Przyjacielu, oto jestem…

Dziś rano wymsknąłem się z seminarium, by – jeszcze przed pierwszymi wspólnymi modlitwami – zwiedzić łódzką katedrę. Ku mojemu zaskoczeniu, już od wczesnych godzin rannych, w kaplicy był wystawiony Najświętszy Sakrament. Przez chwilę nawet pomyślałem, że Pan Jezus jest tam całą dobę, ale muszę to przypuszczenie jeszcze gdzieś potwierdzić.

Tak czy inaczej kaplica adoracji w katedrze jest. I to jaka. Piękna, skromna, koncentrująca wzrok na Tym, Który jest. I – co najważniejsze – nie jest pusta. Już od rana są tam ludzie, którzy adorują.


Szczęściarze… Tak, szczęściarzem trzeba nazwać kogoś, kto ma możliwość swój dzień zaczynać od adoracji. Czy można sobie wymarzyć lepszy początek dnia niż spotkanie z żywym Jezusem?

Jezus powiedział: ,,Bierzcie i jedzcie.” I tak robimy. W wielu z nas jednak jest pragnienie czegoś jeszcze. Bogu dzięki, że poza ,,bierzcie i jedzcie” tak wielu słyszy inne wezwanie: ,,klękajcie i adorujcie.”

To nic, że świat tego nie rozumie; że spędzone na adoracji godziny nazwie stratą czasu. Nie chodzi przecież o to, co myślą o nas inni. Chodzi o to, by jak najczęściej stawać przed Jezusem i mówić Mu: ,,Przyjacielu, oto jestem.”

 

Doroczne spotkanie ojców…

Wczoraj wieczorem rozpoczęło się w łódzkim Wyższym Seminarium Duchownym kolejne doroczne Ogólnopolskie Spotkanie Ojców Duchownych Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych. Spotkanie potrwa do najbliższej soboty, a przebiegać będzie pod hasłem: Jak formować uczniów Chrystusa?

Wiem, że może mało Was to interesuje, ale…

Warto mieć świadomość, że te nasze doroczne spotkania i ustalenia, które w ich trakcie czynimy, mają ogromny wpływ na formację Waszych przyszłych duszpasterzy. Spotkania te – choć uczestniczą w nich tylko formatorzy, a nie formowani – nie przechodzą bez echa w naszych seminariach. To od tego, czym się tu zajmujemy, czym się dzielimy i co postanawiamy zależy to, jak będą formowani dzisiejsi klerycy. Za kilka lat to oni będą Waszymi duszpasterzami, spowiednikami i kaznodziejami.

Spotkanie Ojców rozpoczęło się Eucharystią, której przewodniczył arcybiskup Grzegorz. Po niej bardzo ciekawa konferencja duchowa metropolity.

Pomódlcie się w wolnej chwili za nas, ojców duchownych, abyśmy potrafili usłyszeć to, co Duch Święty w tych dniach chce nam powiedzieć.

Absolucja? A co to takiego?

O księdzu Jurku Kozłowskim słyszała już cała Polska. Trudno się dziwić. Feralnego dnia (choć to jednocześnie wspomnienie Matki Bożej Królowej) znajdował się w centrum wydarzeń na Giewoncie. A że sam raniony przez pioruny nie zapomniał o tym, kim jest i nawet tam pełnił swoją kapłańską posługę, w oczach wielu uchodzi dziś za bohatera. I dobrze, choć – jak sam mówi – robił to, co robić powinien. 


Co jakiś czas słyszymy o tym, że któryś kapłan udziela tzw. zbiorowego rozgrzeszenia czy – by wyrazić się bardziej fachowo – absolucji wielu równocześnie penitentów bez uprzedniej indywidualnej spowiedzi. Podobny do tego z Giewontu przypadek mieliśmy 1 listopada 2011 roku, kiedy na lotnisku Okęcie w Warszawie lądował samolot bez wysuniętego podwozia (bez kół). Obecny wówczas na pokładzie redemptorysta o. Piotr udzielił pasażerom absolucji.

Czym jest absolucja i co świeccy powinni wiedzieć na jej temat? O tym wszystkim w poniższym artykule.

Absolucja to inaczej rozgrzeszenie. Zwykle otrzymujemy je w konfesjonale podczas tzw. spowiedzi indywidualnej. Są jednak takie sytuacje, w których spowiedź indywidualna jest niemożliwa – np. bliskie niebezpieczeństwo śmierci – i wówczas kapłan może udzielić rozgrzeszenia zbiorowego czyli absolucji wielu osobom równocześnie.

