Problemu z brakiem cza­su nie roz­wiąże się przez pośpiech, lecz przez spokój – kard. Stefan Wyszyński

Od maja próbuję się umówić na kawę z moim starym znajomym. Obaj mieszkamy w Krakowie, więc teoretycznie spotkać się na godzinkę czy na dwie gdzieś na mieście nie powinno być wielkim problemem. A jednak problemem jest. Gdyby ta propozycja wyszła ode mnie, to pewnie miałbym jakieś podstawy (może nawet trochę naciągane), by uważać, że on po prostu nie ma ochoty na moje towarzystwo. Tymczasem to on pisze maile, dzwoni i zaprasza na kawę. Po czym – zdarza się, że nawet jeszcze tego samego dnia – odpisuje, że przeprasza, bo jednak nie może.

Praca, praca, praca… Jeden ważny projekt goni kolejny, jeszcze ważniejszy. Potem jakiś wyjazd, sympozjum, Cierpi na tym on sam, jego rodzice, znajomi… Bo choć wszyscy mamy tyle samo czasu (24h), to on nigdy czasu nie ma. Powiedział mi kiedyś – przepraszając za swoje zabieganie – że jak dostanie zawału, to najpierw do mnie zadzwoni. Wolałbym jednak, żeby nie dzwonił w takiej sprawie.

Coś w tym jednak jest… Ciągle w biegu. Bo praca, bo obowiązki, bo coś tam… Kiedyś próbowałem podpytać go o to, skąd się wziął u niego ten aktywizm. On w przypływie szczerości wyznał, że od dziecka ciągle miał wypełniony po brzegi plan dnia. Rodzice dbali o to, aby rozwijał się – jak mówili – wielostronnie. I tak po szkole siedział parę godzin na świetlicy (wtedy nie mieli jeszcze komputerów, więc razem z innymi godzinami musiał układać puzzle), potem tata pakował go w samochód i jechali na angielski (wtedy angielski nie był aż tak bardzo powszechny). Wieczorami jeszcze jakieś kółko matematyczne, bo matematyka zawsze go interesowała. Kiedy wieczorem wracał do domu, nie miał już ani czasu ani ochoty na siadanie do książek. Rodzice dbali, żeby wszystkie lekcje odrobił na świetlicy. I taki pędzący Krzysiu wyrósł na pędzącego Krzysztofa. ,,Nie mam czasu, zadzwonię później, przepraszam- teraz nie mogę.”

Już drugi rok uczę w szkołach, więc na bardzo podobny pęd patrzę od środka. Szkoła, świetlica, angielski, niemiecki, francuski, piłka, basen, ping-pong i badminton. Konie, fortepian, strzelectwo, szachy, jazda figurowa, hip-hop… Tych, którzy czytając tę wyliczankę uśmiechają się pod nosem zapewniam, że żadne z tych zajęć nie jest wyssane z palca. Dzieci naprawdę w takich zajęciach pozalekcyjnych uczestniczą. Są też tacy rekordziści, którzy codziennie mają ,,coś” i poza weekendami po południu w domu raczej nie bywają. Bywają wieczorami…

Pamiętam z dzieciństwa, że u mnie na wsi jedyną ,,atrakcją” w tygodniu była Msza św. w czwartki (kościół dojazdowy, więc ksiądz przyjeżdżał tylko w niedziele i w czwartki). Poza tym żadnych więcej atrakcji. Można było poganiać z kolegami po łąkach, posiedzieć na dworcu, pobiec na boisko. Można było jeszcze z tatą na ciągniku pojeździć, na rower z kolegą wyskoczyć. Ot, takie wiejskie atrakcje… 

W październiku na różaniec się chodziło, w maju na majówki do kościoła albo pod kapliczkę. I jakoś się żyło. Spokojnie, bez pośpiechu. I był czas, by z bliskim do stołu usiąść, porozmawiać, razem gdzieś pojechać, pospacerować.

Dziś wiele dzieci jest tego pozbawionych. Znam rodziny, gdzie nawet już stołu w mieszkaniu nie mają, bo przecież niepotrzebny, skoro każdy je obiad o inne porze. 

Jeśli ktoś roztropnie dawkuje dziecku takie czy inne zajęcia, dobrze. Trzeba się rozwijać. Ale jeśli ktoś chce ze swojego dziecka zrobić omnibusa w każdej dziedzinie i tak ustawia mu plan dnia, by w domu pojawiało się tylko na noc (niektórym rodzicom to pasuje, bo sami przecież też długo pracują), to takiemu malcowi pozostaje współczuć. Może i będzie kiedyś władał trzema językami i zagra w ping – ponga z zamkniętymi oczami, ale w sercu na zawsze zostanie pustka i głód spotkania z najbliższymi. Spotkań, których już nigdy nie da się nadrobić.