Różaniec niczym górski orczyk (cz. II)

We wtorek 18 sierpnia zamieściłem tu – otwierający nowy cykl wpisów – tekst o różańcu. Pisałem wtedy, że różaniec mocno kojarzy mi się z kierownicą. Cenię sobie to skojarzenie, bo ono sprawia, że bardziej świadomie odmawiam te poszczególne paciorki. Traktuję je jako kolejny krok do celu, jakim jest zbawienie. Dziś chcę napisać o moim drugim skojarzeniu. Ale zanim o nim, to najpierw pewna historia.

Kiedy byłem nowicjuszem (od 12 września 2004 do 12 września 2005 r.) nasz przełożony wpadł na genialny pomysł: w ferie pojedziemy na narty. Było nas wtedy w nowicjacie sześciu i chyba tylko ja nie cieszyłem się z tego pomysłu. Ja się po prostu na tych nartach nie widziałem. Trudno się dziwić: chłopak urodzony i wychowany nad morzem, nigdy jeszcze na nogach nart nie miał, nigdy też żadnej kontuzji, żadnego złamania czy nawet zwichnięcia. Chciał, nie chciał – trzeba było się spakować i w góry wyjechać.

Już pierwszego dnia na stoku miałem na nogach narty. Jakiś opłacony przez przełożonego instruktor tłumaczył nam, jak stawiać na nich pierwsze kroki. Mimo, że naprawdę próbowałem, narty jakoś nie chciały mnie słuchać. Walczyłem jednak dzielnie i już trzeciego czy czwartego dnia dałem się namówić na wjazd na górę orczykiem. – To nic trudnego – mówił instruktor. – Złapiesz za tę rączkę i orczyk sam zaciągnię cię na górę. A stamtąd sobie powoli zjedziesz.

Uwierzyłem. I tak jak szybko uwierzyłem, tak samo szybko pożałowałem. Ustawiłem się z innymi w kolejce do orczyka. Kilku przelatujących koło mnie uchwytów nawet nie zauważyłem. Kilka kolejnych widziałem, ale nie udało mi się ich złapać. Kiedy już w końcu prawie miałem orczyk w dłoni (mając ręce w rękawicach wcale nie tak łatwo złapać śliski pręt), uchwyt wysunął mi się z ręki, zahaczył o kieszeń mojej zimowej kurtki i… rozerwał mi cały prawy bok tak, że kurtka nadawała się do wyrzucenia. Nie muszę dodawać, że na tym skończyła się moja jazda na nartach. Wycofałem się z kolejki i poszedłem do baru. Tam kupiłem kubek ciepłego cappuccino i z książką przed nosem przez kilka godzin czekałem na pozostałych. Nigdy więcej nikomu na narty nie dałem się namówić.

Kiedy dziś myślę o różańcu, przypomina mi się tamta górska przygoda z orczykiem i rozerwaną kurtką. Mam takie przekonanie (i życiowe doświadczenie), że różaniec to taki łańcuch, który może wciągnąć nas do góry, do nieba. Jan Paweł II pisał kiedyś o ,,słodkim łańcuchu, łączącym nas z Maryją.” Wystarczy złapać i nie puszczać.

To nie jest wcale takie proste, wiem. Czasem trudniej nawet złapać za różaniec niż za górski orczyk. Ale czy jest inny sposób, by dostać się do nieba? Inny poza modlitwą? Modlitwa i sakramenty to jedyna droga do Boga. Pamiętajmy o tym.