Jaki Jezus miał w tym interes…

Po tygodniu spędzonym w Warszawie razem z Rodzicami wróciłem w rodzinne strony. W stolicy udało się zobaczyć o wiele więcej, niż planowałem. A wszystko dzięki naprawdę cudnej pogodzie. Przez cały tydzień nie doświadczyliśmy ani zbytniego żaru słońca, ani tym bardziej deszczu. Dopiero w piątek po południu, kiedy już wyprowadzaliśmy się od Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, spadły na nas pierwsze krople przelotnego deszczu.

Udało się nawiedzić kilka ważnych dla mnie osobiście miejsc. Byliśmy m.in. na Żoliborzu, w kościele św. Stanisława Kostki, gdzie przez kilka lat pracował bł. ks. Jerzy Popiełuszko i gdzie został pochowany. Udało się także pojechać do miejsca związanego z innym męczennikiem – ze św. o. Maksymilianem Kolbe. Nawiedziliśmy jego Niepokalanów. Na zakonnym cmentarzu, gdzie oprócz ponad setki zakonników spoczywa też Franciszek Gajowniczek (ten sam, za którego zginął o. Maksymilian) pomodliliśmy się przy grobie o. Bogumiła Talarka – franciszkanina, który przez bardzo wiele lat pracował jako proboszcz w kościele św. Antoniego w naszym Sławnie.

Wiele można by pisać o tych minionych dniach. Nie po to jednak, by się chwalić, ale po to, by zachęcać innych – jeśli tylko jest to możliwe – do odwiedzania takich niezwykłych, naznaczonych świętością innych osób miejsc. Jeśli – jak pisze święty Paweł – wiara rodzi się z tego, co się słyszy, to co dopiero może w nas zdziałać to, co się widzi? A w Warszawie i w okolicach naprawdę jest co zobaczyć.

Wracając wczoraj do domu, jechaliśmy w przedziale z pewną siostrą zakonną. Przypadek? Pewnie nie, bo przecież pociąg miał 14 wagonów, a w każdym z nich jest po 10 przedziałów. Komputer przy zakupie biletów mógł więc wylosować nam każde ze 140 innych miejsc, a tymczasem dostały nam się miejscówki w przedziale, w którym już siedziała zakonnica. I to jaka… Siostra ze Zgromadzenia Misjonarek Miłości. Ze zgromadzenia, które założyła Matka Teresa z Kalkuty. Siostra siedziała przy oknie w charakterystycznym dla swojego zgromadzenia białym habicie z niebieską opaską na głowie.

Zaczęliśmy rozmawiać. A w zasadzie to ona ciągle mówiła; o Założycielce; o Ruandzie, w której pracowała; o wspólnocie w Szczecinie, do której jechała. Szybko sprowokowałem rozmowę na temat powołań.

– Ile macie postulantek? – zapytałem wiedziony ciekawością.
– W tym roku tylko dwadzieścia  – odpowiedziała.
,,TYLKO dwadzieścia? ” – od razu pomyślałem o naszym pijarskim nowicjacie, do którego z Polski nie zgłosił się w tym roku żaden kandydat. TYLKO dwadzieścia…

Ciągnąłem temat dalej. Siostra, której pochwaliłem się tym, że sam niedawno zostałem pijarskim powołaniowcem, zdradziła mi ich zakonny sekret.  – My się, proszę ojca, o powołania bardzo dużo modlimy. Osiem godzin dziennie posługujemy, resztę czasu mamy na modlitwę i na odpoczynek. Zwykle każda z naszych sióstr adoruje Najświętszy Sakrament po 2 – 3 godziny dziennie. Nie robimy żadnych akcji powołaniowych, nikogo nie ,,łowimy.”  Pan Jezus sam posyła do nas dziewczęta, bo przecież w Jego interesie jest to, żeby w naszej zakonnej kaplicy zawsze ktoś przy Nim był. Jeśli nie będzie sióstr, to On więcej czasu będzie musiał spędzać w kaplicy sam. A Pan Jezus bardzo nie lubi samotności – podsumowała z uśmiechem.

Słuchałem jej słów z uwagą, a jednocześnie robiłem sobie szybki rachunek sumienia. Ile ostatnio ja czasu poświeciłem na adorację? Dwadzieścia minut, trzydzieści… ? No, ostatnio troszkę więcej, bo u sióstr, gdzie przez ostatnie dni mieszkałem, kaplica była za ścianą.

I jeszcze jedna rzecz uderzyła mnie w tej zakonnicy. Ona cały czas gadała o … Jezusie. Mówiła o Ewangelii; o tym, jak Jezus pomagał jej na misjach w Afryce; dzieliła się doświadczeniem swojej wiary. Cały czas tylko Jezus… I co ciekawe, ludzie jadący w przedziale naprawdę jej słuchali. Była niezwykle autentyczna, prawdziwa, szczera… Była normalna.

Kiedy wysiadałem w Poznaniu, by przesiąść się do innego pociągu, siostra wyjęła z walizki pudełko jakby po landrynkach i każdemu z nas wręczyła medalik Niepokalanej. Kiedy wychodziłem, poprosiła mnie jeszcze o błogosławieństwo i zapewniła o swojej modlitwie. I o modlitwie za naszą zakonną powołaniówkę.

Tak było wczoraj. A ja jeszcze teraz zastanawiam się nad tym, jaki interes miał Jezus w tym, że w tak długim pociągu posadził mnie właśnie koło tej zakonnicy.

4 komentarze do “Jaki Jezus miał w tym interes…

  • 9 sierpnia 2014 o 7:41 pm
    Permalink

    no taki interes, żeby wreszcie dotarło, gdzie trzeba, bo przecież mówi o tym od dawna: za mało modlitwy, za mało rozmów z Nim, za mało milczenia z Nim, za mało rozmów z Maryją, czy godzin spędzonych na różańcu

    Odpowiedz
  • 11 sierpnia 2014 o 5:58 pm
    Permalink

    Myślę żę ojciec sam dojdzie po nitce do kłębka i z czasem zrozumie czego Pan Jezus od ojca oczekuje.Pozdrawiam

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia 2014 o 3:28 pm
    Permalink

    Piotrze to że jej ludzie naprawdę słuchali to sie domyślam dlaczego 🙂 sam się ostatnio dowiedziałem o tym jak rozmawiać z ludźmi jako ewangelizator. Ludzie jej słuchali dlatego że mówiła o swoich doświadczeniach, o Tym jak jej Jezus pomaga, a tego ludzie nie mogą podważyć bo to jej własne świadectwo 🙂 nie głosiła wszystkich praw kościelnych i wszystkich przepisów i wogle, bo wtedy ludzie łatwo zaczynają wdawać się w rozmowy i zadawać trudne pytania 🙂 Trzeba mówić o Jezusie ale o tym jak się samemu Go doświadcza 🙂

    Pozdrawiam Grzesiek zwany długim 🙂

    Odpowiedz
  • 31 października 2014 o 11:30 am
    Permalink

    A może u nas w parafii przy okazji 8 grudnia rozdać Cudowny Medalik? Mógłbym zakupić odpowiednią liczbę. Niech ksiądz da znać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.