Ewangelia nadziejorodna
Ewangelia wg św. Marka 10,28-31.
Piotr powiedział do Jezusa: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą».Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym». Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».
Coraz bardziej zgadzam się z tymi duchownymi, którzy są przeciwni szukaniu na konkretne celebracje liturgiczne jakichś szczególnych, wybranych czytań z lekcjonarza i wyznają zasadę, że trzeba być posłusznym Kościołowi, który przecież na każdy dzień jakieś konkretne słowo Boże nam daje. Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że to nie tylko mądra, ale po prostu dobra i korzystna zasada.
Słowo dane na dany dzień jest właśnie tym słowem, którym Bóg chce nas dotykać w danej chwili. Tak właśnie czytam dzisiejszą Ewangelię. Słowo na dziś, na teraz. Czytam i zdumiewam się tym, jak bardzo to dzisiejsze słowo Boże jest dla mnie. Czytam je ze świadomością, że właśnie dziś przeżywam czternastą rocznicę święceń kapałańskich. Ewangelia mówi właśnie o powołaniu.
Mój imiennik – Piotr Apostoł – zagaduje do Jezusa o czymś ważnym: ,,Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą.” W Ewangelii Mateusza na tym stwierdzeniu Piotr się nie zatrzymuje. Idzie dalej i pyta: Cóż więc otrzymamy? Innymi słowy: Panie Jezu, co dostaniemy za to, że Tobie zaufaliśmy, że Cię wybraliśmy, że idziemy za Tobą? Co nam za to dasz?
Przyznam, że lubię to pytanie. Chyba nic w tym złego, że jest we mnie trochę tej ewangelicznej ciekawości. Trochę patrzenia w kategoriach: Czy mi się to opłaci? Chyba im dłużej jestem kapłanem, tym częściej stawiam sobie i Jezusowi to pytanie. I widzę, że coraz mniej liczę na jakieś ziemskie korzyści, a coraz więcej na te duchowe i pozaziemskie. Bo przecież właśnie dla tych drugich się spalam w kapłaństwie. To dlatego ewangelizuję innych, choć dobrze wiem, jak nieraz sam nie dorastam do ewangelicznycj oczekiwań Jezusa. To dlatego z najdalej jak tylko potrafię posuniętą cierpliwością spowiadam innych, choć sam biegam do spowiedzi co dwa tygodnie. To dlatego znoszę wytrwale moją kapłańska samotność, choć przecież żyję we wspólnocie zakonnej, w kilkutysięcznej parafii i mam prawie pięć tysięcy znajomych na fejsie.
Jezus temu wszystkiemu – także temu, co trudne, wymagające – nadaje konkretny sens. To wszystko jest po coś. Ma swój cel. Połowicznie obietnica Jezusa dotycząca wielości domów, braci, itp. już się w moim życiu sprawdza. Mogę pojechać do ponad czterdziestu krajów świata (gdyby tylko technicznie było to możliwe), udać się pod adres, gdzie posługują pijarzy i zostanę przyjęty jak brat przez braci. Mogę zapukać do drzwi każdego pijarskiego klasztoru na świecie i znajdę dach nad głową. Obietnica o wielości dóbr ziemskich spełnia się więc w całej rozciągłości. Ale nie ona jest tu najważniejsza.
Najważniejsze jest to, co Jezus mówi na końcu. A mówi o życiu wiecznym. Za chodzenie za Nim i za wytrwałość przy Nim jest nagroda – zbawienie wieczne. Nic większego nie potrzeba. Jezus obiecuje niebo i mówi, co należy zrobić, aby tam wejść. Pokazuje kierunek. Więcej, motywuje i dodaje siły, prowadzi i asekuruje. Często mam wrażenie, że Jezusowi bardziej zależy na tym niebie dla nas, niż nam samym.
I jeszcze to ostatnie zdanie: ,,Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi.” Ludziom się czasem wydaje, że jak ktoś jest zakonnikiem czy księdzem, to już jest jedną nogą w niebie. Czasem ludzie przychodzą i mówią: ,,Niech się ksiądz za mnie pomodli, bo ksiądz jest tak blisko Boga. Nie to, co ja.”
Dobrze, gdyby tak właśnie było, ale z tym akurat bywa naprawdę różnie. Czasem może być tak, że ten uważany za pierwszego przez ludzi, zostanie uznany za ostatniego przez Boga. Bo nie wystarczy założyć habit. Nie wystarczy złożyć śluby zakonne i przyrzec, że będzie się kilka razy dziennie otwierało brewiarz. To wszystko jest bardzo ważne, ale to wszystko może nie wystarczyć.
Dzisiajsza Ewangelia dla mnie osobiście jest bardzo… motywująca i nadziejorodna. Przypomina nie tylko o tym, czym jest chodzenie za Jezusem, ale także o tym, o jak wielką stawkę cała sprawa się toczy. Stawka jest ogromna – wieczność przy Jezusie, albo wieczność bez Niego.
Chyba tylko głupiec zastanawiałby się nad tym, co w takiej sytuacji wybrać.
Nie bądźmy głupcami. Wybierzmy właściwie.
