Monitor – okno na świat


Chodząc po kolędzie spotkałem wiele ciekawych osób. To prawda, każda ze spotkanych osób jest ciekawa, oryginalna, itp. Ale niektóre osoby są ciekawe przez to, czym się zajmują.

I tak, spotkałem zawodowego nurka, który próbował mnie zarazić pasją schodzenia pod wodę. Nie dałem się, nurkiem nie będę. Spotkałem panią, która zna esperanto (przynajmniej tak twierdzi). Spotkałem też Rafała, chłopaka z mojego rocznika, który na co dzień pracuje w pewnym, dobrze wszystkim znanym portalu internetowym. A że i ja dobrze znam ten portal (mam na nim nawet swoją pocztę), to postanowiłem zasięgnąć języka co do tego, jak ta praca wygląda od środka.

Ściąganie informacji z innych źródeł, czytanie ich, edycja tekstu, dopisywanie czegoś od siebie i… tekst gotowy. Wszystko oficjalnie musi być potwierdzone, ale czasem się zdarza, że ktoś napisze za dużo i jest wpadka. Rafał i jego koledzy mają co robić.

Dziesiątki, jeśli nie setki informacji dziennie, pojawiają się na głównych stronach wszystkich portali informacyjnych. Niektóre są ważne i nie powinno się ich ignorować. Inne bardzo prymitywne, by nie powiedzieć głupie. Jesteśmy wciąż zalewani różnymi informacjami. Tylko czy przysłowiowy Kowalski rzeczywiście musi wiedzieć o tym, że jakaś celebrytka walczy z cellulitem, albo że żona jakiegoś aktora ,,wychodzi z cienia”?

To prawda, zawsze można wyłączyć komputer. Odciąć się od tego, czym zalewa nas świat. Ale to nie jest takie proste. Internet wciąga… A nawet, jeśli komuś uda się powiedzieć internetowi STOP, to i tak pytanie o sensowność niektórych informacji  pozostanie. Warto chyba zapamiętać słowa jednego z moich Współbraci: To nie ty bawisz się internetem, to internet bawi się tobą. 

Wierny do końca – o Janie Chrzcicielu

Dziś w Ewangelii o Janie Chrzcicielu. Bardzo lubię ten fragment. Może dlatego, że opowiadana jest tam historia wyjątkowego człowieka.

Czymś, co charakteryzowało ostatniego proroka Starego Testamentu, było jego zdecydowanie i bezkompromisowość. Jan nie dbał o to, co powiedzą inni, nie udawał, nie grał, nie próbował komukolwiek się przypodobać, nie zakładał masek, nie był chorągiewką. Nie uląkł się faryzeuszy, nie wycofał się przed Herodem, nie spokorniał przed pełnym nienawiści spojrzeniem Herodiady. Na zawsze pozostał wierny swoim przekonaniom i powołaniu. Tę wierność przypłacił własnym życiem.

Bez wątpienia był odważnym człowiekiem. Gdy zginął miał niewiele ponad 30 lat. Prawie tyle, co ja…

Czego człowiek o tak surowej regule życia może nauczyć dzisiaj nas, którzy  mniej lub bardziej udolnie idziemy za Jezusem, naszym Bogiem i Panem?
Na pewno możemy się od niego uczyć konsekwentnego pełnienia woli Bożej. Pokazuje nam bowiem, jak nie poddać się presji społeczeństwa. Jak nie ulec ludzkiemu gadaniu, opiniom i sądom. Pokazuje, że w życiu duchowym nie wolno nam iść na kompromisy.

Naprawdę jaki jestem nie wie nikt…

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze byłem początkującym klerykiem, pewien znajomy ksiądz powiedział mi zdanie, które pamiętam do dziś: Piotrze, zapamiętaj sobie jedno: szatan nie boi się księdza, który cały czas siedzi na plebani.

Ciekawe… Ksiądz na pewno wie, co mówi. Sam ma już za sobą kilkadziesiąt lat kapłaństwa. I choć pewnie niejeden mógłby mu coś zarzucić, to jednak na pewno nie można mu zarzucić tego, że on ,,siedzi na plebani.”

