Po to ksiądz jest sam, żeby…

Jan Paweł II powiedział kiedyś do kapłanów: ,,Po to kapłani są sami, żeby inni ludzie sami nie byli.” Będąc seminarzystą nie rozumiałem do końca tych słów papieża. Co to znaczy: ,, … żeby inni sami nie byli?”

Dzisiaj – po prawie trzech latach kapłaństwa – wiem, co papież miał na myśli. I ciągle to zdanie sobie przypominam. W tym tygodniu wspomniałem je kilka razy. A to dlatego, że ten kończący się tydzień obfitował w wiele ciekawych i – po ludzku – trudnych do wytłumaczenia spotkań i rozmów.

Gdyby ktoś w styczniu powiedział mi, że będę niebawem rozmawiał z tą czy z inną osobą na takie czy inne tematy, nigdy bym nie uwierzył. A jednak…

Po to jestem sam, żeby inni sami nie byli… Czy – oprócz sprawowania sakramentów św. – może być w życiu księdza coś piękniejszego niż zwyczajne bycie dla innych?

Szczęście to je­dyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli – Albert Schweitzer

Całkiem niedawno wpadł mi w ręce pewien dość obszerny dokument dotyczący tematu powołań kapłańskich i zakonnych. Dokument ten miał rzucić nowe światło za sprawę powołań. I rzeczywiście rzucił.

IMGP1026
Z mojego prymicyjnego obrazka

Od kilku dni siedzi mi w głowie jedno zdanie z tego dokumentu: Zakonnik powinien wykazywać gotowość do podejmowania misji, powinien odznaczać się otwartością na ludzi i dawać świadectwo szczęścia.

Zostały mi w głowie szczególnie trzy ostatnie słowa: Dawać świadectwo szczęścia. Nie jest tajemnicą, że każdy z nas chce być szczęśliwy. Ludzie szczęśliwi od razu rzucają nam się w oczy, potrafimy wyłowić ich z bezimiennego tłumu. Więcej: szczęście jest zaraźliwe. Wolimy bardziej przebywać wśród szczęściarzy, niż wśród narzekaczy i malkontentów. A zatem – jako zakonnik – mam pokazywać innym, że jesteś szczęśliwy. Pytanie tylko: W jaki sposób mam to pokazywać?

Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się nad tym, gdzie ludzie mają w ogóle szansę spotkać księdza, żeby przekonać się o jego szczęściu.

Na pewno większość ludzi zna księdza przez pryzmat ołtarza. Bez wątpienia… Tylko czy we Mszy św. jest czas na to, by ksiądz manifestował to, że jest szczęśliwy? Chyba nie. Nie będzie przecież mówił na kazaniu o swoim szczęściu. To mogłoby zostać różnie odebrane. Chociaż czasami warto zaryzykować.

A konfesjonał? Może w konfesjonale? Też chyba nie bardzo, bo księdza znamy stamtąd raczej przez pryzmat trudnych tematów; grzechów, słabości, pokus. Trudno, by ksiądz chwalił się w takich chwilach swoją radością i doświadczeniem szczęścia.

Nie jest łatwo księdzu – ale na szczęście jest to możliwe – okazywać, że jest szczęśliwy nawet w szkolnej klasie. Z doświadczenia wiem, że raczej trudno jest się przez kilka godzin uśmiechać do uczniów. Czasem przecież trzeba zmarszczyć brwi i podnieść głos. A w takich sytuacjach żaden uczeń nie uwierzy w to, że ksiądz jest szczęśliwy.

I można by się jeszcze długo zastanawiać nad tym, co tu zrobić, by to szczęście kapłańskie było bardziej widoczne. Żeby nikt nie mówił, że ksiądz jest nieszczęśliwy, że pewnie męczy się w celibacie albo jest chory, bo się nie uśmiecha.

Wracam pamięcią do mojej młodości. Przez moją rodzinną parafię i przez parafieboisko sąsiednie przewinęło się wielu kapłanów. Nigdy jednak – na bazie moich obserwacji tylko i wyłącznie z kościoła – nie odważyłbym się powiedzieć, że któryś z nich był w kapłaństwie naprawdę szczęśliwy. Dopiero tzw. spotkania nieformalne otworzyły mi oczy. Kiedy zobaczyłem, że ksiądz Czesiek (swoją drogą salezjanin, a dziś właśnie wspominamy św. Jana Bosco – założyciela salezjanów) nie tylko ,,smutno” odprawia Mszę św., ale też poza nią świetnie gra na gitarze i potrafi się powygłupiać z ministrantami przy ognisku. Albo ks. Zdzisław, który na wyjazdach ministranckich potrafił nas tak rozśmieszać, że nie mogliśmy się uspokoić. Albo inny – ks. Zenek. Przy ołtarzu poważny, skupiony. W rzeczywistości ksiądz, z którym można było kraść przysłowiowe konie. A gdy miał dobry humor to nawet pozwolił nam pojeździć na tylnym zderzaku swojego malucha. Ksiądz Piotr też przy ołtarzu zawsze wydawał się mało szczęśliwy. Za to na pielgrzymkach, w prywatnych rozmowach i na wyjazdach na Lednicę przekonałem się, że w kapłaństwie czuje się jak ryba w wodzie. Naprawdę widziałem wtedy szczęśliwego kapłana.

