze skautami zapuszczam się na kilka dni w lasy województwa zachodniopomorskiego.

Proszę, wspomnijcie o nas w swoich modlitwach. Potrzebujemy na ten czas wielu łask: m.in. łaski sprzyjającej pogody. Westchnijcie za nas, a Pan Bóg już będzie wiedział, czego nam na tym obozie potrzeba.

Nie o cukierkowanie chodzi…

Ktoś, czytając mój wczorajszy wpis, mógłby zapytać: W jaki sposób ludzie świeccy mogą być powołaniowcami?

Rzeczywiście, pytanie może wydać się uzasadnione. Bo o ile w kontekście biskupów, duszpasterzy powołań czy moderatorów Liturgicznej Służby Ołtarza wszystko jest jasne, o tyle upatrywanie powołaniowca w kimś świeckim może nie być dla kogoś zrozumiałe. Tymczasem nic prostszego.

Kilkuletnie doświadczenie w posłudze duszpasterza powołań utwierdza mnie w głębokim przekonaniu o tym, że tak naprawdę w domu rodzinnym wszystko się zaczyna i na domu rodzinnym wszystko może się zakończyć.

To w rodzinnym domu młody chłopak czy dziewczyna zaczyna zastanawiać się nad kapłaństwem / życiem zakonnym. Ma te kilka czy kilkanaście lat i coraz bardziej słyszy w sercu ten niepokojący głos. Zaczyna się zastanawiać, przemadlać i coraz bardziej obserwować. Również, a może przede wszystkim znanych sobie kapłanów i siostry zakonne.

Jeśli na tym etapie rozeznawania młody człowiek, który jest wyjątkowo bacznym obserwatorem, będzie bombardowany przez swoich najbliższych (którzy dodatkowo są dla niego autorytetami) negatywnymi komunikatami o ludziach Panu Bogu poświęconych, prawdopodobnie nigdy nie zdecyduje się na podjęcie takiej drogi.

Zupełnie inaczej będzie, kiedy usłyszy, że o księżach czy osobach konsekrowanych w rodzinnym środowisku mówi się dobrze. I wcale nie chodzi tu o to, by rodzice czy bliscy takiego potencjalnego kandydata na kapłana czy kandydatki do życia w klasztorze zaklinali rzeczywistość i jakoś sztucznie i nieprawdziwie mówili o ludziach Kościoła. Tu nie chodzi o cukierkownie czego ani kogokolwiek. Tu chodzi o normalność.

Towarzysząc młodym w procesie odkrywania ich powołania wiele razy spotkałem się z sytuacją, kiedy rodzice wprost zabraniali synowi podejmowania formacji nowicjackiej czy seminaryjnej. Znam przypadki, kiedy powołanie syna stało się w domu tematem tabu, a i jeden taki przypadek jest mi znany, że matka zaszantażowała syna odebraniem sobie życia. Zjawiska takie śmiało nazwać można swego rodzaju patologią.

Pisząc wczorajszy tekst, nie miałem na myśli sytuacji patologicznych. Bardziej myślałem o normalnych polskich domach, w których o księżach mówi się jednak bardzo różnie. Może warto – zamiast powielać niepotwierdzone plotki na temat takiego czy innego duchownego i zamiast publicznie wytykać jego błędy – spróbować dostrzec nawet w najbardziej nielubianym duszpasterzu coś dobrego. No i pomodlić się za niego, angażując w tę modlitwę również syna czy córkę.

Życzę tym wszystkim, którym towarzyszę w rozeznawaniu powołania takich właśnie mądrych i roztropnych rodziców. Takich, którzy nie narzucają swojej woli, do niczego nie zmuszają, nie zabraniają i nie szantażują. Takich, którzy swoim słowem i postępowaniem pomagają, a nie utrudniają podjęcie tej najważniejszej życiowej decyzji.

Liczby, które bolą coraz bardziej…

Wybrałem się dziś do Koszalina. Jeszcze jakiś czas temu przez Internet śledziłem postępy prac konserwatorskich w koszalińskiej katedrze, a dzisiaj – po pół roku od jej ponownego otwarcia – mogłem przy katedralnym ołtarzu sprawować Eucharystię.

Katedra to szczególne miejsce w każdej diecezji. To głowa lokalnego Kościoła. A serce? Sercem diecezji (choć niektórzy mówią, że raczej oczkiem w głowie) jest seminarium.

– Ilu macie na ten rok? – na tak postawione pytanie muszę odpowiadać niemal za każdym razem, gdy spotykam księdza, który o pijarach ma raczej mgliste pojęcie. Dziś w koszalińskiej było tak samo:
– Ile pijarzy mają powołań? – zapytał przed wyjściem do ołtarza dostojny celebrans.