Szatan nie boi się księdza, który zamyka się w swoim pokoju i którego posługa ogranicza się tylko o obowiązkowych celebracji. Potrzeba czegoś więcej… spotkania, rozmowy, uśmiechu.

Zastanawiam się czasem, jak patrzą na mnie ludzie. Co oni w zasadzie o mnie mogą wiedzieć? Znają mnie z celebracji Mszy św. (wtedy jestem skupiony i poważny).
Z moich kazań wiedzą, co myślę (kazania z dziećmi staram się prowadzić w atmosferze radości). Spotykają się ze mną w konfesjonale (znów jestem poważny i wyciszony), dzieci i rodziców spotykam w szkole (gwar, hałas, zabieganie). Znają mnie ministranci, odrobinę poznali mnie ci, których odwiedziłem z kolędą (średnio 14 minut  w każdym domu). I chyba tyle… Jaki można mieć obraz kogoś, kogo spotyka się raz, dwa razy w tygodniu?

Mam niedosyt. Lubię poznawać nowych ludzi, lubię rozmawiać, słuchać, wspólnie coś planować. Myślę, że brak powołań i fałszywy obraz życia kapłańskiego to w znacznej mierze nasza – kapłanów zasługa. Potrzeba naszej otwartości. Otwartości i odwagi w wychodzeniu do innych.


Maryja naszą Przewodniczką na drogach wiary

Jeśli chcemy obrać Boga jako Ideał naszego życia, jeśli pragniemy postawić Go na pierwszym miejscu, to również pierwsze miejsce w naszym sercu musi zajmować Jego Słowo. Ono powinno być ponad wszystkim innym. Wobec Niego każda inna rzecz powinna stać się dla nas w pewnym sensie obojętna. Nic innego nie powinno mieć w naszym życiu większego znaczenia. Istotne jest, żeby żyć Słowem – tak pisała przed laty Chiara Lubicz, założycielka Ruchu Focolari.

Słowa te odnoszą się do każdego, kto chce uczynić Jezusa Panem swojego życia. Ale w sposób szczególny słowa te skierowane są do tych, którzy w swoim sercu odczytują głos Bożego powołania. Nie da się dobrze odczytać woli Bożej bez wcześniejszego wsłuchania się w Słowo. Nie można rozeznać życiowej drogi bez konfrontacji z Ewangelią Jezusa Chrystusa. Jego Słowo rozprasza ciemności i jest lampą dla naszych stóp.

Ten tekst jest tylko jednym z wielu, jakie pojawiać się będą w tej kategorii. Bardzo bym chciał, aby Osoby, o których tutaj będę pisał stały dla rozeznających swoje powołanie nie tylko drogowskazami, ale przede wszystkim przewodnikami.

W naszym poszukiwaniu woli Bożej towarzyszy nam dziś Maryja. To od Niej możemy nauczyć się najwięcej. To ona wypowiedziała te najpiękniejsze słowa, jakie człowiek może powiedzieć Bogu: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa. Tutaj zaczęły się tajemnice radości. Łatwo jest zgodzić się na Bożą wolę, kiedy jest ona radosna, przepełniona pokojem. Ale w przypadku Maryi na radości się nie skończy. Będą i tajemnice bolesne. I wtedy Maryja nie wycofa danego Bogu fiat. Na zawsze pozostanie wierna i odda się do Jego dyspozycji.

Może i Ty czujesz się powołany do wielkich tajemnic. Może – jak Maryja – przeżyłeś kiedyś swoje zwiastowanie i w radosnym uniesieniu oddałeś się do dyspozycji Bogu. A teraz szukasz, pragniesz potwierdzenia, przypieczętowania danej kiedyś odpowiedzi na Jego zaproszenie. Szukasz, ale przecież odpowiedź na Twoje wątpliwość masz w zasięgu ręki. Odpowiedź znajdziesz na kartach Ewangelii, kontemplując pełną pokory i zawierzenia postawę Maryi. Ona jest najlepszą Przewodniczką na drogach wiary i na ścieżkach powołania. Ona nie tylko mówi: Uczyńcie, cokolwiek wam powie, ale nade wszystko sama wypełnia Bożą wolę. Niech więc Ta, Która pod krzyżem została nam dana za Matkę, pomaga wszystkim wezwanym po imieniu w odważnym odpowiadaniu na głos powołania.

