Tajemnicze słowo czyli… nie dajmy się zwariować

IMGP6452Podzielę się z Wami pewnym moim spostrzeżeniem. Nie wiem, czy zgodzicie się ze mną, ale wydaje mi się, że dziś – w świecie mediów i nie tylko – jednym z najczęściej powtarzanych i odmienianych przez wszystkie możliwe przypadki słowem jest magiczne słowo gender.

Magiczne, bo jeszcze kilka miesięcy temu słowo to niewielu osobom cokolwiek mówiło. Teraz – nawet jeśli jeszcze wszyscy nie bardzo je rozumieją – obecne jest niemal wszędzie. Ponoć – o zgrozo! – padło nawet z ust arcybiskupa na pogrzebie Mamy księdza Jerzego. To już nie ma innych tematów? Zastanawiam się czasem, o czym pisałyby niektóre portale internetowe i niektóre gazety, gdyby tego słowa nie było.

Jasne, że tutaj idzie o być albo nie być nie tylko młodego pokolenia, bógale całego naszego narodu. Jasne, że trzeba mocno bronić wartości chrześcijańskich i tego, co zwie się umiłowaniem Ojczyzny. To oczywiste… Ale czy przypadkiem pisanie o tym wszystkim i lamentowanie nie jest dolewaniem oliwy do ognia?

Myślę o tym wszystkim również w kontekście pewnym osób, które pojawiają się na ekranach naszych telewizorów, a które opluwają to, co dla wielu Polaków jest wartością największą. Czy to nie jest tak, że to media same kreują takie osoby? Promują je, zapraszając do takiego czy innego studia, prosząc o wywiad na taki czy inny temat. Przecież gdyby się o tych ludziach nie mówiło, gdyby nie byli medialni, szybko zniknęliby z politycznego podwórka.

telewizorSądzę, że sytuacja z tajemniczym gender mogłaby być analogiczna. Jest to oczywiście wielkie zło i ideologia, na którą nie wolno nam się zgodzić, ale czy przypadkiem nie jest tak, że wielu zaczęło się tym interesować tylko dlatego, że zrobiło się o tym głośno?

Piszę ten tekst bazując tylko i wyłącznie na mojej obserwacji. Nie przeczytałem na ten temat żadnej książki, nie sięgnąłem po żadne badania naukowe. Może dlatego, że uważam, iż problem ten jest sztucznie nadmuchiwany. A z tego cieszą się coraz bardziej tylko ludzie pokroju tej pani, która pokusiła się o to, by w swoim liście wyłuszczyć papieżowi wyssane z palca mądrości.

 

Wiara niczym stary babciny zegar…

Wybrałem się niedawno do jednej z krakowskich księgarni. Chodzę tam tak często, że sprzedawcy rozpoznają mnie (a przecież codziennie zaglądają tam tłumy) nawet wtedy, gdy jestem na cywila. Lubię przechadzać się między wypełnionymi po brzegi książkami regałami. A ten zapach…

Nie wyjmując książek z półki po kolei śledzę napisane na grzbietach tytuły. Ostatnio natrafiłem na taki, przy który zatrzymałem się dłużej i który mnie zastanowił: ,,Praktykujący, ale czy wierzący?” Tytuł iście prowokatorski. Wyjąłem książkę i spojrzałem na spis treści.

Dziś jednak nie tyle o książce, ile bardziej o tym tytułowym pytaniu. Kim ja tak naprawdę jestem? Człowiekiem, który praktykuje czy człowiekiem, który praktykuje i wierzy? Albo odwrotnie – wierzy i praktykuje. Ideał jest właśnie taki, ale prawda… Prawda czasem chyba taka oczywista nie jest.

