Nie wolno zapominać…

Jakiś czas temu przeczytałem książkę – wywiad z arcybiskupem przemyskim Józefem Michalikiem. Wiele ciekawych wypowiedzi i spostrzeżeń. Wiele uwag i sugestii, wartych przemyślenia i wcielenia w życie. Od razu po odłożeniu książki na półkę, powiesiłem sobie na drzwiach kartkę ze słowami, które najbardziej mnie uderzyły. Przywołuję te słowa dzisiaj, bo dziś właśnie Dzień Dwóch Sakramentów:

IMGP1273

Serce jak … tramwaj

tramwajWciąż jeszcze kilka myśli o kapłaństwie. Bo jakże tu o nim nie pisać? Przecież to całe moje życie.

Jan Paweł mówił o kapłańskiej samotności: ,,Po to kapłan jest sam, żeby inni sami nie byli.” A dziś inny cytat, równie znanego kapłana. I to cytat wcale nie stojący w sprzeczności z powyższym. Ojciec Leon Knabit OSB, bo o nim myślę, w jednej ze swoich książek napisał: ,,Ksiądz musi mieć serce jak tramwaj, to znaczy, że powinien wszystkich do niego wpuszczać.

Ciągnąc dalej ten wątek można śmiało powiedzieć, że serce – tramwaj to nie tylko przywilej kapłana. Każdy powinien mieć takie serce. Bo przecież do tego zobowiązuje nas przykazanie miłości Boga i bliźniego.

Po to ksiądz jest sam, żeby…

Jan Paweł II powiedział kiedyś do kapłanów: ,,Po to kapłani są sami, żeby inni ludzie sami nie byli.” Będąc seminarzystą nie rozumiałem do końca tych słów papieża. Co to znaczy: ,, … żeby inni sami nie byli?”

Dzisiaj – po prawie trzech latach kapłaństwa – wiem, co papież miał na myśli. I ciągle to zdanie sobie przypominam. W tym tygodniu wspomniałem je kilka razy. A to dlatego, że ten kończący się tydzień obfitował w wiele ciekawych i – po ludzku – trudnych do wytłumaczenia spotkań i rozmów.

Gdyby ktoś w styczniu powiedział mi, że będę niebawem rozmawiał z tą czy z inną osobą na takie czy inne tematy, nigdy bym nie uwierzył. A jednak…

Po to jestem sam, żeby inni sami nie byli… Czy – oprócz sprawowania sakramentów św. – może być w życiu księdza coś piękniejszego niż zwyczajne bycie dla innych?

Szczęście to je­dyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli – Albert Schweitzer

Całkiem niedawno wpadł mi w ręce pewien dość obszerny dokument dotyczący tematu powołań kapłańskich i zakonnych. Dokument ten miał rzucić nowe światło za sprawę powołań. I rzeczywiście rzucił.

IMGP1026
Z mojego prymicyjnego obrazka

Od kilku dni siedzi mi w głowie jedno zdanie z tego dokumentu: Zakonnik powinien wykazywać gotowość do podejmowania misji, powinien odznaczać się otwartością na ludzi i dawać świadectwo szczęścia.

Zostały mi w głowie szczególnie trzy ostatnie słowa: Dawać świadectwo szczęścia. Nie jest tajemnicą, że każdy z nas chce być szczęśliwy. Ludzie szczęśliwi od razu rzucają nam się w oczy, potrafimy wyłowić ich z bezimiennego tłumu. Więcej: szczęście jest zaraźliwe. Wolimy bardziej przebywać wśród szczęściarzy, niż wśród narzekaczy i malkontentów. A zatem – jako zakonnik – mam pokazywać innym, że jesteś szczęśliwy. Pytanie tylko: W jaki sposób mam to pokazywać?

Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się nad tym, gdzie ludzie mają w ogóle szansę spotkać księdza, żeby przekonać się o jego szczęściu.

Na pewno większość ludzi zna księdza przez pryzmat ołtarza. Bez wątpienia… Tylko czy we Mszy św. jest czas na to, by ksiądz manifestował to, że jest szczęśliwy? Chyba nie. Nie będzie przecież mówił na kazaniu o swoim szczęściu. To mogłoby zostać różnie odebrane. Chociaż czasami warto zaryzykować.

A konfesjonał? Może w konfesjonale? Też chyba nie bardzo, bo księdza znamy stamtąd raczej przez pryzmat trudnych tematów; grzechów, słabości, pokus. Trudno, by ksiądz chwalił się w takich chwilach swoją radością i doświadczeniem szczęścia.

Nie jest łatwo księdzu – ale na szczęście jest to możliwe – okazywać, że jest szczęśliwy nawet w szkolnej klasie. Z doświadczenia wiem, że raczej trudno jest się przez kilka godzin uśmiechać do uczniów. Czasem przecież trzeba zmarszczyć brwi i podnieść głos. A w takich sytuacjach żaden uczeń nie uwierzy w to, że ksiądz jest szczęśliwy.

I można by się jeszcze długo zastanawiać nad tym, co tu zrobić, by to szczęście kapłańskie było bardziej widoczne. Żeby nikt nie mówił, że ksiądz jest nieszczęśliwy, że pewnie męczy się w celibacie albo jest chory, bo się nie uśmiecha.

