Wierzą, że wierzą, ale statystyki demaskują niewiarę

Wczoraj miałem dość aktywny dzień. Pobudka – jak zwykle – przed 5.00. Potem obowiązki w kościele, szybkie śniadanie, o godz. 9.00 jeden pogrzeb, potem szybkie zakupy, sprzątanie, drugi pogrzeb. Potem zaległe sprawy ekonomiczne i kancelaryjne. Po nich spotkanie z Pijarskim Klubem Seniora (akurat wczoraj imieniny obchodziła nasza Seniorka – p. Danusia), potem znów obowiązki w kościele, a po wieczornej Mszy św. jeszcze kolejne spotkanie Rady Parafialnej. Dłuższe niż zwykle, bo i wiele różnych ważnych wydarzeń przed naszą parafią.

Spotkanie skończyliśmy o 20.45 (trwało siedem kwadransów). Musieliśmy już kończyć, bo na 20.45 miałem jeszcze umówione spotkanie z narzeczonymi na spisanie protokołu przedmałżeńskiego. W okolicach św. Walentego w kancelarii zaczynają pojawiać się młode pary, które zgłaszają chęć zawarcia związku małżeńskiego. Na ten rok przyjąłem już siedem takich zgłoszeń. I sukcesywnie – dostosowując się do możliwości młodych – spotykamy się, by dopełniać kolejnych formalności.

Przyznaję, wczoraj po Radzie Parafialnej już mi się za bardzo nie chciało. Byłem padnięty. Ale skoro młodzi zabukowali sobie ten termin już kilka tygodni temu, nie mogłem się z tego wycofać. Po moim dłuższym wprowadzeniu i po podpisaniu przysięgi narzeczonych przeszliśmy do pierwszej stronicy protokołu. Dane z dowodu spisałem dość szybko. Podobnie, jak dane dotyczące sakramentów. Poszło sprawnie, bo narzeczeni przyszli na spotkanie już z metrykami chrztu. Wszystko szło bardzo gładko. Powiedziałbym – bez niespodzianek. I nagle…

Nagle dochodzimy do pytania: Czy narzeczony uważa się na osobę wierzącą? Jeśli tak, to jak często praktykuje?

Z doświadczenia wiem, że przy tym punkcie można usłyszeć naprawdę wszystko. Żeby jakoś podpowiedzieć młodym stawiam zawsze pytanie pomocnicze. Mówię tak:

Jeśli w roku mamy 52 niedziele, to w ile niedziel jesteś na Mszy św.?

Odpowiedzi bywają bardzo różne: co drugą niedzielę, jedną niedzielę w miesiącu, raz na dwa miesiące, raz na kwartał, tylko na święta, itp. No więc pytam narzeczonego: Na 52 niedziele – ile? A on mi na to: Wszystkie 52.

Spoglądam na niego, by się upewnić, czy sobie żartów nie robi. Nie robił. Pytam więc o spowiedź: Jak często korzystasz ze spowiedzi? I znów zaskoczenie: Co najmniej raz w miesiącu, a zdarza się, że co dwa tygodnie.

Wow, wcisnęło mnie w fotel. Kiedy te same pytania postawiłem narzeczonej, odpowiedzi były niemal identyczne. A potem jeszcze wyszło, że mieszkają osobno, choć już dawno mogliby zamieszkać razem. I że on był w Wojownikach Maryi, a teraz razem są w jakiejś jeszcze innej wspólnocie.

Dzięki Ci, Panie Boże….

Siedzieli przede mną naprawdę wierzący i praktykujący młodzi ludzie, którzy Pana Boga stawiają w swoim życiu na pierwszym miejscu. Uwierzcie mi, nie są to częste przypadki jeśli chodzi o ludzi, którzy przygotowują się do małżeństwa. Wielu wierzy, że wierzy, ale gdy dochodzimy do pytań o praktykę, statystyki mówią same za siebie, najczęściej demaskując ich niewiarę. A tu wczoraj taka bomba.

Zamknąłem protokół i jeszcze dłuższą chwilę rozmawialiśmy o wierze i o tym, w jak przedziwny sposób Pan Bóg potrafi prowadzić człowieka. Moje zmęczenie gdzieś nagle zniknęło. Już nie spoglądałem na zegarek, nie marzyłem o miękkiej poduszce. Kiedy już mieliśmy się żegnać, on powiedział: Niech nam na koniec ojciec pobłogosławi. I znów bomba.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś poprosił mnie o indywidualne błogosławieństwo, choć z własnej inicjatywy błogosławię dość często. Stanąłem przed nimi, położyłem ręce na ich głowach i pobłogosławiłem.

Czekam teraz na kolejne spotkanie z tą parą. Znów – mam nadzieję – będę mógł ubogacić się świadectwem ich autentycznej wiary. I ucieszyć się, że są jeszcze tacy, którzy Pana Boga traktują jak fundament swojego życia, a nie jak mało znaczący dodatek.