Pamiętam, jak kiedyś jeden z księży ośmieszał wyniki przeprowadzonej przy warszawskich kościołach ulicznej sondy. Na pytanie o to, kogo mamy na myśli mówiąc Trójca Święta, wielu wychodzących z kościołów mówiło: Bóg Ojciec, Syn Boży i… Matka Boża. Wspomniany duchowny publicznie sobie z tego żartował, ale chyba tak szczerze, to trzeba by nad tym zapłakać. Ludzie praktykujący, bo wychodzili z kościoła. Ale czy wierzący? Jeśli tak, to w co wierzą? Bo przecież trzecia prawda NASZEJ wiary mówi, iż są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Sam mam podobne doświadczenie – kiedyś zapytałem kilka osób o to, czym jest obcowanie świętych. Jedna osoba próbowała rzeźbić jakąś odpowiedź, pozostałe osoby poddały się na starcie.

Jasne, że nie ma co dramatyzować, wyolbrzymiać tego wszystkiego. Ale tak bardzo by się jednak chciało, aby wiara nie była dla nas niczym stary babciny zegar przekazywany z pokolenia na pokolenie. Wiary przecież nie da się odziedziczyć. To prawda, że z domu można wynieść swego rodzaju przyzwyczajenie do uczestnictwa w nabożeństwach, do chodzenia do kościoła. Można, ale to jeszcze nie jest wiara. Nie da się tego wyssać z mlekiem matki.

Czasem ktoś mówi, że fakt, iż nie wierzy w Boga jest podyktowany tym, że nie dostał od Pana Boga takiej łaski. Tłumaczenie teologicznie całkiem niezłe, bo wiara rzeczywiście jest łaską. Prawda jednak jest taka, że łaskę tę trzeba chcieć przyjąć.

I chyba najczęściej  właśnie tutaj leży problem…

STOP – znak, którego nie wolno bagatelizować…


Rekolekcje  – słowo, które niby nie jest nam obce, a jednak niektórzy mogą mieć problem z tą terminologią. Nazwa pochodzi oczywiście z języka łacińskiego (łac. recolligere) i znaczy tyle, co zbierać na nowo, zbierać powtórnie.

Można zatem – posługując się powyższą terminologią – powiedzieć, że rekolekcje to taki czas, kiedy człowiek na nowo próbuje zebrać to, co już wie, próbuje na nowo to wszystko sobie poukładać, jakoś uporządkować.

Chyba żaden rekolekcjonista nie planuje prowadzić rekolekcji z nastawieniem na to, że będzie wykładał, a tym samym zaskakiwał i zadziwiał swoich słuchaczy.

Nauki rekolekcyjne to nie wykłady akademickie, ale raczej czas takiego uporządkowywania tego, co już się wie. (Choć pamiętam moje ośmiodniowe rekolekcje przed diakonatem, kiedy to rekolekcjonista bardzo wiele razy pozytywnie zaskakiwał mnie interpretacją ewangelicznych fragmentów o św. Piotrze – tamte rekolekcje przeżyłem bardzo głęboko).

Tydzień temu sam prowadziłem rekolekcje. Rekolekcje dla dwunastoosobowej grupy chłopaków, którzy szukają w życiu swojego miejsca. Wybrali właśnie taką formę poszukiwań, co znaczy, że próbują odczytywać swoją drogę w świetle Bożej woli.

W życiu kapłańskim niewiele rzeczy piękniejszych jest ponad to, że można z bliska towarzyszyć młodemu człowiekowi w odkrywaniu Bożego zamysłu. Sam kiedyś też to przerabiałem. Jeszcze na długo przed wstąpieniem do Zakonu sam – aż siedem razy – brałem udział w takich rekolekcjach i dobrze wiem, że ten czas może być naprawdę wyjątkowym przeżyciem. Czas dany, ale jednocześnie zadany. Można go zmarnować, ale można go też przeżyć bardzo dobrze i owocnie.

Nigdy nikogo nie namawiałem do wstąpienia do Zakonu. Często jednak proponuję i namawiam chłopaków do wzięcia udziału w rekolekcjach. Pewnie dlatego, że jestem głęboko przekonany, iż każdy – choć raz w życiu – powinien wziąć  udział w takim modlitewnym spotkaniu. Nikomu przecież taki czas jeszcze nie zaszkodził. A nie od dziś wiadomo, że Pan Bóg zawsze mówi w ciszy, w skupieniu. W codziennym kołowrotku bardzo trudno jest usłyszeć subtelny głos Mistrza. Każde rekolekcje to na naszej drodze swoisty znak STOP.  Oczywiście, można go zignorować, ale wtedy może się to skończyć dla człowieka bardzo różnie.