Niech ten wpis będzie zachętą, byście spróbowali popatrzeć na Waszych księży od innej niż dotąd strony. Dzieci z mojej szkoły zdziwiły się kiedyś, gdy zobaczyły mnie na lekcji w spodniach, bez habitu. To ksiądz ma normalne nogi? – zapytał pierwszoklasista.

Spróbujcie spojrzeć na księży ,,normalnie.” Bo i księża są normalni (poza tymi, którzy są nienormalni, ale tych na szczęście jest niewielu 🙂 ). Może ten wpis będzie dla kogoś zachętą do tego, by odważył się zamienić słowo z księdzem, do którego czuje dystans albo niechęć. Tylko poznanie drugiego człowieka może doprowadzić nas do przekonania, że ten ktoś jest w tym, co robi naprawdę szczęśliwy.

Wracając do korzeni…

loreto
Sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej w Piotrkowicach

Czas iście błogosławiony… Za mną pięciodniowe rekolekcje. W ciszy, w samotności. W miejscu dalekim od codziennego zgiełku i pośpiechu. Z niemal zupełnie wyłączoną komórką, która w tych dniach spełniała bardziej rolę budzika niż telefonu.

Codzienne roraty o 7.oo, potem śniadanie i czas dla siebie i dla Niego. Z przerwą tylko na obiad i na kolację. Przez te kilka dni postanowiłem wrócić do korzeni. Oprócz jednej czy drugiej mądrej książki wziąłem ze sobą… korespondencję, jaką wymieniałem jeszcze będąc w świecie z ówczesnym pijarskim powołaniowcem. Listy sprzed lat…

Dawno temu wszystkie je przywiozłem ze sobą do Krakowa. W ciągu tych pięciu dni wróciłem do nich wszystkich… Ileż w nich wątpliwości, pytań, sugestii… Ile ciekawości, zastanawiania się nad tym, jak to będzie po tamtej stronie… Jak to będzie kiedyś w Zakonie…. Kiedyś…

Tym, którzy w powołaniu (nie tylko kapłańskim, ale też małżeńskim) przeżywają kryzys, sugeruje się zwykle, żeby wracali do początków. Do pierwotnego zauroczenia i zakochania. Do pierwszych randek i wieczornych rozmów przy blasku księżyca. Ja – choć dzięki Bogu kryzysu nie przeżywam – też, dzięki tej korespondencji sprzed lat, wróciłem do początków.  Nawet w podwójnym sensie, bo przecież właśnie w tym miejscu przeżywałem też swoje rekolekcje przed święceniami kapłańskimi.

mb loretoTo rekolekcyjne skupienie to przede wszystkim czas dziękowania… Dziękowania za wszystko, a szczególnie za powołanie. W codzienności nieraz umyka świadomość tego, że Bóg nas, kapłanów, obdarował. On – jeszcze zanim my powiedzieliśmy TAK – wiedział, co robi. Wiedział, że mimo tego wielkiego obdarowania, nadal będziemy słabi, grzeszni. Nadal będziemy się potykająć nawet na prostej drodze. A jednak nas wybrał – powołał – zaprosił – zaufał.

Po tych pięciu dniach zupełnej pustyni, mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że – choć są w kapłaństwie rzeczy, które zepsułem i łaski, które zmarnowałem – wybierając drugi raz, nie podjąłbym innej decyzji, jak tylko ta, którą podjąłem ponad dziesięć lat temu.

Bogu dzięki za czas tych rekolekcji… za łaskę powołania… za ludzi, którzy w tych dniach pamiętali. Bogu dzięki za Ciebie…

Po to ksiądz jest sam, żeby…

Wczoraj pisałem o rodzinie. Dziś troszeczkę o kapłaństwie będzie.

trudne pytanieCo jakiś czas spotykam się ze strony różnych osób z dziwnymi dla mnie pytaniami. Najwięcej dziwnych pytań zadają oczywiście dzieci. Czy ksiądz ma normalne nogi? – zapytała kiedyś dziewczynka z pierwszej klasy. Trudno się dziwić, że miała takie pytanie. Skąd mogła wiedzieć? Przecież ksiądz zawsze do szkoły w habicie przychodzi.

O dziwnych pytaniach, które jednak w ustach dzieci brzmią bardzo poważnie, można by pisać wiele. Dzieci jednak zadają też pytania, których nigdy nie odważyłbym się włożyć do szufladki z napisem: Dziwne. Ostatnio ktoś zapytał mnie, czy łatwo jest żyć bez żony i bez dzieci.