Kapłan udzielający absolucji powinien:

1. W miarę możliwości uświadomić ludziom, że mogą w obliczu zaistniałej sytuacji przyjąć rozgrzeszenie (nie jest to wymagane, a do tego jest nieraz bardzo trudne, np. kiedy śmierć zbliża się nieubłaganie i liczy się każda sekunda).

Ps. Warto w tym punkcie wskazać na pewne niebezpieczeństwo. Uświadamianie ludziom tego, że za chwilę mogą umrzeć może być ryzykowne, bo może spowodować ogólną panikę. O tym każdy kapłan musi pamiętać.

2. Wezwać osoby, które chcą otrzymać absolucję do żalu za grzechy.

3. Wzbudzając intencje udzielenia rozgrzeszenia wypowiedzieć formułę rozgrzeszenia (w liczbie mnogiej), przy czym – z powodu braku czasu – wystarcza tylko jej ostatnie zdanie: ,,I ja odpuszczam wam grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.” Ważne, by udzielanie rozgrzeszenia, tak jak sprawowanie innych sakramentów, dokonywało się na głos, a nie tylko w myślach kapłana.

Z punktu widzenia kapłana to tyle. Oczywiście, byłoby idealnie, gdyby cały obrzęd mógł być poprzedzony krótką katechezą i wyjaśnieniem wiernym tego, do czego w wyniku zbiorowej absolucji są zobowiązani. Na to jednak zwykle nie ma czasu. Dlatego właśnie dziś ten wpis i garść koniecznych wyjaśnień, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie zaskoczyć nas może taka sytuacja.

Wierni przyjmujący zbiorową absolucję – aby rozgrzeszenie było ważne – muszą:

1. Mieć odpowiednią dyspozycję tzn. wzbudzić w sobie głębokie pragnienie odrzucenia grzechów, które popełnili i chęć powrotu do Boga. Myślimy tutaj o żalu za grzechy i o mocnym postanowieniu poprawy. O rachunku sumienia nie myślimy, bo w niebezpieczeństwie śmierci zwyczajnie nie ma na to czasu.

2. Mieć właściwe postanowienia dotyczącego tego, że – jeśli przeżyją – jak najszybciej wyznają wszystkie swoje ciężkie grzechy w spowiedzi indywidualnej. Ten punkt zamknąć możemy w czwartym warunku dobrej spowiedzi: szczera spowiedź.

I teraz rzecz najważniejsza: tylko spełnienie obydwu tych warunków (tj. dyspozycja i postanowienie) przez mającego przyjąć rozgrzeszenie sprawia, że absolucja jest ważna czyli że rozgrzeszenie jest ważnie udzielone i przyjęte. Jeśli ktoś – nawet w momencie niebezpieczeństwa śmierci – nie dopełniłby któregoś z tych dwóch warunków (np. postanowiłby sobie, że jeśli przeżyje, nie pójdzie do spowiedzi indywidualnej) absolucja zbiorowa udzielona w momencie zagrożenia życia jest dla tej konkretnej osoby nieważna czyli grzechy nie zostają odpuszczone.

 

Na drodze ku czystości – zgorszenia…

W naszych rozważaniach na temat czystości dotknęliśmy do tej pory trzech ważnych kwestii. Mówiliśmy o tym, że:

1. seksualność człowieka jest darem od Pana Boga i jako dar powinna być przez nas przeżywana,
2. do daru jakim jest seksualność przywiązana jest łaska, która pomaga nam nie uczynić z seksualności balastu ponad nasze siły,
3. w sytuacji, kiedy dar staje się przekleństwem, grozi nam zawsze coś na kształt dramatyzowania, przez co człowiek często nie podejmuje już walki, ale zwyczajnie się poddaje. Stacza się w dół bez żadnego światełka w tunelu.

Dziś w temacie czystości robimy kolejny krok naprzód.

Nie ulega wątpliwości, że w dzisiejszym świecie wszyscy (bez wyjątków) narażeni jesteśmy na to, co potocznie nazywamy seksualizacją społeczeństwa. Z każdej niemal strony uderzają w nas obrazy i treści, które – jeśli wprost nie są otwartą i śmiałą zachętą do grzechu – to w zachowaniu czystości wcale nam nie pomagają. Dobitnie prawdę tę usłyszałem kiedyś od młodego chłopaka, dla którego nieczystość stała się prawdziwym krzyżem: ,,Proszę ojca, czasami chciałbym być niewidomym. Gdybym był ślepy, łatwiej mógłbym opierać się pokusom.”