W poniedziałek Pan Bóg postawił taki znak STOP również na mojej drodze. Razem z kilkoma Współbraćmi również uczestniczyłem w rekolekcjach zakonnych. Poza domem, poza Krakowem, w klasztorze. Czas skupienia, wyciszenia, bez komputera, telewizora, bez zbędnych rozmów. Za to więcej niż zwykle czasu na modlitwę i medytację Słowa Bożego.

Czas naprawdę wyjątkowy… Błogosławiony… Czas ładowania duchowych akumulatorów.  Polecam każdemu.

Nie dajmy się zwariować…

Już drugi rok jestem w parafii duszpasterzem dzieci. Rok – dużo to czy mało? Sam nie wiem… Można powiedzieć, że wystarczająco dużo, by poczuć się w pracy z dziećmi dobrze i pewnie i zdecydowanie za mało, bo ciągle zdarzają się sytuacje, które trudno przewidzieć.

Do wielu rzeczy ciągle dochodzę. Powolutku, pomalutku. Nie doszedłem jeszcze i chyba nigdy nie dojdę do tego, by zbierając tacę głaskać dzieci po głowie. Nie robię tego, bo w wielu przypadkach uważam ten gest za coś sztucznego i wymuszonego, tak jak czasem wymuszone są uśmiechy ludzi wrzucających kilka groszy na tacę.

Sam – poza nielicznymi wyjątkami – dzieci nie głaskam, ale chyba dobrze rozumiem tych, którzy to robią. Dlatego przyznam, że poczułem ogromny niesmak, gdy przeczytałem dziś rano o proboszczu z Łodzi, który wydał swoim wikariuszom zakaz głaskania dzieci z obawy przed… oskarżeniami o pedofilię.

Z całym szacunkiem dla księdza proboszcza i dla wszystkich innych, którzy mają podobne na ten temat zdanie, ale jeśli zaczynamy trząść portkami z obawy przed jakimiś wyssanymi z palca oskarżeniami, to może od razu zrezygnujmy też i z katechezy… Bo przecież tam też można być oskarżonym o niecne rzeczy. Co będzie dalej? Za jakiś czas znajdą się tacy, którzy będą krzyczeć, że konfesjonały też są zagrożeniem. Bo przecież ksiądz spotyka się tam z dzieckiem sam na sam.  Istna paranoja.

To, że wokół nas nie brakuje ćwierćinteligentów, próbujących na różne sposoby zniszczyć takiego czy innego księdza, osobiście mnie nie zaskakuje. Ale to, że księża zaczynają wpadać w panikę szczerze mnie dziwi. Czy nie o to właśnie chodzi tym, którzy raz po raz wywołują ten temat? Czy nasz krok w tył nie jest jednocześnie ich zwycięstwem?

To prawda, są dowody na to, że jeden czy drugi ksiądz dopuścił się molestowania. Niestety… Ale czy pogłaskanie dziecka po głowie można nazwać molestowaniem? Co mam w niedzielę powiedzieć Marysi, która zawsze podkłada główkę, by ją pogłaskać? ,,Marysiu, od dzisiaj nie głaskamy, bo nie chcę pójść do więzienia?”

Drodzy Kapłani, o jedno Was proszę. Nie dajmy się zwariować. Wariatów wokół nas i tak jest już za dużo.

Problemu z brakiem cza­su nie roz­wiąże się przez pośpiech, lecz przez spokój – kard. Stefan Wyszyński

Od maja próbuję się umówić na kawę z moim starym znajomym. Obaj mieszkamy w Krakowie, więc teoretycznie spotkać się na godzinkę czy na dwie gdzieś na mieście nie powinno być wielkim problemem. A jednak problemem jest. Gdyby ta propozycja wyszła ode mnie, to pewnie miałbym jakieś podstawy (może nawet trochę naciągane), by uważać, że on po prostu nie ma ochoty na moje towarzystwo. Tymczasem to on pisze maile, dzwoni i zaprasza na kawę. Po czym – zdarza się, że nawet jeszcze tego samego dnia – odpisuje, że przeprasza, bo jednak nie może.