Pytanie bardzo trafione. Bo kogo o to zapytać, jeśli nie księdza _MG_2204właśnie? Czy łatwo jest żyć w samotności? Sam zadawałem sobie to pytanie jeszcze niedługo przed wstąpieniem. Pytałem wtedy siebie i Pana Boga o to, czy poradzę sobie w pojedynkę.  Zastanawiałem się nad tym, czy łatwiej być samotnym czy samym? To przecież różnica.

Przyznaję, jestem sam. To jednak wcale nie znaczy, że jestem samotny. Wielość i różnorodność osób, z którymi się spotykam, nie pozwala mi na doświadczanie samotności. A już na pewno nie w jakiś dramatyczny sposób. To prawda, że czasem chciałoby się nie tylko słuchać o ludzkich problemach (w życiu kapłańskim ksiądz zwykle robi za mikrofon i pozwala innym mówić), ale też wygadać się przed kimś. To takie bardzo normalne, bardzo ludzkie.

Pięknie powiedział kiedyś Jan Paweł II: ,,Po to ksiądz jest sam, żeby inni ludzie sami nie byli.” I trudno się z papieżem nie zgodzić. Wystarczy tylko, że wspomnę moją kilkunastomiesięczną posługę w Pogotowiu Duchowym. Ileż tam było wołania o bratnią duszę?

Ktoś kiedyś napisał, że ,,samotność kapłana przychodzi sama i trzeba mieć dla niej czas i cierpliwość. Nie wolno uciekać od niej do ludzi ani przepędzać jej kolejną aktywnością. Samotność jest konieczna dla kapłana, aby mógł być sam na sam ze sobą i z Bogiem. Nie ma modlitwy bez odosobnienia i nie ma przewodniczenia modlitwie bez zdrowego odseparowania. Samotność księdza nie wyklucza go ze wspólnoty, ale stawia go we właściwym miejscu.”

Tym, którzy chcą mnie uszczęśliwiać na siłę i postulują zniesienie celibatu zawsze tłumaczę, że gdybym był żonaty, nigdy nie mógłbym poświęcić dla innych tyle czasu, ile potrzebują. Która żona puściłaby mnie na kilkunastodniowy wyjazd z cudzymi dziećmi nad morze albo w góry?

Mądre przeżywanie celibatu i doświadczeń płynących z kapłańskiej samotności może być dla księdza naprawdę zbawienne. To jednak nie zmienia faktu, że niektórzy duchowni z tym sobie nie radzą. Proszę Was zatem – a na tym blogu czynię to często – o modlitwę za tych kapłanów, którym trudno.

Modlimy się o święte…

Pierwszy czwartek miesiąca to w Kościele dzień, w którym wspominamy ustanowienie dwóch sakramentów. Eucharystii i Kapłaństwa. Nie byłoby Eucharystii, gdyby nie było kapłanów, dlatego tak bardzo potrzeba modlitwy za kapłanów i o nowych kapłanów.

Generalnie potrzeba modlitwy o nowe powołania. Kiedyś mówiło się: ,,prosimy o nowe, liczne i święte powołania.” Dziś chyba coraz rzadziej modlimy się o liczne. Mogą nie być liczne, byle były święte. Nie ilość (choć też jest ważna), ale jakość…

Rozeznawaniu powołania służą różne organizowane przez Kościół akcje. Ja sam mam już na koncie organizowanie i prowadzenie wielu turnusów. Każde rekolekcje czy dni skupienia to czas wyjątkowy. A najpiękniejsze momenty to te, w których młodzi ludzie wracają, przyjeżdżają na kolejny turnus. Mam takie doświadczenie z ostatnich tygodniu. Cztery lata temu w Łowiczu prowadziłem Dni Skupienia dla chłopaków. Przyjechali z różnych okolic, m.in. z ok. Lublina. Zostały wspomnienia i zdjęcia. Ale chyba coś jeszcze, bo całkiem niedawno jeden z uczestników tamtych rekolekcji, właśnie z o. Lublina, zaczął studiować w Krakowie. Postanowił odświeżyć stare znajomości i … poprosił mnie o poprowadzenie adwentowych dni skupienia dla grupy, w której działa.

No i w ten właśnie sposób przygotowuję kolejny turnus dla młodych. Jeśli ktoś z młodzieży męskiej chciałby wziąć udział w takim adwentowym skupieniu – zapraszam. Zaczynamy już w piątek 13 grudnia o 19.00. Oczywiście w kościele na Wieczystej.

Mamy też propozycję dla dziewcząt – siostry pijarki przygotowały nawet prezentację, którą znajdziecie na stronie:  http://pijarki.pl/

Byłoby pięknie, gdyby również te rekolekcje spotkały się z Waszym zainteresowaniem. A wszystkich tych, którzy na rekolekcje się nie wybierają i tych, którzy już nie należą do (!!!) młodego pokolenia, proszę o modlitwę w intencji tych, którzy poszukują.