Ja nigdy nie będę mógł tak powiedzieć…

Ewangelia wg św. Mateusza 3,13-17

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» Jezus mu odpowiedział: «Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A oto głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie».

Wczoraj – pierwszy raz w tym roku – kolędowałem. Praca w Seminarium nie wymaga ode mnie chodzenia po domach z wizytą duszpasterską, ale czasem dołączam do zespołu naszych ojców z parafii i idę. Oczywiście, wcześniej każdemu z nas proboszcz przynosi odpowiedni pakiet kart kolędowych. Jeśli tylko mam czas, jeszcze przed wyjście z domu, przeglądam te karty, choć nazwiska w zdecydowanej większości nic mi nie mówią. A i ja jestem Parafianom raczej mało znany. Znają mnie przede wszystkim ci, którzy chodzą w niedzielę na naszą seminaryjną Mszę św. o 8.30. Ci, którzy chodzą do kościoła wcześniej lub później po prostu mnie w nim nie widują. Kiedy mi mówią, że z kościoła mnie nie kojarzą, odpowiadam pół żartem, pół serio, że ja jestem takim księdzem, co to do kościoła nie chodzi. Ale wróćmy do kartotek parafialnych.

Obok imion i nazwisk widnieje tam zawsze data urodzenia danej osoby. I właśnie wczoraj trafiło mi się kilka rodzin, w których rodzice mieli dokładnie tyle samo lat, co ja. Jakoś mocno dotarło do mnie wczoraj to, że niektórzy moi rówieśnicy mają już dzieci… pełnoletnie.

Może Was zdziwiło to, co napisałem, ale dla mnie było to wczoraj wielkie odkrycie. Gdybym nie był księdzem, mógłbym mieć syna, który może nawet byłby już pełnoletni.

Nie, nie żałuję, że wybrałem celibat i kapłaństwo, ale ta myśl o synu, którego nie mam, wróciła do mnie dziś znów w czasie Ewangelii. Pomyślałem o nim w momencie, kiedy diakon czytał ostatnie zdania o tym, że głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie».

Z jak ogromną mocą Bóg musiał wypowiedzieć te słowa: ,,To jest mój Syn…”? Może nawet je wykrzyczał? Tak jak nie jeden ojciec z ogromnym naciskiem wskazuje na swojego syna, kiedy ten zrobi coś dobrego, osiągnie jakiś sukces, kiedy inni go chwalą. Nie jeden ojciec pęka wtedy z dumy i mówi: To jest móóóóóóóóóóóóój syn!!!!

Ja nigdy nie będę mógł tak powiedzieć. Czy żałuję? Nie… Pan Bóg brak dzieci biologicznych umiejętnie rekompensuje mi całkiem sporą gromadką młodych i nie tylko, dla których jestem ojcem… duchownym. Myślę jednak o tych słowach Boga Ojca, bo motywują mnie one do jednej rzeczy – do tego, by żyć tak, aby Bóg był dumny także i ze mnie. Żeby On, patrząc na mnie, mógł z dumą wykrzyczeć (tak jak nad Jordanem) że jestem Jego umiłowanym synem.

Ten tytuł zobowiązuje. Ten tytuł wymaga. Na ten tytuł staram się sobie zasłużyć, choć faktem jest, że będę dzieckiem Boga nawet wtedy, kiedy okażę się największym draniem i łajdakiem. Nawet największy mój grzech nie jest w stanie usunąć mnie z grona Jego umiłowanych dzieci. I to jest najlepsza Dobra Nowina, jaką w życiu słyszałem.

2 komentarze do “Ja nigdy nie będę mógł tak powiedzieć…

  • 12 stycznia 2020 o 6:00 pm
    Permalink

    A ja żałuję, że nie będę miał dziecka swojego, pomimo, że mam dzieci duchowe. Tego pragnienia nawet sam Bóg nie zabierze… Sam Bóg nawet miał swojego Synaale idzmy do przodu i róbmy swoje

    Odpowiedz
    • 12 stycznia 2020 o 6:04 pm
      Permalink

      Pragnienie to jedno, a żal to drugie. Idźmy do przodu i róbmy swoje 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.