Wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko czyli… o spowiedzi ciąg dalszy (cz.III)


Każdy spowiednik wie, że może penitentowi udzielić rozgrzeszenia tylko i wyłącznie wówczas, kiedy ten wyzna co najmniej jeden swój grzech. Jeśli nie wypowie żadnego grzechu – nie może być rozgrzeszenia, bo niby z czego?

Zdarzają się takie spowiedzi, kiedy ktoś przychodził do konfesjonału (np. w pierwszy piątek miesiąca) i mówił: ,,Nie mam grzechów, ale do spowiedzi przychodzę, bo dziś pierwszy piątek i trzeba.” Zwykle wtedy mówię, że wcale nie trzeba i wprowadzam w rozumowanie penitenta konsternację.
Ale, zostawmy to…
Nie są to na szczęście częste przypadki.

Są też inne spowiedzi – częstsze od wyżej wspomnianych. Takie, podczas których penitent wyznaje bardzo wiele różnych grzechów, ale … nie swoich. Spowiada się, ale od razu akcentuje, że jeśli o niego idzie, to on nie grzeszy. Za to jego żona/mąż, sąsiadka, teściowa… to dopiero zołzy i grzesznice. Wcale nierzadko zdarza się, że ktoś – oprócz swoich grzechów – przynosi do konfesjonału także grzechy swoich bliskich i mógłby o nich opowiadać bardzo długo, najlepiej na koniec potępiając i wydając wyrok.

Tymczasem spowiedź to nie kronika rodzinna czy wypominki. Spowiednika naprawdę nie obchodzi to, kto z kim, kiedy, za ile i dlaczego. Spowiednika interesuje tylko ta osoba, która właśnie klęczy przy kratkach konfesjonału i grzechy, z którymi przychodzi. Jej własne grzechy. Tylko tyle… Jeśli ktoś chce opowiadać o grzechach innych osób, może na przykład napisać jakiś kryminał. Papier przyjmie wszystko, a póki co konfesjonał na pewno nie jest odpowiednim miejscem na pragnie czyichś brudów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.