Na szczęście pijarzy mają powołania i tzw. niżu powołaniowego w naszej Prowincji za bardzo nie widać. Przynajmniej przez ostatnie lata. Niestety, nie można powiedzieć tego o diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej.

Diecezja licząca sobie ok. 912 tysięcy mieszkańców – z czego ok. 833 tysiące to katolicy – w tym roku może się cieszyć tylko… dwoma kandydatami do Seminarium. To prawda – dopiero odbyła się pierwsza rekrutacja, przed nami jeszcze druga, ale cudów raczej nie należy się spodziewać.

W sumie czterystu pięćdziesięciu księży, dwadzieścia cztery dekanaty, dwieście dwadzieścia jeden parafii – z czego aż dwieście to parafie diecezjalne – i na pierwszy rok w Seminarium tylko dwóch kandydatów.

Nie po to przywołuję te liczby, by pokazać, że księża w diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej nic nie robią. Bynajmniej… Wiem,  że niektórzy (np. ks. Andrzej Zaniewski czy ks. Radek Siwiński) robią bardzo dużo. Odkrywam te liczby, żeby pokazać, że północne rejony naszego kraju powoli (a może właśnie nie powoli tylko bardzo szybko) stają się terenami misyjnymi.

Ogromny spadek liczby powołań widać jednak nie tylko na północy. Również południe – także najbardziej płodna w tym temacie diecezja tarnowska – odczuwa ogromny spadek powołań. W tej diecezji w roku 2018 zgłosiło się do Seminarium tylko 10 kandydatów. Rok wcześniej (2017) było ich 17, a w roku 2016 – 36. We wcześniejszych latach liczba ta nigdy nie spadała poniżej 50. Powołań było tak wiele, że kilka lat temu musieli znacznie rozbudować seminaryjny gmach.

Te liczby muszą zmusić do refleksji i modlitwy nas wszystkich: biskupów, duszpasterzy powołań, kapłanów posługujących na parafiach, katechetów, duszpasterzy i moderatorów wszelkiej maści, ale także ludzi świeckich. Dopóki wszyscy nie zrozumiemy, że każdy ochrzczony jest nie tylko misjonarzem ale także powołaniowcem, statystyki będą negatywnie zaskakiwały nas coraz bardziej.

Spotkanie z bohaterem…

Nadszedł moment, by pożegnać Warszawę. Przynajmniej na jakiś czas… Zanim jednak ze stolicy się wyloguję, jeszcze jedno ważne spotkanie. Spotkanie z Michałem.


Znamy się już prawie dziesięć lat. Poznaliśmy się, gdy byłem jego wychowawcą na letnim obozie pod Kielcami. Później nasze drogi się rozeszły, ale pewne trudne losowe sytuacje sprawiły, że znajomość nie tylko odżyła, ale nawet zacieśnia się coraz bardziej.

Dla mnie Michał jest bohaterem. Może kiedyś – jeśli pozwoli – napiszę o nim coś więcej. A póki co, pozdrawiamy Was z tarasów Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

Pozdrowienia ze stolicy…

Wiem, że niektórzy czytając to, będą pukać się w głowę. No cóż… Tak czy inaczej chcę napisać to, o czym nieliczni wiedzą już od dawna: Uwielbiam spędzać urlop w Warszawie 😉 

Niewielu to rozumie – pół żartem, pół serio już to tłumaczę: Warszawa to zwariowane miasto, tutaj każdy biegnie, każdy się spieszy. A ja – spacerując spokojnie – nigdzie nie wypoczywam tak bardzo, jak pośród ludzi, którzy ciągle gdzieś gonią. Wypoczywam, mając komfort, że ja spieszyć się nigdzie nie muszę. Poza tym to miasto ma swój urok… Tego nie da się wytłumaczyć. To trzeba poczuć.

Dziś już drugi dzień, jak tu jestem. Gościnne Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia dbają o to, by niczego mi nie zabrakło. No i nie brakuje. Czas ucieka mi na zwiedzaniu miasta i na spotkaniach z różnymi ludźmi.
Dziś na przykład zjechałem prawie całą Warszawę wzdłuż i wszerz. Bilet całodzienny pozwala na różne komunikacyjne konfiguracje: metro – autobusy – tramwaje i odwrotnie. Komunikacja w Warszawce jest naprawdę OK. Byłem m.in. w jednym z najpiękniejszych warszawskich kościołów – u św. Władysława z Gielniowa na Kabatach (to tam, gdzie metro się kończy i zawraca).

Wprawdzie z ks. Kamilem nie napiłem się kawy (dziś pierwszy piątek, więc spowiadał), ale nacieszyłem oko długimi kolejkami przed konfesjonałami. Okazuje się, że warszawiacy też się spowiadają 😉 

To był piękny dzień. Jutro do południa kolejne dwa ważne spotkania i wyjazd.