Kimże ja jestem…?

Chyba dla każdego księdza pierwszy piątek miesiąca oznacza jedno – więcej niż zwykle kapłańskiej posługi. I dobrze, bo człowiek czuje, że jest potrzebny. Że ktoś na niego czeka. I to od samego rana. W każdy pierwszy piątek miesiąca, zaraz po porannej Mszy św., wsiadam z Panem Jezusem do naszej babci – skody i przemierzamy  wspólnie osiedlowe uliczki. Przez kilka godzin jestem szoferem Pana Jezusa i chyba tylko On – jako jedyny – nie boi się ze mną jeździć. Osiedlowe uliczki znam dobrze, jeżdżę tam już od września. I tych ludzi, którzy od rana wypatrują księdza przez okno też znam już dobrze. Niektóre historie z ich życia słyszałem już po kilka razy. Wiem już, kto z kim mieszka, gdzie pracuje, ile zarabia i dlaczego tak mało…

Lubię robić za mikrofon. A ludzie starsi lubią mówić, mówić, mówić. Tak naprawdę to jedna z niewielu przyjemności, jakie im w życiu pozostały. Każda osoba to osobna historia. A na mojej liście takich osób jest dziewiętnaście.

Ludzie starsi mają coś, czego często nie spotyka się u młodych – mają poczucie sacrum. Odwiedzam pewną panią, która mimo, iż nie może chodzić, za każdym razem, gdy z Panem Jezusem wchodzę do jej pokoju, klęka na dwa kolana. Ktoś inny całuje po rękach, ktoś inny dziękuję za posługę, wspiera modlitwą. Warto być kapłanem choćby dla takich chwil. Warto być kapłanem choćby dla jednej tylko odprawionej w życiu Eucharystii, choćby dla jednej tylko wysłuchanej spowiedzi. Warto…

Kimże ja jestem, o Panie Boże, że doprowadziłeś mnie aż dotąd? (2 Sm 7, 18)

Na świeczniku czy na celowniku?


Pan Jezus dzisiaj mówi nam w Ewangelii, że nie stawia się światła pod korncem ani pod łóżkiem. Światło jest po to, by oświetlać i dawać ciepło.

Przypominam mi się ten moment z obrzędu chrztu św., kiedy ojcowie chrzestni zapalają od paschału swoje świece. Niektórzy robią to z drżącymi rękoma. Trudno powiedzieć, czy te ręce drżą z przejęcia, ze stresu i zdenerwowania, czy po prostu ze świadomości odpowiedzialności, jaką na siebie wtedy biorą. Jedno jest pewne – bez względu na poziom świadomości ojca chrzestnego, odpowiedzialność za ,,podtrzymywanie tego światła” jest ogromna.

Pewnie właśnie dlatego Jezus mówi o potrzebie troski o to światło. Z doświadczenia jednak wiem, że stać na świeczniku bardzo często równa się stać na celowniku. Jeśli światło stoi na widocznym miejsce, to oślepia tych, którzy tego światła nie chcą. I wówczas świecznik staje się celownikiem. Sam czasem tego doświadczam. Pewnie nie tylko ja. Nie jest to na pewno powód do dezercji, do chowania przysłowiowej głowy w piasek, albo ewangelicznego kaganka pod łóżko. Przeciwnie. Im bardziej w nas celują i uderzają, tym bardziej musimy oślepiać ich światłem Bożej Miłości. Pytanie tylko, czy stać nas na to….