Rzeczywiście, gdybyśmy mieli nieszczęście być niewidomymi, wielu z omawianych tutaj grzesznych pokus i doświadczeń zwyczajnie byśmy ominęli. Ale widzimy… I bynajmniej nie chcemy dosłownie czytać tekstu Ewangelii, w której Jezus mówi, że lepiej sobie oko wydłubać niż zgrzeszyć. Z pokusami dot. nieczystości warto spróbować radzić sobie inaczej niż poprzez samookaleczenie.

Na pewno czymś, co nam nie pomaga – a często także osłabia wolę walki – jest antyświadectwo innych osób. O to antyświadectwo wcale dziś nie trudno. A jest ono szczególnie niszczące i niebezpieczne, kiedy wychodzi od kogoś, kto powinien dawać dobry przykład: od rodziców, nauczycieli, księży, itp.

Tutaj dotykamy już nie tylko tematu grzechu, ale także tematu zgorszenia. Nie trzeba być biblistą, by wiedzieć, że Pan Jezus o gorszycielach wypowiada się bardzo surowo. ,,Lepiej jest przywiązać im kamień młyński do szyi i wrzucić w morze” – powie o tych, którzy gorszą innych.

Trzeba uczciwie spojrzeć na to zjawisko i powiedzieć, że zgorszenia dokonywane przez osoby, które powinny być autorytetami, zataczają coraz szersze kręgi. Szczególnie zgorszenia powodowane przez duchownych.

Zdarzało mi się już kilka razy rozmawiać z kimś, kto – sam zmagając się z grzechami przeciwko czystości – wyznawał, że ,,przecież księża też grzeszą i to nawet grzeszą o wiele bardziej.”  Trudno się z tym nie zgodzić, ale czy daje nam to prawo do tego, by powiedzieć tak jak jeden z moich rozmówców: ,,Skoro księża grzeszą, to co dopiero ja?”

Wielką odpowiedzialność biorą na siebie kapłani, których grzechy gorszą innych. Jednak nie tylko oni. Trzeba powiedzieć, że wielką odpowiedzialność za zgorszenie biorą także ci wszyscy, którzy bez potrzeby o kapłańskich grzechach mówią. Nie chodzi tu – oczywiście – o to, by teraz wszystkie skandale seksualne z udziałem duchownych zamiatać pod dywan. Nie… Chodzi o to, by stawać w szczerości i w obliczu trudnej dla Kościoła prawdy o nadużyciach i mówić także o tym, że wielu kapłanów było, jest i będzie wiernych ślubowi czystości i kapłańskiemu celibatowi.

Obok krzykliwego antyświadectwa ludzi Kościoła potrzebne jest też mówienie to pięknych przykładach kapłańskiego życia.

Piszę dziś o tym wszystkim z jednego powodu. Chciałbym, by ci wszyscy, którzy zmagają się z nieczystością postawili sobie pytanie o to, czy gdzieś na jakimś etapie ich walki brak dobrego świadectwa ze strony innych osób (m.in. kapłanów) nie stał się formą rozgrzeszania własnej słabości.

Nie ma dziś w temacie seksualności i grzechu przeciwko czystości większej pułapki niż powtarzanie sobie i innym wątpliwej wagi usprawiedliwienia, że ,,dzisiaj przecież wszyscy tak robią. Wszyscy, nawet księża.” Odkłamanie tych słów może nam bardzo pomóc. Wystarczy tylko szerzej otworzyć oczy i bardziej wytężyć słuch, by zobaczyć i usłyszeć, że pośród nas jest wielu duchownych i wielu świeckich, którzy z tematem nieczystości świetnie sobie radzą.

I właśnie z takich warto brać przykład…

Kto się więc uniży…

Ewangelia wg św. Mateusza 18, 1- 5

W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: «Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?» On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.

O rozeznawaniu powołania, o ważnych wyborach i nie tylko…


Jutro kończy się czas miesięcznego przednowicjatu dla tych czterech odważnych, którzy rozpoczęli w naszej Wspólnocie swoją formację do życia zakonnego i do kapłaństwa.


Na przysłowiową chwilę przed opuszczeniem przez nich naszego Seminarium poprosiłem ich o krótką rozmowę. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o rozeznawaniu powołania, o przeżywaniu czasu próby i o nadziejach na kolejne lata, posłuchajcie tego, co mi powiedzieli.