Niech Nowy 2014 Rok będzie dla Was wszystkich czasem łaski.
Życzę Wam, by Pan błogosławił wszystkim Waszym dobrym zamiarom i pragnieniom. Niech oddala to wszystko, co odbierać będzie Wam uśmiech i burzyć pokój w Waszych sercach.

Niech ten Nowy Rok będzie czasem, w którym jeszcze bardziej
niż dotychczas poczujecie, że Pan jest blisko.

kwiatDziś o północy będę sprawował Eucharystię.
W tej modlitwie i Wy będziecie obecni.
Niech ten czas będzie błogosławiony
dla każdego i każdej z Was.

 

Hej kolęda, kolęda…

Bardzo lubię ten poświąteczny czas. Z jednej strony pewnie dlatego, że ciągle jeszcze wszyscy żyjemy klimatem Bożego Narodzenia, śpiewamy kolędy, itp. Z drugiej strony dlatego, że po świętach opada już szał tych wszystkich przygotowań. Nie ma już kolejek przy konfesjonałach, znika szał przedświątecznych zakupów, nie ma tej całej bieganiny. Jest za to leniwe odliczanie do Sylwestra.

 

koędaChyba we wszystkich parafiach czas poświąteczny oznacza jedno: kolęda. Ja już po raz drugi kolęduję po Wieczystej.  Jak to mówi moja znajoma: ,,zbieram duszpasterskie szlify jako owca posłana między wilki.”

Przyznam jednak, że ani owcą się nie czuję, ani Parafian naszych jak wilki nie traktuję. Przeciwnie… W wielu domach czuję się jak u siebie. I chociaż kolęda to czas nie zawsze łatwy (bo przecież poza nią są też normalne zajęcia i obowiązki – chociażby katecheza w szkołach), to jednak lubię kolędować. To taka odskocznia od codzienności, wyrwanie się z domu, pójście między ludzi.

hshaNawiedzać domy Parafian to jednak za mało. Trzeba jeszcze coś więcej. Trzeba się uśmiechać, zażartować (- Nie macie pieska? – Nie, u nas teściowa domu pilnuje.), trzeba umieć zagadnąć, poradzić, wysłuchać, pocieszyć. W każdym mieszkaniu spotyka się przecież innych ludzi. W każdym domu inne problemy, inne choroby, inne tematy. W jednym domu trzeba być jak mikrofon – po prostu pozwolić ludziom się wygadać, wyżalić. W innym domu samemu trzeba prowokować rozmowę, bo domownicy są – delikatnie mówiąc – mało wylewni. Trzeba ich po prostu ciągnąć za język.

Z kilkuletniego doświadczenia wiem, że są mieszkania, gdzie najchętniejhernata bym nie wchodził, bo już od progu widać, że zionie przysłowiowym chłodem. ( – Nie wpuszczę was do domu, bo tyle się o was w telewizji nasłuchałem i wiem, jacy jesteście – autentyk z wczoraj). Nawet jeśli ktoś taki wpuści księdza, to i tak atmosfera jest wtedy zwykle mało przyjemna. Są jednak i takie mieszkania (i na szczęście tych jest zdeeeeeecydowana większość), z których najchętniej by się nie wychodziło. Mam w pamięci taki dom: trzypokoleniowa rodzina, wspólna modlitwa, pokropienie mieszkania i … procesja z darami: babcia przyniosła herbatkę, mama tacę z szarlotką, syn położył na stole bombonierkę. Można było siedzieć i słuchać. Siedzieć, słuchać i jeść…
I tyć – rzecz jasna.

Oj, mamy szczęście do tych naszym Parafian. Nie to co mój kolega – wikary z pewnego miasteczka na Pomorzu. W tamtym roku w kopercie dostał … pociętą gazetę. Uśmiałem się jak mi to opowiadał. Może dlatego, że u nas kopert się nie zbiera. Aż się boję pomyśleć, co ja mógłbym znaleźć w kopercie. Może reklamę jakiegoś salonu fryzjerskiego?

Modlitwa wedlug Franciszka…

Dziś oddaję głos papieżowi Franciszkowi. Francesca Ambrogetti
i Sergio Rubin w książce pt.
Jezuita stawiają ówczesnemu kardynałowi Bergoglio pytanie: Czym według Księdza Kardynała powinna być modlitwa?

papaPapież odpowiada: Moim zdaniem modlitwa powinna być w pewnym sensie doświadczeniem poddania się, oddania, gdy cała nasza istota wchodzi w obecność Boga. To tam odbywa się dialog, słuchanie, przemiana. Modlić się to patrzeć na Boga, ale przede wszystkim czuć, że On patrzy na nas.  Czasem doświadczenie religijne pojawia się, gdy np. modlę się na różańcu lub psalmami albo kiedy z wielką radością i zaangażowaniem odprawiam Eucharystię. Ale najgłębsze doświadczenie religijne przeżywam, gdy staję, nie wyznaczając sobie żadnego czasu, przed tabernakulum. Niekiedy zasypiam na siedząco, pozwalając, by On na mnie patrzył. Czuję się wtedy, jakbym był w ręku Kogoś, jakby Bóg brał mnie za rękę.

Kochać – jak to łatwo powiedzieć…

Kiedyś – kilka dni po beatyfikacji Jana Pawła II – ukazał się w jednej z lokalnych gazet wywiad z pewnym księdzem z Krakowa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie tytuł: ,,Byłem przyjacielem papieża.”