Praca, praca, praca… Jeden ważny projekt goni kolejny, jeszcze ważniejszy. Potem jakiś wyjazd, sympozjum, Cierpi na tym on sam, jego rodzice, znajomi… Bo choć wszyscy mamy tyle samo czasu (24h), to on nigdy czasu nie ma. Powiedział mi kiedyś – przepraszając za swoje zabieganie – że jak dostanie zawału, to najpierw do mnie zadzwoni. Wolałbym jednak, żeby nie dzwonił w takiej sprawie.

Coś w tym jednak jest… Ciągle w biegu. Bo praca, bo obowiązki, bo coś tam… Kiedyś próbowałem podpytać go o to, skąd się wziął u niego ten aktywizm. On w przypływie szczerości wyznał, że od dziecka ciągle miał wypełniony po brzegi plan dnia. Rodzice dbali o to, aby rozwijał się – jak mówili – wielostronnie. I tak po szkole siedział parę godzin na świetlicy (wtedy nie mieli jeszcze komputerów, więc razem z innymi godzinami musiał układać puzzle), potem tata pakował go w samochód i jechali na angielski (wtedy angielski nie był aż tak bardzo powszechny). Wieczorami jeszcze jakieś kółko matematyczne, bo matematyka zawsze go interesowała. Kiedy wieczorem wracał do domu, nie miał już ani czasu ani ochoty na siadanie do książek. Rodzice dbali, żeby wszystkie lekcje odrobił na świetlicy. I taki pędzący Krzysiu wyrósł na pędzącego Krzysztofa. ,,Nie mam czasu, zadzwonię później, przepraszam- teraz nie mogę.”

Już drugi rok uczę w szkołach, więc na bardzo podobny pęd patrzę od środka. Szkoła, świetlica, angielski, niemiecki, francuski, piłka, basen, ping-pong i badminton. Konie, fortepian, strzelectwo, szachy, jazda figurowa, hip-hop… Tych, którzy czytając tę wyliczankę uśmiechają się pod nosem zapewniam, że żadne z tych zajęć nie jest wyssane z palca. Dzieci naprawdę w takich zajęciach pozalekcyjnych uczestniczą. Są też tacy rekordziści, którzy codziennie mają ,,coś” i poza weekendami po południu w domu raczej nie bywają. Bywają wieczorami…

Pamiętam z dzieciństwa, że u mnie na wsi jedyną ,,atrakcją” w tygodniu była Msza św. w czwartki (kościół dojazdowy, więc ksiądz przyjeżdżał tylko w niedziele i w czwartki). Poza tym żadnych więcej atrakcji. Można było poganiać z kolegami po łąkach, posiedzieć na dworcu, pobiec na boisko. Można było jeszcze z tatą na ciągniku pojeździć, na rower z kolegą wyskoczyć. Ot, takie wiejskie atrakcje… 

W październiku na różaniec się chodziło, w maju na majówki do kościoła albo pod kapliczkę. I jakoś się żyło. Spokojnie, bez pośpiechu. I był czas, by z bliskim do stołu usiąść, porozmawiać, razem gdzieś pojechać, pospacerować.

Dziś wiele dzieci jest tego pozbawionych. Znam rodziny, gdzie nawet już stołu w mieszkaniu nie mają, bo przecież niepotrzebny, skoro każdy je obiad o inne porze. 

Jeśli ktoś roztropnie dawkuje dziecku takie czy inne zajęcia, dobrze. Trzeba się rozwijać. Ale jeśli ktoś chce ze swojego dziecka zrobić omnibusa w każdej dziedzinie i tak ustawia mu plan dnia, by w domu pojawiało się tylko na noc (niektórym rodzicom to pasuje, bo sami przecież też długo pracują), to takiemu malcowi pozostaje współczuć. Może i będzie kiedyś władał trzema językami i zagra w ping – ponga z zamkniętymi oczami, ale w sercu na zawsze zostanie pustka i głód spotkania z najbliższymi. Spotkań, których już nigdy nie da się nadrobić.