Szukam Drogi, szukam Prawdy, szukam Życia…

Wykorzystując to, że grypka i zimowe przeziębienie nie ominęły ani Wieczystej, ani mojego pokoju,  postanowiłem wczoraj troszkę uporządkować sobie na regałach różne szpargały. Najwięcej oczywiście różnych ważnych i nieważnych kartek, dokumentów, faktur, sprawozdań, etc. Istna biurokracja…

Wśród wielu różnych papierów gazeta. O dziwo, krakowska gazeta lokalna z datą 24 stycznia 2012. Dokładnie rok temu pierwszy raz wpadła w moje ręce. Cóż za zbieżność. Rzuciłem okiem na tytuł i już wiedziałem, dlaczego w ogóle postanowiłem ją zachować.  Na czwartej stronie dużymi literami na samej górze tytuł: Mniej młodych w Kościele. Kardynał zaniepokojony. Poniżej zdjęcie bazyliki w Łagiewnikach i krótka ankieta pod hasłem: Pytamy, dlaczego w kościołach ubywa młodych ludzi?

Oto odpowiedzi trzech młodych osób: Iwona mówi, że: ,,Młodzieży w kościołach jest coraz mnie, bo zmieniły się dla niej priorytety. Ważne są imprezy, znajomi, włóczenie się po galeriach, a później pierwsza praca, pieniądze. Młodych denerwują też księża, którzy usilnie próbują mieszać się do polityki.”  Tyle Iwona. Oddajmy teraz głos Piotrowi: ,,Wierzę w Boga, ale nie chodzę do kościoła. Kiedy chcę mogę równie dobrze pomodlić się w domu. Nie potrzebuję do tego księdza. Myślę, że młodzież odchodzi od Kościoła, bo kler traci autorytet. Z kolei presja rówieśników sprawia, że młodzi wybierają zakupy i imprezę zamiast mszy.”  I na koniec jeszcze słowo Jakuba:  ,,Kiedyś chodziłem do kościoła, ale potem uznałem, że to bez sensu. Instytucje kościelne, nudne msze, surowe zasady i moralizatorski ton mogą w młodym człowieku wzbudzić niechęć. Drażni też, że księża nie służą zwykłymi radami, tylko nakazują.”

Tekst ciekawy, aczkolwiek dość podejrzany, by nie powiedzieć – ustawiony. No bo jakoś trudno mi uwierzyć, że nagle wszyscy (3 na 3)  tak negatywnie wypowiadają się na ten temat. Dziś – po roku od ukazania się tego artykułu – jesteśmy bogatsi o ważne i wiele mówiące doświadczenie – o dni ewangelizacji naszego miasta, które przeżywaliśmy w październiku. Pani Iwonka, Piotr i Jakub musieli o tym wydarzeniu słyszeć. Może nawet sami widzieli te rzesze młodych i nie tylko młodych ludzi, którzy wypełnili po  brzegi stadion Cracovii. Może wcześniej byli na ulicach Krakowa i spotkali ewangelizatorów. Może nawet z nimi rozmawiali, może przyszli na Mszę św. albo do spowiedzi.

Jedno jest pewne. Wokół pełno młodych – zbuntowanych, którzy jak Jakub uznali, że ,,to bez sensu.” Pytanie tylko, gdzie szukać sensu, by się nie zawieść, by nie zmarnować życia? Myślę, że gdzieś podświadomie odpowiedź na to pytanie znają nawet ci, którym z Kościołem nie po drodze.

Quo vadis, Polsko?

Niemal każdego dnia – odwiedzając po kolędzie domy naszych parafian – spotykam ludzi, którzy bardzo otwarcie krytykują to, co dzieje się dziś w Polsce i którzy popierają działania osób takich, jak Brunon K. Przeciętny Kowalski (Recki zresztą też) zrozumieć nie może, dlaczego w kraju, gdzie pada wszystko, co jeszcze paść może, prezydium Sejmu bierze sobie po 40 tysięcy na głowę tylko za to, że – jak powiedziała  marszałek – ,,sejm to jest przede wszystkim miejsce, w którym tworzy się prawo, ale jest to również zakład pracy, a kierownik zakładu pracy, ma prawo, a wręcz obowiązek oceniać pracę swoich pracowników, doceniać tych, którzy pracują dobrze i karać tych, którzy pracują gorzej”.

Kierownik… zakład pracy… Trele morele… Ktoś tu chyba zapomniał, że Sejm nie jest prywatnym folwarkiem, a bezrobotni, emeryci, renciści i wszyscy inni mają dokładnie takie same żołądki, jak ,,pani kierownik” z Wiejskiej.