Tytuł okazał się dość prowokacyjny. Szybko znalazły się osoby (również w gronie księży), które zorientowały się, że przecież papież Jan Paweł II wspomnianego księdza nigdy przyjacielem nie nazwał. ,,Samozwańczy przyjaciel papieża” – drwili niektórzy.

Sytuacja trochę niesmaczna, wszak ów kapłanjan żyje ciągle i pewnie łatka ,,przyjaciela” ciągle mu towarzyszy. Ale chyba dziwić się za bardzo tym nie powinniśmy. Wszak w dzisiejszej Ewangelii sytuacja jest dość podobna. Oto wspominany dziś w liturgii św. Jan Apostoł i Ewangelista pisze słowa, które niejednego zastanowić winny.

Czytamy: Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena pobiegła i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono».

Wiemy, że ów drugi uczeń wymieniany obok Piotra to … sam Jan we własnej osobie. Jak więc może on o sobie samym pisać, że jest ,,uczniem, którego Jezus kochał?” Czy inni Apostołowie – dokładnie tak, jak niektórzy krakowscy księża – nie mieliby prawa obruszyć się na Jana? Czy można przypuszczać, że Jezus – mówiąc językiem Ewangelii – nie kochał pozostałych Apostołów? Takich pytań można postawić jeszcze wiele.

To, co bez wątpienia przemawia na korzyść tego najmłodszego z grona Dwunastu to fakt, że właśnie on jako jedyny pojawił się na Golgocie pod krzyżem. Jako jedyny otrzymał w opiekę Maryję. To oczywiście coś znaczy. Ale czy to daje mu prawo do tego, aby samego siebie nazywać ukochanym?

Oczywiście, troszkę Was tym tekstem prowokuję, bo nie chodzi tutaj przecież o żadną pychę i chore, wygórowane ambicje Jana. Tutaj mowa jest o czymś więcej – o relacji ucznia do Mistrza i Mistrza do ucznia. Jan po prostu pisze o tym, co czuje. I nie ma to nic z tym, co jest prawdziwą plagą w naszych środowiskach – z porównywaniem się z innymi. Jan po prostu tę miłość Jezusa do siebie czuł. Czuł się kochany i był o tej miłości głęboko przekonany. Zresztą to właśnie on w swoim Liście napisał, że Bóg jest Miłością (1J 4,8).

Jeśli czegokolwiek moglibyśmy Janowi pozazdrościć, to właśnie tego, że był przekonany i odczuwał to, że Jezus go kocha. Dzisiaj – trzeba sobie to szczerze powiedzieć – często spotkać można ludzi, którzy mówią coś zupełnie przeciwnego: Bóg mnie nie kocha, Bóg o mnie zapomniał. Dlatego czytając tę dzisiejszą Ewangelię warto zatrzymać się nad tym fragmentem i postawić sobie proste pytanie: Czy czuję, że jestem przez Jezusa kochany? Jeśli tak, to czymś naturalnym będzie odwzajemnianie mojej miłości do Niego. A jeśli nie, to zastanowię się nad tym, dlaczego tak właśnie się dzieje.
Taka refleksja powinna przynieść dobre owoce. Powodzenia…

Każdy powinien być dobry jak chleb…


„… Jest w moim kra­ju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
przy wzejściu pier­wszej gwiaz­dy wie­czor­nej na niebie,
ludzie gniaz­da wspólne­go łamią chleb Biblijny,
naj­tkliw­sze prze­kazując uczu­cia w tym chlebie…”

(C.K. Norwid)

Uśmiałem się niedawno całkiem dobrze, gdy usłyszałem, że pewien starszy ksiądz, prowadząc kiedyś w jakiejś parafii rekolekcje adwentowe, przemówił do parafian: ,,Moi drodzy. Już niebawem będziemy przeżywali święta Bożego Narodzenia. Weźmiemy do ręki opłatek. Ale zanim się tym opłatkiem podzielimy, musimy sobie nawzajem przebaczyć. Jeśli ktoś nie chce przebaczyć drugiemu, lepiej, żeby nie brał opłatka do ręki. Lepiej, żeby się podzielił starą podeszwą od buta.”

oplKtoś, słysząc takie słowa, mógłby się obruszyć i przyznam, że moim zdaniem miałby do tego prawo. Ale że działo się to dawno temu, wszystko rozeszło się po kościach. Tak czy inaczej warto zastanowić się nad sensem łamania się opłatkiem. To oczywiście nawiązanie do Chleba eucharystycznego, którym jesteśmy obdzielani w czasie Mszy św. Warto jednak zastanowić się nad jeszcze głębszą symboliką.

Kiedy ja myślę o opłatku, jakoś mimowolnie przypominają mi się słowa św. brata Alberta: ,,Trzeba być dobrym jak chleb, aby każdy, kto jest głodny mógł podejść do nas, ułamać i najeść się do syta.”
I chyba o to w tym wszystkich chodzi. O to, byśmy uświadomili sobie, że dla każdego człowieka mamy być po prostu dobrzy jak chleb.
W praktyce wychodzi to bardzo różnie. I dlatego jest ten opłatek. Ma być dla nas swoistym wyrzutem sumienia, kiedy trzeba stanąć przed kimś, z kim może nie zawsze jest nam po drodze. Ten biały chleb powinien nam przypominać, że każdy człowiek zasługuje na naszą dobroć i nasze przebaczenie.

Czasem są tacy, którzy dzielą się opłatkiem dlatego, że tak wypada, że to tradycja, że wszyscy tak robią. Ale kultywowanie tej tradycji dla niej samej to za mało. W tym wszystkim powinna być miłość i przebaczenie. Jeśli tego nie ma, może rzeczywiście lepiej poszukać gdzieś starego buta…