Wracam pamięcią do mojej młodości. Przez moją rodzinną parafię i przez parafieboisko sąsiednie przewinęło się wielu kapłanów. Nigdy jednak – na bazie moich obserwacji tylko i wyłącznie z kościoła – nie odważyłbym się powiedzieć, że któryś z nich był w kapłaństwie naprawdę szczęśliwy. Dopiero tzw. spotkania nieformalne otworzyły mi oczy. Kiedy zobaczyłem, że ksiądz Czesiek (swoją drogą salezjanin, a dziś właśnie wspominamy św. Jana Bosco – założyciela salezjanów) nie tylko ,,smutno” odprawia Mszę św., ale też poza nią świetnie gra na gitarze i potrafi się powygłupiać z ministrantami przy ognisku. Albo ks. Zdzisław, który na wyjazdach ministranckich potrafił nas tak rozśmieszać, że nie mogliśmy się uspokoić. Albo inny – ks. Zenek. Przy ołtarzu poważny, skupiony. W rzeczywistości ksiądz, z którym można było kraść przysłowiowe konie. A gdy miał dobry humor to nawet pozwolił nam pojeździć na tylnym zderzaku swojego malucha. Ksiądz Piotr też przy ołtarzu zawsze wydawał się mało szczęśliwy. Za to na pielgrzymkach, w prywatnych rozmowach i na wyjazdach na Lednicę przekonałem się, że w kapłaństwie czuje się jak ryba w wodzie. Naprawdę widziałem wtedy szczęśliwego kapłana.

Niech ten wpis będzie zachętą, byście spróbowali popatrzeć na Waszych księży od innej niż dotąd strony. Dzieci z mojej szkoły zdziwiły się kiedyś, gdy zobaczyły mnie na lekcji w spodniach, bez habitu. To ksiądz ma normalne nogi? – zapytał pierwszoklasista.

Spróbujcie spojrzeć na księży ,,normalnie.” Bo i księża są normalni (poza tymi, którzy są nienormalni, ale tych na szczęście jest niewielu 🙂 ). Może ten wpis będzie dla kogoś zachętą do tego, by odważył się zamienić słowo z księdzem, do którego czuje dystans albo niechęć. Tylko poznanie drugiego człowieka może doprowadzić nas do przekonania, że ten ktoś jest w tym, co robi naprawdę szczęśliwy.

Wracając do korzeni…

loreto
Sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej w Piotrkowicach

Czas iście błogosławiony… Za mną pięciodniowe rekolekcje. W ciszy, w samotności. W miejscu dalekim od codziennego zgiełku i pośpiechu. Z niemal zupełnie wyłączoną komórką, która w tych dniach spełniała bardziej rolę budzika niż telefonu.

Codzienne roraty o 7.oo, potem śniadanie i czas dla siebie i dla Niego. Z przerwą tylko na obiad i na kolację. Przez te kilka dni postanowiłem wrócić do korzeni. Oprócz jednej czy drugiej mądrej książki wziąłem ze sobą… korespondencję, jaką wymieniałem jeszcze będąc w świecie z ówczesnym pijarskim powołaniowcem. Listy sprzed lat…

Dawno temu wszystkie je przywiozłem ze sobą do Krakowa. W ciągu tych pięciu dni wróciłem do nich wszystkich… Ileż w nich wątpliwości, pytań, sugestii… Ile ciekawości, zastanawiania się nad tym, jak to będzie po tamtej stronie… Jak to będzie kiedyś w Zakonie…. Kiedyś…

Tym, którzy w powołaniu (nie tylko kapłańskim, ale też małżeńskim) przeżywają kryzys, sugeruje się zwykle, żeby wracali do początków. Do pierwotnego zauroczenia i zakochania. Do pierwszych randek i wieczornych rozmów przy blasku księżyca. Ja – choć dzięki Bogu kryzysu nie przeżywam – też, dzięki tej korespondencji sprzed lat, wróciłem do początków.  Nawet w podwójnym sensie, bo przecież właśnie w tym miejscu przeżywałem też swoje rekolekcje przed święceniami kapłańskimi.

mb loretoTo rekolekcyjne skupienie to przede wszystkim czas dziękowania… Dziękowania za wszystko, a szczególnie za powołanie. W codzienności nieraz umyka świadomość tego, że Bóg nas, kapłanów, obdarował. On – jeszcze zanim my powiedzieliśmy TAK – wiedział, co robi. Wiedział, że mimo tego wielkiego obdarowania, nadal będziemy słabi, grzeszni. Nadal będziemy się potykająć nawet na prostej drodze. A jednak nas wybrał – powołał – zaprosił – zaufał.

Po tych pięciu dniach zupełnej pustyni, mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że – choć są w kapłaństwie rzeczy, które zepsułem i łaski, które zmarnowałem – wybierając drugi raz, nie podjąłbym innej decyzji, jak tylko ta, którą podjąłem ponad dziesięć lat temu.

Bogu dzięki za czas tych rekolekcji… za łaskę powołania… za ludzi, którzy w tych dniach pamiętali. Bogu dzięki za Ciebie…